„Awantury na tle powszechnego ciążenia” Tomasz Lem – e-book

„Awantury na tle powszechnego ciążenia” Tomasz Lem – e-book
8/100%/5

awantury_appleWspomnienia syna Stanisława Lema o ojcu są książką pełną humoru, ciepła i szacunku wobec głównego bohatera. „Potomkowie ludzi wielkich i sławnych, wspominając rodziców, popadają często w skrajności, miewają skłonność albo do czułostkowej idealizacji, albo do bolesnych rozliczeń. Tu jest inaczej: miłość i podziw łączą się w jedno z dyskretną szczerością. Dzięki temu właśnie portret Stanisława Lema okazuje się tak żywy, fascynujący i wielobarwny”. (Tomasz Fiałkowski)

Kiedy mój syn studiował fizykę w Princeton (…) utrzymywałem z nim dość intensywną korespondencję. I on skarżył się matce w liście, że ojciec, zamiast pisać o swoim życiu wewnętrznym albo pytać o jego nastroje, pisze o galaktykach, o czarnych dziurach, o zakrzywieniu przestrzeni. Żona moja odpowiedziała (…): „życiem wewnętrznym twojego ojca są właśnie czarne dziury i galaktyki”. Stanisław Lem, Świat na krawędzi

„Awantury na tle powszechnego ciążenia” zostały nagrodzone w 2010 Srebrnym Kałamarzem im. Hermenegildy Kociubińskiej, przyznawanym przez Fundację Zielona Gęś.


Informacja o książce

Awantury na tle powszechnego ciążenia
Tomasz Lem
© Copyright by Tomasz Lem, 2011
projekt okładki: Anna Maria Suchodolska
© Copyright for this edition: Pro Auctore Wojciech Zemek
www.cyfrant.pl
ISBN 978-83-63471-05-7
Kraków, 2012
Wszelkie prawa zastrzeżone


SPIS TREŚCI

  • Wstęp
  • Rozdział 1: Okupacja
  • Rozdział 2: Basia
  • Rozdział 3: Początki
  • Rozdział 4: Potyczki z motoryzacją
  • Rozdział 5: Podróże
  • Rozdział 6: Dyktanda
  • Rozdział 7: Stary dom na Klinach
  • Rozdział 8: Gabinet
  • Rozdział 9: Lata siedemdziesiąte
  • Rozdział 10: PRL
  • Rozdział 11: Zdrowie
  • Rozdział 12: Wyjazd z Polski
  • Rozdział 13: Berlin 1983, Wiedeń 1983–1988
  • Rozdział 14: Powrót do Polski
  • Źródła cytatów
  • Indeks osób
  • Galeria zdjęć

FRAGMENT

„Pamiętam jedną wyprawę zakończoną katastrofą. Był początek wiosny, jechaliśmy do Dębna z Janem Józefem Szczepańskim, który miał tam odebrać ręcznie rzeźbiony świecznik. W Krakowie padał deszcz, który, w miarę jak zbliżaliśmy się do gór, przemieniał się w coraz bardziej obficie padający śnieg. Koło Rdzawki, jak wjeżdżałem na serpentynę, zobaczyłem nagle stojącą w poprzek ciężarówkę. Miałem do wyboru albo się z nią zderzyć, albo liczyć na cudowny sposób ocalenia. Z właściwą mi zimną krwią skierowałem samochód do rowu, w którym było na nasze szczęście dużo śniegu. Nasze auto wparło się w boczne ściany i o ruszeniu go nie było mowy. Basia miała podbite oko, ale nikomu nic się nie stało. Zatrzymał się przy nas autobus PKS i poczciwi pasażerowie wyciągnęli nas razem z autem i postawili na drodze. Wskutek uderzenia spłaszczona została z przodu rura tłumika i tak zaciął się klakson, że auto cały czas trąbiło. Tak trąbiąc, dojechaliśmy do Nowego Targu, gdzie udało mi się nabyć łańcuch, którym przywiązuje się krowy do żłobu, owinąłem nim opony i tak «uzbrojeni» dojechaliśmy do Krakowa” (FRAGMENT WYWIADU Z EWĄ LIPSKĄ).

Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych rodzina Lemów zmotoryzowała się, bo w owym czasie część z kilkunastu kilometrów dzielących dom od centrum miasta należało pokonać piechotą, co było uciążliwe szczególnie zimą.

Pierwszym samochodem ojca był tekturowy wytwór enerdowski, zwany P-70, potomek dekawki i protoplasta trabanta – i to tym właśnie pojazdem ojciec wpadł w Rdzawce do rowu.

Początkowo ani matka, ani ojciec nie mieli prawa jazdy, toteż samochód przyprowadził do domu zaprzyjaźniony kierowca. Zamknąwszy się w nim wieczorem, moi przyszli rodzice napawali się wonią enerdowskich plastików, a matka strofowała ojca, który nie mógł się powstrzymać, aby nie wypróbować działania pokręteł i guzików uruchamiających klakson, wycieraczki i odłączających wolne koło.

Ojciec okazał się kierowcą obdarzonym temperamentem. Objawiało się to tym, że wjeżdżając na jakąś górę, np. na Obidową, musiał wyprzedzić wszystkie napotkane po drodze samochody. Nie było to zadaniem łatwym, kiedy konkurencja dysponowała wartburgami i skodami, toteż P-70 należało zmuszać do największego wysiłku; owocowało to różnymi awariami. Do żelaznego repertuaru podróży z ojcem należało wygotowanie się wody z chłodnicy. Matka była w takich wypadkach wysyłana na poszukiwania wody, którą od dobrych ludzi przynosiło się w bańce na mleko. Podczas tych zabiegów stojący przy drodze w kłębach pary pojazd, z ojcem za kierownicą lub majstrującym przy silniku, mijały wszystkie uprzednio wyprzedzone samochody.

Nie kupiłem volva – pisał we wrześniu 1975 roku do Ścibora-Rylskiego – bo raz spod świateł pod hotelem Cracovia startując razem z jakimś dziadem w takim volvo, jakoś pocisnąłem, fiat (ten ówczesny mój) zerwał się i wykonałem odjazd, chociaż ów dziad wyraźnie Zsiniały wytłaczał z volva wszystko – co, pomyślałem, miałbym za kupę forsy nabywać masę b. Ciężkiej Blachy, która wprawdzie gwarantuje Ci życie w razie katastrofy, ale na co dzień pozostaje za polskimi fiatami? Niedoczekanie.

Bezpieczeństwo przy wyprzedzaniu nie było elementem priorytetowym.

Znacznie później, bo w latach osiemdziesiątych, wiozłem rodziców zimą, droga była śliska, padał śnieg. Jechaliśmy za ciężarówką, która się wlokła. Ojciec był coraz bardziej zniecierpliwiony, kilka razy powiedział zachęcająco: „No, Tomaszu!”. Wyjaśniłem, że nie mogę wyprzedzić ciężarówki, bo pada śnieg, a zbliżamy się do ostrego zakrętu i nie widać, czy z naprzeciwka nie nadjeżdża jakiś samochód.

– Dziwię ci się – rzekł na to ojciec. – Ja w twoim wieku po prostu zakładałem sobie, że z naprzeciwka nic nie nadjedzie. – Milczał przez chwilę, po czym dodał z satysfakcją: – I wiesz co? Miałem rację.

 

Styl jazdy ojca wystawiał na ciężką próbę cierpliwość matki, która przez pewien czas usiłowała nawet prowadzić sama. Ojciec udzielał jej jednak w czasie jazdy mnóstwa zbawiennych rad, toteż matka na dobre dopiero w latach siedemdziesiątych zasiadła za kierownicą – już własnego samochodu. Wówczas to któregoś dnia ojciec kupił w Polmozbycie do jej fiata tylne światło. Na pytanie „po co” wyjaśnił, że obecne zawsze może się rozbić lub zepsuć, więc zapasowe będzie jak znalazł.

– A dlaczego akurat lewe? – spytała matka.

– Prawych nie było. Ale może akurat przyda się lewe? – wyjaśnił ojciec.

Niebezpieczeństwo nie pojawiało się jednak tylko wtedy, kiedy ojciec siedział za kierownicą lub na miejscu pasażera. Mrożąca krew w żyłach historia wydarzyła się bowiem także wówczas, kiedy go w samochodzie nie było:

„Garaż był bardzo stromy, zjeżdżało się w dół, do piwnicy, no i któregoś dnia nie zaciągnąłem niestety ręcznego hamulca. Jak wysiadłem, żeby otworzyć drzwi do garażu, samochód zaczął się staczać. Moja żona twierdzi, że usłyszała głośny okrzyk „Baaasiu!” i ujrzała mnie zbiegającego wraz z samochodem – z ręką na klamce, bo usiłowałem wskoczyć do środka. Potem rozległ się ogromny huk” (FRAGMENT WYWIADU Z EWĄ LIPSKĄ).

Ojcu nic się nie stało, a samochód zatrzymał się na półotwartych drzwiach garażu. Naprawa była skomplikowana, pojazd posiadał drewnianą ramę i karoserię z tworzywa, wymagał mozolnego klejenia. Po jakimś czasie historia powtórzyła się à rebours:

„Przez roztargnienie otworzyłem tylko jedno skrzydło drzwi garażowych, wsiadłem do wartburga i… wyjechałem z garażu wraz z drzwiami. Ale to był dobry samochód, bo potem jeszcze jeździł o własnych siłach” (FRAGMENT WYWIADU Z EWĄ LIPSKĄ).

Na początku lat sześćdziesiątych rodziców odwiedził Sławomir Mrożek, świeżo upieczony kierowca i dumny posiadacz bliźniaczego P-70. Panowie przyjaźnili się już od kilku lat, ale była to pierwsza wizyta, jaką Mrożek złożył lśniącym nowością samochodem. Ojciec postanowił wytłumaczył gościowi, jak należycie o niego zadbać, szczególny nacisk kładąc na wymianę koła – na wypadek, gdyby kiedyś zaszła taka potrzeba. Panowie udali się do garażu, w którym ustawiono samochód gościa. Niestety, w chwili kiedy pojazd został podniesiony, a koło odkręcone, wykład przerwało chrupnięcie i łoskot. Samochód spadł, podnośnik wyrąbał pokaźną dziurę w jego kartonowo-plastikowym poszyciu. Kiedy matka zeszła do garażu, żeby zobaczyć, dlaczego tam tak wesoło, panowie wciąż pokładali się ze śmiechu.

Kiedy pojawiłem się na świecie, ojciec był już kierowcą o kilkunastoletnim stażu. Jako cztero czy pięciolatka brał mnie niekiedy na kolana i prowadziliśmy„razem”; grafitowy fiat 125p został zmontowany w Polsce, ale „z włoskich części”, co ojciec podkreślał z dumą. Samochód wyposażono w dźwignię zmiany biegów przy kierownicy, wielkiej jak koło sterowe, i dziwaczny suwakowy szybkościomierz.

W tempie piechura jeździliśmy po osiedlu, które obecnie należy do rozrastających się najszybciej, a w owym czasie składało się z kilkunastu zaledwie domów. Nie przypominam sobie, abyśmy kiedykolwiek minęli inny samochód.

Kiedy zapędziliśmy się zbyt daleko w szutrową dróżkę, trzeba było zawrócić, wówczas mogłem się wykazać umiejętnością włączenia biegu wstecznego, co nie zawsze się udawało.

Samochód bywał niekiedy pośrednim powodem konfliktów z teściową, ponieważ ojciec nad ręczne odśnieżanie stromego wjazdu do garażu przedkładał obfite posypywanie go solą, wraz z chodniczkami w ogrodzie, co było zabójcze dla skrytego pod śniegiem, wypielęgnowanego ogródka. Tak barbarzyńskie postępowanie wzbudzało uzasadnione protesty.

Zdarzało się ojcu popełniać za kierownicą czyny niemal szalone, które mogły zakończyć się tragicznie; podczas jazdy autostradą w Austrii, przy szybkości przekraczającej sto kilometrów na godzinę, nagle wyjął kluczyk ze stacyjki, czemu towarzyszył złowieszczy trzask blokady, unieruchamiającej kierownicę w położeniu „na wprost”. Z powodu unieruchomienia silnika przestało też działać wspomaganie hamulców. Nie wiem, czy pasażerowie, wśród których była matka, zdawali sobie sprawę z tego, co się stało. Na szczęście droga była prosta i pusta, ojciec zdołał włożyć kluczyk z powrotem i wszystko wróciło do normy. Innym razem – także podczas jednego z wakacyjnych wojaży – postanowił sprawdzić, co się stanie, kiedy zmieni na autostradzie pas tak błyskawicznie, jakby siedział za kierownicą bolidu Formuły 1. I ten eksperyment jakoś przeżyliśmy, choć pasażerowie doznali szoku wywołanego nagłą zmianą toru jazdy i wysiedli z samochodu obolali z powodu siniaków.

 

Z samochodem związana jest jeszcze jedna historia, auto odgrywa w niej jednak rolę drugoplanową.

Lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku. Jak co dzień ojciec zawozi matkę do pracy; zostawia samochód na parkingu i wyrusza do delikatesów uzbrojony w awośkę3 – torbę na zakupy, którą nosiło się na wszelki wypadek.

Tymczasem z powodu awarii sprzętu lekarzy odsyłają do domów. Matka odnajduje samochód na parkingu i siada na przednim siedzeniu.

Ojciec wkłada zakupy do bagażnika i, nie zauważając żony, zasiada za kierownicą.

Basia, początkowo oburzona, siedzi cicho. Wyjeżdżają z parkingu – Basia czuje narastające zaniepokojenie. Gdyby się znienacka odezwała, Staszek mógłby się przestraszyć i spowodować wypadek.

Samochód zatrzymuje się na światłach. Zamyślony mąż z nudów myje spryskiwaczem szybę, rutynowo oblewając czekających na tramwaj. Zaczyna się rozglądać. Jego wzrok zatrzymuje się na wykładzinie podłogowej po stronie pasażera. Dostrzega tam czyjeś nogi. W damskich butach i rajstopach.

Z oczami wielkimi jak spodki:

– Basiu, co ty tu robisz? Przecież jesteś w pracy!