„Buty i inne opowiadania” Jan Józef Szczepański – e-book

„Buty i inne opowiadania” Jan Józef Szczepański – e-book
1/100%/5


BUTY-600X860X300

Czy wojna nas deformuje, czy tylko obnaża głęboko tkwiące w nas instynkty? Bolesny rachunek sumienia, wystawiony zarówno katom, jak i tym, którym udało się przeżyć hitlerowską zagładę. Okupacyjne opowiadania Szczepańskiego to opowiedziane spokojnym tonem sugestywne historie, które pozbawiają nas złudzeń, ale pozostawiają nadzieję.


Szczepański „odziera” z narosłej po latach legendy realia walki partyzanckiej (co ważne, czyni to z autopsji, jego relacja jest więc wiarygodna), co jednak oznacza nie tyle przewartościowanie rzeczywistości, ile jej uwiarygodnienie. Poprzez kodeks żołnierski nabywamy wiedzę o prawdach uniwersalnych, poprzez codzienność opisanej sytuacji zyskujemy prawdę o nas samych. Bohaterowie Szczepańskiego kształtują swój los w powszednich wyzwaniach, które rzadko można by nazwać efektownymi – ale przez to właśnie stanowią one „bagaż” wyrosły z doświadczenia i trudu zmagania się z przeciwnościami losu. („Jan Józef Szczepański, czyli odwaga świadectwa”)


Pisząc te opowiadania na dużej przestrzeni czasu, nie bardzo zdawałem sobie sprawę z tego, że ulegam wciąż tej samej fascynacji. Stwierdziwszy to teraz, doznałem w pierwszej chwili rodzaju wstrząsu. Właśnie ów wstrząs był dla mnie najsilniejszą ewokacją mojej okupacyjnej prawdy. Kiedy przypominam sobie przeżycia tamtych czasów, widzę, że zawsze najbardziej przejmowało mnie zło objawiające się wśród nas samych. Ilekroć jakaś ówczesna sprawa stawała przede mną jako temat, ilekroć przybierała formę problemu i zaczynała męczyć póty, aż nie było już innej ucieczki jak kartka papieru i pióro, zawsze konflikt rozgrywał się po tej stronie frontu. To dlatego, że prawdziwe niebezpieczeństwa tryumfującej brutalności, cynizmu, tchórzostwa i nihilizmu sięgających po władzę nad światem uświadamiałem sobie dopiero wówczas w całej pełni, gdy dostrzegałem je w sobie, we współtowarzyszach walki, w sercach ofiar i obrońców. Wtedy też rozumiałem najlepiej, że zbrodnia nie jest czymś, co przychodzi z zewnątrz i może być przezwyciężone doraźnie, ale że stanowi aktualną możliwość, o której nie wolno zapominać ani na chwilę. Cały mój stosunek do faszyzmu i do wojny skrystalizował się na tej zasadzie. Na zasadzie niedającej się zagłuszyć obawy, że grozi nam nie tylko fizyczna porażka, ale i zarażenie, że nawet w zwycięstwie możemy okazać się nie dość odporni.

Jan Józef Szczepański


Informacja o książce

Jan Józef Szczepański
„Buty i inne opowiadania”
© Copyright by Michał Szczepański, 2013
projekt okładki: Joanna Karwowska
korekta: Tomasz Lem
© Copyright for this edition: Pro Auctore Wojciech Zemek
www.cyfrant.pl
ISBN 978-83-63471-32-3
Kraków
2013

Wszelkie prawa zastrzeżone
cena: 24,90 PLN


Spis treści:

  • Od autora
  • Wszarz
  • Dwie jesienie
  • Buty
  • Koniec legendy
  • Sylwester w nowym domu
  • Za przełęczą
  • Błogosławione wody Lete

fragment książki

Koniec legendy

Pokój pana Woyno miał kształt ekierki. Węższym ramieniem przylegał do jadalni, a potem załamywał się w głąb szeroką alkową, stanowiącą właściwą sypialnię. Tam właśnie, pod dużym oknem, przy jasnym jesionowym biurku siedział gospodarz. Kiedy Szary stanął na progu, podniósł się wysoki i szczupły, ubrany w długą „ziemiańskiego” fasonu marynarkę i wąskie błyszczące cholewy. Parę kroków postąpił naprzód i czekał przygarbiony trochę, z ramionami wyciągniętymi takim gestem, jakby chciał Szarego wziąć na ręce, przytulić i pohuśtać jak małe dziecko. Ten ruch wabił, nie można mu się było uchylić ani oprzeć, narzucał jakieś rzewne i kłopotliwe uczucie własnej niedojrzałości, ale zarazem czarował wdziękiem niczym figura staroświeckiego tańca.

Szary posłusznie dał się przyciągnąć oczekującym go dłoniom. Ujęły go mocno za barki, przycisnęły do chudej piersi. Siwe, krótko przystrzyżone wąsy połechtały kolejno jego policzki. Raz, drugi i jeszcze raz.

– Józeczku kochany, jakże się cieszę! – Głos był tak samo wujaszkowato pieszczotliwy jak ruchy. – No, pokażże się – Woyno odsunął go na długość ramion. – Dobrze wyglądasz, chłopcze. Taki jakiś zwalisty… tylko ta bródka… zgolże to świństwo zaraz. No, siadaj, mój drogi.

Nie puszczając go z rąk popychał delikatnie, kierował, prowadził, troskliwie usadzał w niskim fotelu. Na zakończenie pogładził jeszcze po głowie, pomrukując dobrotliwie i przymilnie.

Mały stolik obok fotela pochłonął uwagę Szarego tak dalece, że pozwalał manewrować sobą niemal bezwiednie. Stał tam długi półmisek pełen cieniutko pokrajanych płatków wędliny. Błyszczały na nich ciemne grzybki i gruzełkowate larwy korniszonów, zaś na biało przykrytej tacce leżały ułożone w równe schodki kromki pachnącego chleba. Obok smukła karafka załamywała promieniście światło w swym bursztynowym wnętrzu.

Pan Woyno ujął ją ostrożnie za szyjkę.

– Napijesz się kminkówki, prawda? – posuwał mu już pełny kieliszek, przystawiał bliżej zakąski.

Sam wypił też, podnosząc ptasio małą głowę, z jedną dłonią wyprostowaną płasko na wysokości piersi. Potem wycofał się za swoje biurko i ruchem bardzo rozważnym, ograniczonym ze wszystkich stron ciśnieniem jakichś niewidocznych napięć przełożył kartę w pasjansie.

Szary pozostawiony sam sobie w cieniu jadł, łykał złotą wódkę przenikającą gardło i pierś mnóstwem rozkosznych, ciepłych ukłuć, rozglądał się milcząco, coraz spokojniejszy, coraz bardziej bezpieczny od wszystkich chłodnych i ciemnych spraw nocy.

Na przeciwległej ścianie wisiały dwa duże sztychy, trochę już pożółkłe, przedstawiające jakieś słynne okazy koni arabskich, których imiona wypisane były poniżej ozdobną kursywą. Wracał do nich wzrokiem nieustannie, nie mógł się im dosyć napatrzyć. Znał je przecież, ale nigdy nie frapowały go tak jak dzisiaj. To właściwie nie były już konie – raczej bajeczne gryfy, egzotyczne, prawie że niesamowite. Główki miały małe, pozapadane w sobie, zgniecione, oplecione siatką wrażliwych arterii. Ale z tych szczątkowych łebków wybuchały tragicznie ogromne oczy i chrapy ziejące dzikością i grozą. Prychały wściekle, tryskały płomieniem przerażenia i buntu w ciepły, zaciszny pokój, drzemiący w leniwym poszumie mlecznej lampy. Potężne, okrągłe zady i muskularne piersi prężyły się od narowistych podrzutów suchych nóg, wspaniałe ogony powiewały faliście jak sztandary archaicznej, rycerskiej dumy. Te znakomite zwierzęta prowadzone były przez małych murzyńskich chłopców w fałdzistych szarawarach i baniastych turbanach, nad którymi unosiły się pęki piór podobne do wodotrysków.

Szary przyglądał się koniom coraz uważniej, zaczynały go niepokoić i męczyć obsesją jakichś niewyraźnych skojarzeń. Należały niewątpliwie do świata imaginacyjnej gęstwiny skrzypów, paproci i ukwiałów, którą odgadł patrząc w zamarznięte okno, były symbolem czegoś, co żyło w tym domu, ale czego nie umiał nazwać po imieniu. Odłożył nadgryzioną kromkę i oparł się dłońmi o poręcze, chcąc wstać i podejść do sztychów. Pan Woyno podniósł żywo twarz znad pasjansa.

– No, Józeczku… już? Jeszcze kieliszek, proszę cię bardzo, a może zapalisz? Poczekaj, mam tu coś, czego nie paliłeś w lesie. Popatrz: przedwojenny mentolowy. To już ostatki takiego zakonspirowanego zapasu. Proszę cię bardzo. A teraz, mój drogi, opowiadaj.

Konie przycichły, przestały chrapać i brykać. Chłodny, pachnący miętą dym przyćmił dziki blask ich oczu. Szary rozsiadł się wygodnie, przechylił głowę w tył, zamyślił się nad kompozycją i wątkiem wydarzeń, z których miał zdać sprawę. Po raz pierwszy wywoływał je jako wspomnienie. Już były odległe i mgliste, chociaż działy się zaledwie wczoraj.

Zaczął opisywać sprawy najbardziej ogólne, sprawy będące tam istotną treścią każdego dnia. Rozwodził się nad ilością i rodzajem posiadanej broni, nad sposobami zaopatrywania się w żywność i odzież, nad techniką budowy obozów, maskowania i ubezpieczeń. Uprzytomniał staremu panu i sobie trud nieustannych nocnych marszów, niewygodę i monotonię ciągnącej się miesiącami bezdomności.

Krwista twarz pana Woyno, przekrzywiona ukośnie, zaostrzała się w wyrazie wzrastającej baczności i oczekiwania. Niebieskie oczy mrużyły się jeszcze w pieszczotliwym uśmiechu, ale kościste szczęki żuły coś niecierpliwie i drobno, aż bielutki puch włosów poruszał się na skroniach, a wargi wyciągały się lekko pod wąsem, jakby chcąc uchwycić coś i skosztować ostrożnie samym brzegiem. Szary spostrzegł, że nie takiej opowieści oczekuje się od niego, ale nie mógł jakoś porzucić obranej drogi, na której sam co krok odkrywał nie znany jeszcze, obiektywnie odtworzony krajobraz leśnego życia.

Woyno stuknął lekko palcami w biurko, zarządzając jak gdyby chwilę przerwy.

– Powiedz mi, chłopcze – rzekł – mieliście przecież jakieś walki, jakieś sukcesy…

Grzywami koni przebiegł dreszcz, ogony załopotały porywiście.

Tak, naturalnie. Były walki, zasadzki, minowanie torów, napady i obławy. Tam, w lesie, to się tak śmiesznie mówiło: „pu pu”. Jak patrol żywnościowy przyprowadził czerwonego byczka albo jak były gęsi na obiad, przesądni przestrzegali: „Uważajcie, będzie pu pu”. I zwykle wróżba się sprawdzała. Może dlatego, że jej prawdopodobieństwo było zawsze bardzo duże, a bydło w okolicy chowano czerwone. Usiłował przypomnieć sobie taką sytuację, która wyróżniałaby się czymś szczególnym spomiędzy mnóstwa pełnych bieganiny i hałasu partyzanckich potyczek.

Oczy pana Woyno kusiły chłodnym niebieskim blaskiem, oczy koni siały iskry gorącego stepowego animuszu.

Przypomniał sobie teraz ten dreszcz, ten pierwszy, nie dający się porównać z żadnym innym przeżyciem. Zasnął wtedy po ciężkim marszu i służbie dopiero nad ranem. I ledwo zapadł w ciemną wygodę nieświadomości, z trzaskiem i łomotem poderwały się roje pośpiesznych strzałów z niedalekiej placówki. Kiedy jednym skokiem stanął na nogi, wśród wysokich, mchem obrośniętych smreków, po mrocznym jeszcze i pełnym porannego chłodu lesie snuł się ostry zapach prochu. Próbował wyjaśnić dokładnie przebieg tej bitwy. Przechylił się nad biurkiem i kreślił palcem po zielonym suknie i wśród równo ułożonych kart. – Tu brzeg lasu, tu placówka na wzgórzu, tu wieś, tu szosa, tu zagajnik, tu Niemcy, tu my. Na ten zagajnik uderzyli wtedy szturmem. Przypomniał sobie upojenie tym biegiem. Po bokach i za plecami tupot rozrzuconego rojem plutonu. Krzyk „Hura!” zrywający się i opadający, przechodzący w ochrypły z wysiłku charkot. Drgania cieniutkich świstów przenikających powietrze i nieopisana radość, oszołamiający wybuch przyjaźni dla tych wszystkich, którzy biegną razem.

Niemcy wycofywali się pojedynczo skokami, tak pokurczeni, że z daleka wyglądali jak nieduże czworonożne zwierzątka pomykające wśród krzaków. Zaplątał się w szczegóły. Zaczął opowiadać, jak erkaem zatarł im się piaskiem, jak zrozpaczony erkaemista Grab ukląkł w szczerym polu i bezsilnie wygrażał pięściami chałupom, w których żandarmi zdołali się umocnić, i skąd otwarli gwałtowny maszynowy ogień.

– No, a rezultat tej walki? – upomniał się pan Woyno.

– Zdobyliśmy trochę broni, ale mieliśmy dwóch zabitych i dwóch rannych. Jeden z nich, Kwiatek, miał niecałe osiemnaście lat. Kula zgruchotała mu kolano…

– Ale Niemców ilu? Ilu Niemców zabiliście?

– Nie pamiętam – przyznał się Szary. – Trzech czy czterech. No i wzięliśmy dziewięciu jeńców. Biednemu Kwiatkowi trzeba było zrobić amputację – ciągnął dalej. – Obcinali mu tę nogę bez chloroformu i nawet bez znieczulenia. A następnego dnia umarł w brudnej chałupie, pełnej much i robactwa. Nasz medyk mówił potem, że to była zgorzel gazowa.

– A z tymi jeńcami, Józeczku, coście zrobili?

Szary zastanowił się. W ciszy, która zapadła, słychać było daleki plusk fortepianu. Ktoś grał Chopina. Sączyły się przez ścianę wymowne frazy szlachetnego natchnienia, bólu, lirycznej melancholii, rezygnacji opromienionej ślicznym uśmiechem przebaczenia.

Co zrobili? – Zabili. Zobaczył znowu tę scenę: strzelec Błękitny z krzywym uśmiechem na ospowatej gębie pokazywał kolegom swoje spodnie spryskane mokrą jeszcze krwią i saperską łopatkę, na którą on, Szary, nie odważył się spojrzeć. Ten pokój, taki cichy i czysty, nie był odpowiednim miejscem na tego rodzaju historie. Ale właśnie kontrast podniecił Szarego. Zapalił się, znajdował jakąś niezdrową satysfakcję w konfrontowaniu tamtych obrazów z wykwintem Chopinowskiej tęsknoty i elegancją stylowych biedermeierowskich mebli.

W miarę jak mówił, twarz pana Woyno tężała, gasł na niej śmiech wujaszkowatej czułości.

– A dlaczego, dlaczego w ten sposób? – zapytał zmartwiony.

Dlaczego? Dlatego że było mało amunicji, i że nie można było zdradzać strzałami miejsca postoju. A poza tym to było przyjęte. I w ogóle nieprawda, że Polacy nie są okrutni. Nieprawda! Do każdej egzekucji zgłaszało się trzy i cztery razy więcej ochotników, niż było trzeba. Zaperzył się, jakby mu kto przeczył. Sypał gorączkowo przykładami. Konfident, którego bito po łbie tak, że głowa stała się równie szeroka jak tułów, bandyta, któremu przypiekano pięty, oficer SS, którego badano w ten sposób, że wreszcie starszy strzelec Modliszka, asystent biologii „z cywila”, nie wytrzymał widoku, podbiegł i dobił go samowolnym strzałem. Krew nabiegła Szaremu do twarzy, mówił coraz głośniej, ręce mu drżały.

Pan Woyno znowu stuknął sucho w biurko. Chrząknął parę razy, przełknął ślinę i rzekł głosem niespodziewanie łagodnym, trochę nawet proszącym:

– Słuchaj, Józku, przecież Niemcy robili to samo. To oni zaczęli.

Szary ochłonął.

– Oczywiście – odparł. – Robili i robią rzeczy znacznie gorsze i w dodatku z precyzją i wyrachowaniem systemu. Po jednej bitwie, kiedy zaskoczyli nas pancerkami, zebraliśmy w polu dziesięciu naszych zabitych z wyłupanymi oczami. Tak… Zresztą co tu gadać, wszyscy wiemy dobrze, jak jest. Tylko, widzi pan – znów podniósł głos, wzburzony – u nich to jest naturalne, po nich nie można się niczego lepszego spodziewać i… i… ich mi nie żal, to znaczy, nie żal mi ich, że oni w to brną, ale żal mi naszych. Nie mówię teraz o tych torturowanych i męczonych, ale o tych, którzy się nauczyli robić to samo.

Starszy pan wstał, obszedł cichutko biurko i nalał do kieliszka złotej wódki.

– Proszę cię bardzo, jeszcze jednego – położył Szaremu przyjaźnie rękę na ramieniu.

Za oknem rozległ się dźwięczny klekot dzwonków, nierówny tupot i skrzyp płóz na śniegu. Woyno przechylił głowę.

– Oho, Sulęcin przyjechał.

Tętent ustał przed gankiem. Dzwonki zacichły i tylko od czasu do czasu odzywały się krótkim, urywanym dreszczem ogłaszając niespokojne rzuty końskich łbów.

Gospodarz wrócił na swoje miejsce.

– Opowiedz no jeszcze co, chłopcze – prosił z dawnym uśmiechem w oczach. – Coś weselszego. Przecież bywały i weselsze sprawy.

Szary spojrzał na sztychy. Araby miały jednak w tym swoim nerwowym pląsie dużo godności.

Teraz już bardzo spokojnie, potoczyście nawet, referował szereg udanych zasadzek i zamachów na pociągi. Pilnował się, żeby nie ulec niebezpiecznej fascynacji drobnymi epizodami i szczegółami. Przeszedł do opisu bitwy krzepińskiej. To był niewątpliwy sukces. Dziewięćdziesięciu sześciu jeńców, dwanaście wozów taborowych z amunicją, żywnością i sprzętem, dwa granatniki, kilkadziesiąt wspaniałych koni. Kiedy jednak spróbował wyjaśnić przebieg akcji, zaplątał się znowu. Jak właściwie do tego doszło? Sam nie wiedział. Ogarnęło go zdumienie. Przecież to prawda. A sam fakt był w istocie jednym ogromnym bałaganem. Plutony pogubiły się, pobłądziły, pomyliły kierunki natarć. A potem, kiedy zwycięstwo spadło na nich jak nieoczekiwany żart losu, przyszła zaraz ta przygnębiająca noc, kiedy to pierwszy raz sypnęło mokrym śniegiem! Po ciemku zakopywali ogromne skrzynie broni koło opuszczonej leśniczówki. Nad ranem na wielkiej polanie zebrali się wszyscy wokół dymiących ognisk, zmarznięci, mokrzy, przesiąknięci goryczą. Ci, którzy odchodzili na „meliny”, oddawali niechętnie płaszcze, rękawice i chlebaki pozostającym kolegom, wymieniali rogatywki na czapki cywilne, kłócili się o każdą szmatę. Niektórzy dygotali z niecierpliwości: „Nareszcie, nareszcie!”. Ale wielu innych wałęsało się tam i sam z posępnym spojrzeniem. „Gdzie pójdziemy? – pytali rozkładając bezradnie ręce. – Kto się nami zajmie?”

Po lesie wlokły się mokre mgły, zacinało drobnym deszczem i krupami. Zapamiętał bladą, zapadniętą twarz Groma i to, co wtedy mówił: „Póki człowiek był zdrów, to był dla nich dobry, a teraz won, idź, zdychaj sam na te płuca, co ci w lesie wygniły. Nawet tej głupiej szóstki, coś ją sam zdobył, nie zostawią…”

Gorzki smak tego rozstania pozostał już potem. Towarzyszył wybranym na zimowanie oddziałom, ciążył nad życiem w bunkrach. I teraz domieszał się jadem zniechęcenia i wstydu do opisu bojowych sukcesów.

Nastrój zwycięskich oszołomień rozpływał się i rozłaził… przypominały się boleśnie zdarzenia inne, inne opowiadanie. Tak. W 39 roku po ucieczce z niewoli opowiadał też swoim najbliższym przebieg innych bitew. Pod Aleksandrowem, pod Narolem… tam też brali jeńców, zdobywali broń… Posmutniał uczuwszy niespodziewany posmak analogii.

Pan Woyno niespokojnym ruchem zaczął rozgarniać karty.

– To jednak jest pokrzepiające – rzekł niepewnie – że w tych warunkach, przy takiej nierówności sił, mogliście ich bić. To pozwala wierzyć, że na tym świecie prawda zwycięża.

Wysunął szufladę, by schować w niej talię. Na wierzchu leżał jakiś plan pomalowany w różnobarwne plamy, podzielony starannie na szereg pól i figur. Szary powstał i pochylił się nad rysunkiem.

– Plan wiosennych zasiewów – uśmiechnął się Woyno zatrzymując na chwilę otwartą szufladę. Potem zatrzasnął ją szybko, miękko strzepnął dłonią. – Ech, kto to będzie siał? Kto będzie zbierał?

Zaciął szczęki i zapatrzył się blado w ciemne okno. Widać było w tym momencie, jak bardzo się postarzał, jak na cienkiej chrząstce nosa naciągnęła się skóra i pogłębiły się bruzdy wokół ust.

Za drzwiami zaćwierkał dziecinny piskliwy dzwoneczek, zagrzechotało, zaszumiało. Ktoś wszedł. Spojrzeli w mroczną część pokoju. Jakaś dziwaczna postać sunęła ku nim krokiem groteskowo dostojnym, mała, pękata, w szerokiej, sięgającej ziemi szacie, z długim kosturem w ręku, brzęcząca i kołacząca jak górska owca albo średniowieczny ślepiec. Zatrzymała się na skraju alkowy i wtedy w blasku lampy ukazał się stary, pomarszczony, uśmiechnięty enigmatycznie tybetański lama.

[…]