„Bajki robotów” Stanisław Lem – e-book

„Bajki robotów” Stanisław Lem – e-book 44/82.27%/4.11/5

bajki robotów okładka

 Opowiadania wzorowane na mitach i ludowych przypowieściach spajają dwa obce sobie światy: feudalny i cybernetyczny. Śmiały eksperyment artystyczny jest – jak zazwyczaj u Lema – głęboko zakorzeniony w tradycji literackiej, a „Bajki robotów” zdobyły trwałe miejsce w dorobku europejskiej kultury. Opowiadanie „Jak ocalał świat” stało się kanwą dla Doodle’a, którym wyszukiwarka Google uczciła Lema w kilkunastu krajach świata. Niniejsze wydanie „Bajek…” zostało uświetnione ilustracjami znakomitego grafika Daniela Mroza.


Informacja o książce

Stanisław Lem
Bajki robotów
© Copyright by Barbara i Tomasz Lem, 2012
ilustracje: Daniel Mróz © Copyright by Łucja Mróz-Raynoch
projekt okładki: Anna Maria Suchodolska
© Copyright for this edition: Pro Auctore Wojciech Zemek

Pro Auctore Wojciech Zemek
www.cyfrant.pl
ISBN 978-83-63471-01-9
Kraków
2012
Wszelkie prawa zastrzeżone

SPIS TREŚCI

  • Uranowe uszy
  • Jak Erg Samowzbudnik bladawca pokonał
  • Skarby króla Biskalara
  • Dwa potwory
  • Biała śmierć
  • Jak Mikromił i Gigacyan ucieczkę mgławic wszczęli
  • Bajka o maszynie cyfrowej, co ze smokiem walczyła
  • Doradcy króla Hydropsa
  • Przyjaciel Automateusza
  • Król Globares i mędrcy
  • Bajka o królu Murdasie
  • Jak ocalał świat
  • Maszyna Trurla
  • Wielkie lanie

FRAGMENT

BIAŁA ŚMIERĆ

Aragena była planetą zabudowaną do wewnątrz; władca jej bowiem, Metameryk, który rozciągał się w płaszczyźnie równikowej na trzysta sześćdziesiąt stopni i opasywał tym sposobem swoje państwo, będąc mu nie tylko panem, ale i osłoną, pragnąc uchronić poddany sobie lud Enterytów od kosmicznego wtargnięcia, zakazał poruszania czegokolwiek, choćby najmniejszego kamyka, na powierzchni globu. Stały przeto lądy Arageny dzikie i martwe, i tylko topory piorunów obciosywały krzemienne grzbiety gór, a meteory kraterami rzeźbiły kontynenty. Ale dziesięć mil pod powierzchnią rozpościerała się strefa bujnej pracy Enterytów; drążąc macierzystą planetę, wypełniali jej wnętrze kryształowymi ogrodami i miastami ze srebra i złota; wznosili na odwrót domy, o kształtach dodekaedrów oraz ikosaedrów, a także pałace hiberboliczne, w których kopule lustrzanej mogłeś przejrzeć się, powiększony dwadzieścia tysięcy razy jak w teatrze olbrzymów – kochali się bowiem w blasku i w geometrii, a byli z nich przedni budowniczowie. Systemami rurociągów tłoczyli w głąb planety światło, które filtrowali raz przez szmaragdy, raz przez diamenty, a raz przez rubiny, i dzięki temu mieli wedle woli świtanie, południe lub zmierzch różany; a tak byli zakochani we własnych kształtach, że lustrzany był cały ich świat; mieli pojazdy kryształowe, poruszane oddechem gorących gazów, bez okien, bo całe były przezroczyste, i podróżując, widzieli samych siebie, odzwierciedlanych przez czoła pałaców i świątyń, jako przedziwne wielokrotne odbicia poślizgowe, styczne i tęczujące. Mieli nawet własne niebo, gdzie w pajęczynach z molibdenu i wanadu jarzyły się spinele i kryształy górskie, które hodowali w ogniu.

Dziedzicznym, a zarazem wiecznym władcą był Metameryk, posiadł bowiem zimny, piękny korpus wieloczłonowy, a w pierwszym jego członie mieszkał rozum; kiedy się ów zestarzał, po tysiącach lat, gdy się już wytarły siatki krystaliczne od wielkorządnego myślenia, władzę przejmował po nim człon następny, i tak to szło, miał ich bowiem dziesięć miliardów. Metameryk sam był potomkiem Aurygenów, których nigdy nie widział, a wiedział o nich jeno tyle, że gdy zagroziła im zguba od pewnych istot strasznych, które się kosmonautyką parały i porzuciły dla niej słońca ojczyste, zamknęli Aurygenowie całą swoją wiedzę i zachłanność istnienia w mikroskopijnych ziarnach atomowych, którymi zapłodnili skalną glebę Arageny. Nadali jej to imię, bo ich własne im przypominało, ale nawet stopy zbrojnej na skałach jej nie postawili, aby nie sprowadzić tym tropem okrutnych swoich prześladowców; zginęli co do jednego, tę tylko mając pociechę, że ich wrogowie, zwani białymi lub bladymi, nie domyślają się nawet, jak nie ze szczętem zgładzili Aurygenów. Enteryci, którzy z Metameryka powstali, nie dzielili jego wiedzy o tym niezwykłym pochodzeniu własnym: historia straszliwego końca Aurygenów, a także początku Enterytów, spisana była w czarnym prakrysztale wezuwianowym, ukrytym w samym jądrze planety. Tym lepiej znał ją i pamiętał ich władca.

Z kamienistego i magnetycznego gruntu, który wyłamywali dzielni budowniczowie, powiększając swe podziemne królestwo, kazał Metameryk czynić szeregi raf, rzucanych w próżnię. Obiegały one piekielnymi koliskami planetę, nie dając do niej dostępu. Żeglarze kosmiczni omijali więc ową okolicę, zwaną Czarnym Grzechotnikiem, tak nieustannie bowiem zderzały się olbrzymie kłody latających bazaltów i porfirów, dając początek całym strumieniom meteorów, i było to miejsce obszarem źródłowym wszystkich kometowych łbów, wszystkich bolidów i asteroidów kamiennych, jakie zaprószają cały system Skorpiona.

Meteory waliły też kamieniospadami w grunt Arageny, bombardowały go, bruździły i rozorywały fontannami ogniowych zderzeń, noc zamieniając w dzień, a dzień – chmurami kurzawy – w noc. Ale najmniejsze drgnienie nie przedostawało się do państwa Enterytów; ktokolwiek ważyłby się zbliżyć do ich planety, ujrzałby, jeśliby nie roztrzaskał pierwej statku o wiry skalne, glob kamienny podobny do czaszki podziurawionej kraterami. Nawet wrota wiodące do podziemi uczynili Enteryci na podobieństwo rozszarpanych skał.

Przez tysiące lat nikt nie nawiedzał planety, a jednak Metameryk nie rozluźniał nakazów srogiej baczności ani na mgnienie. [...]