„Doskonała próżnia” Stanisław Lem – e-book

oceń książkę

Doskonała Próżnia ebook
„Doskonała próżnia” jest formą wyrafinowanej zabawy z czytelnikiem, innymi książkami, konwencjami i teorią literatury. Streszczenia i analizy fikcyjnych utworów pisarskich wykraczają poza samą parodię modnych kierunków artystycznych. Uzupełniają je teksty, będące apokryficzną wersją nauki, takie jak fascynująca koncepcja Kosmosu jako Gry, przedstawiona w „Nowej Kosmogonii”.


Tom „Apokryfy” zawiera w sobie „Doskonałą próżnię” – zbiór recenzji z nieistniejących książek oraz „Wielkość urojoną” – zbiór wstępów do dzieł fikcyjnych. Lem projektuje te zmyślone teksty bądź to z parodystycznym zacięciem, bądź – traktuje swe zadanie z powagą, wraz z fikcją dzieł powołując do istnienia bynajmniej nie zmyślone idee i problemy.
„Apokryfy” są dziełem, które czytelnikowi zaleca się wpierw humorem, bo nie sposób nie śmiać się z rozlicznych parodii dwudziestowiecznej prozy awangardowej – czy to w stylu Joyce’a, czy Nathalie Sarraute. Lem wchodzi tu w skórę kompetentnego krytyka, który upaja się po trosze swymi umiejętnościami, wytrwale zatem streszcza, zaczym kroi podług różnych strukturalistycznych prawideł swoje zmyślone dzieła, a one ujawniają niezliczone wewnętrzne komplikacje – aż do granic absurdu.

Ale od parodii ciekawsze są w „Apokryfach” takie teksty, które – w zgodzie z tytułem całej książki – są niejako apokryficzną wersją nauki, nie potwierdzoną przez uniwersytety, choć czasami porywającą dla swej osobliwej śmiałości. Będzie to więc najpierw dzieło uzasadniające taki gust do nauki nieoficjalnej lub przekreślonej przez autorytety („Odys z Itaki”), potem streszczenia dzieł, które nie mogłyby się w naszym świecie ukazać jako prace naukowe, choć są pasjonującą przygodą myśli (jak „Nowa Kosmogonia”, „Non serviam”, „Das kreative Vernichtungsprinzip. The World as Holocaust”, „Der Völkermord”). Już same tytuły świadczą o tym, że Lem nie tylko dzieła wymyśla, ale autorów – jako przedstawicieli różnych narodów i narodowych stylów myślenia czy widzenia świata. „Apokryfy” są bowiem pasjonujące właśnie jako próba wyjścia poza język i styl własny, wykreowania nie tylko problemu, ale też dyskursu, w jakim ów problem się wyraża – bo człowiek tworzy nie tylko rozwiązania zagadek, których mu świat dostarcza, ale osobliwe języki, w których swe działania zapisuje. Więc jeśli nawet apokryfy owe odrzuci oficjalna kosmologia, teologia czy nauka o zbrodniach nazizmu, to jako próba opisania ich tym a nie innym stylem i zobaczenia z tego a nie innego punktu widzenia pozostaną dla czytelnika pasjonującą lekturą.

Jerzy Jarzębski


SPIS TREŚCI

  • St.Lem „Doskonała próżnia”
  • Marcel Coscat „Les Robinsonades”
  • Patrick Hannahan „Gigamesh”
  • Simon Merril „Sexplosion”
  • Alfred Zellermann „Gruppenführer Louis XVI”
  • Solange Marriot „Rien du tout, ou la conséquence”
  • Joachim Fersengeld „Perycalypsis”
  • Gian Carlo Spallanzani „Idiota”
  • „Do Yourself a Book”
  • Kuno Mlatje „Odys z Itaki”
  • Raymond Seurat „Toi”
  • Alistar Waynewright „Being Inc.”
  • Wilhelm Klopper „Die Kultur als Fehler”
  • Cezar Kouska „De impossibilitate vitae”
  • Arthur Dobb „Non serviam”
  • Alfred Testa „Nowa Kosmogonia”

FRAGMENT

Nowa kosmogonia

[…] Nauki sporządziły więc obraz Kosmosu zamieszkanego, a zarazem twierdzeniom tym uparcie przeczyły fakty obserwacyjne. Podług teorii otaczał Ziemię – co prawda w gwiezdnym oddaleniu – tłum cywilizacji. Podług praktyki obserwacyjnej ziała wokół nas martwa głusza. Pierwsi badacze problemu zakładali, że przeciętna odległość pomiędzy dwiema cywilizacjami kosmicznymi wynosi od 50 do 100 lat świetlnych. Dystans ten hipotetycznie zwiększono potem do 1000. W latach siedemdziesiątych radioastronomia tak się udoskonaliła, że można było szukać sygnałów idących z dziesiątka tysięcy lat świetlnych: lecz i tam rozlegał się jedynie szum słonecznych pożarów. W ciągu siedemnastu lat trwałych nasłuchów nie wyłowiono z nich ani jednego sygnału, ani jednego znaku, dającego podstawy do przypuszczenia, że stoi za nim rozumny zamysł.

Acheropoulos powiedział sobie wtedy: fakty na pewno są prawdziwe, bo one stanowią fundament poznania. Czy być może, aby fałszywe były wszystkie teorie wszystkich nauk – żeby i chemia organiczna, i biochemia syntez, i biologia teoretyczna z ewolucyjną, planetologia, astrofizyka – co do jednej pozostawały w błędzie? Nie: aż tak wszystkie, aż tak bardzo nie mogą się mylić. A zatem: fakty, jakie dostrzegamy (czy: jakich nie dostrzegamy) widocznie wcale teoriom nie przeczą. Potrzebna jest nowa reinterpretacja zbioru danych i zbioru uogólnień. Tej syntezy właśnie się podjął.

Wiek Kosmosu i jego rozmiary musiała nauka ziemska wielokrotnie rewidować w ciągu XX stulecia. Kierunek zmian był taki sam zawsze: nie doceniano właściwie ani starości, ani rozmiarów Uniwersum. Gdy Acheropoulos przystępował do pisania „Nowej Kosmogonii”, wiek i wielkość Wszechświata podległy kolejnej rewizji: trwanie Kosmosu oceniano na co najmniej 12 miliardów lat; jego rozmiary widome – na 10 do 12 miliardów lat świetlnych. Otóż wiek systemu słonecznego wynosi około pięciu miliardów lat. Tak więc ten system nie należy do pierwszej generacji gwiazd, jaką zrodziło Uniwersum. Pierwsza generacja powstała daleko wcześniej, właśnie około dwunastu miliardów lat temu. W interwale czasowym, dzielącym powstanie owej pierwszej generacji od powstania następnych pokoleń słońc, tkwi klucz zagadki.

Doszło bowiem do rzeczy tyleż dziwnej, co zabawnej. Tego, jak może wyglądać, czym się może zajmować, jakie cele może stawiać sobie cywilizacja rozwijająca się od miliardów lat (a właśnie o tyle muszą być starsze od ziemskiej cywilizacje „pierwszego pokolenia”!) – tego nikt nie umiał sobie przedstawić nawet w najśmielszym rojeniu. To, czego nikt sobie nie umiał wyobrazić, jako rzecz nader niewygodna uległo tedy kompletnemu zignorowaniu. W samej rzeczy: żaden z badaczy problemu psychozoików kosmicznych nie napisał ani jednego słowa o tak długowiecznych cywilizacjach. Najodważniejsi powiadali czasem, że, być może, kwazary, pulsary – to objawy robót najpotężniejszych cywilizacji kosmicznych. Lecz prosty rachunek ukazywał, że Ziemia, gdyby się rozwijała aktualnymi tempami, mogłaby osiągnąć poziom tak skrajnych robót „astroinżynieryjnych” w przeciągu kilku tysięcy nadchodzących lat. Co jednak miałoby nastąpić potem? Co może czynić cywilizacja, trwająca miliony razy dłużej? Astrofizycy, zajmujący się takimi kwestiami, uznali, że takie cywilizacje nic nie robią, jako że nie istnieją.

Co się z nimi stało? Astronom niemiecki, Sebastian von Hoerner, twierdził, że wszystkie one dokonały samobójstwa. Chyba tak, skoro ich nigdzie nie widać! Ależ nie, odpowiedział Acheropoulos: nie widać ich nigdzie? To my tylko ich nie dostrzegamy, ponieważ one są już wszędzie. To jest, nie one – lecz owoce ich działania. Dwanaście miliardów lat temu, a, wówczas tak, wtedy przestwór był martwy – i rodziły się w nim pierwsze zalążki życia na planetach pierwszej gwiezdnej generacji. Lecz po upływie eonów nie pozostało nic z tamtej kosmicznej pierwociny. Jeżeli uznawać za „sztuczne” to, co przekształcone przez aktywny Rozum, to cały Kosmos, jaki nas otacza, już jest sztuczny. Tak zuchwała herezja budzi natychmiastowy sprzeciw: wiemy przecież, jak wyglądają obiekty „sztuczne”, produkowane przez Rozum, zajmujący się instrumentalnymi robotami! Gdzież pojazdy, gdzie molochy maszynowe, gdzie – jednym słowem – tytaniczne technologie istot, co mają nas otaczać i stanowić gwiaździste niebiosa? Lecz to jest błąd wywołany inercją myśli, gdyż technik instrumentalnych potrzebuje tylko – powiada Acheropoulos – cywilizacja, tkwiąca w embrionalnej fazie – jak ziemska. Cywilizacja miliardoletnia nie używa żadnych. Jej narzędziem jest to, co my nazywamy Prawem Natury. Sama Fizyka stanowi „maszynę” takich cywilizacji! I to nie „gotową maszynę”: nic podobnego. „Maszyna” ta (oczywiście z maszynami mechanicznymi nie ma ona nic wspólnego) powstaje od miliardów lat i jej budowa, choć wielce zaawansowana, jeszcze się nie zakończyła!

Zuchwalstwo tego bluźnierstwa, jego potwornie rebeliancki smak, wytrąca wprost książkę Acheropoulosa z ręki czytającego – tak było na pewno z niejednym. A to przecież tylko pierwszy krok na drodze dalszych odstępstw autora, największego herezjarchy w dziejach nauki.

Acheropoulos likwiduje różnicę między „naturalnym” (wytworem Przyrody) i „sztucznym” (wytworem techniki), idąc tak daleko, że znosi różnicę bezwzględną pomiędzy Prawem Stanowionym (jurydycznym) a Prawem Natury… Neguje sąd, jakoby podział dowolnych obiektów na sztuczne i naturalne z pochodzenia był obiektywną własnością świata. Uważa ten sąd za podstawową aberrację myśli, wywołaną efektem, jaki zwie „zamknięciem pojęciowego horyzontu”.

Człowiek podpatruje przyrodę – powiada – i uczy się u niej działania; podgląda spadek ciał, pioruny, procesy spalania. Przyroda zawsze jest Nauczycielem, a on – Uczniem; po niejakim czasie poczyna wręcz imitować procesy własnego ciała. Biologia bierze u niego korepetycje, lecz i wtedy, tak samo jak jaskiniowiec, nadal uważa Przyrodę za stan graniczny doskonałości rozwiązań: mniema, iż kiedyś, kiedyś, być może prawie doścignie Naturę w perfekcji działania, ale to już będzie kres drogi. Dalej iść niepodobna, bo to, co istnieje jako atomy, jako słońca, jako ciała zwierząt, jego własny mózg – to jest w budowie nieprześcignione po wieczność. Naturalne stanowi tedy granicę ciągu prac, które je „sztucznie” powtarzają i modyfikują.

Oto błąd perspektywy, mówi Acheropoulos, czyli „zamknięcie pojęciowego horyzontu”. Sama koncepcja „doskonałości Przyrody” jest złudzeniem, jak złudzeniem jest obraz szyn schodzących się na widnokręgu. Przyrodę można zmienić we wszystkim, oczywiście, dysponując po temu odpowiednią wiedzą; można sterować atomami, a potem można odmieniać i własności atomów; lepiej przy tym wcale nie rozważać, czy to, co będzie „sztucznym” wynikiem takich prac, okaże się „bardziej doskonałe” od tego, co było dotąd – „naturalne”. Będzie to po prostu Inne – podług planu i zamiaru Działających Stron; będzie o tyle „lepsze”, tj. „doskonalsze”, że ukształtowane zgodnie z zamysłem Rozumu. Lecz jaką „absolutną lepszość” mogłaby przejawiać kosmiczna materia po jej totalnym zrekonstruowaniu? Możliwe są „rozmaite Natury”, „różne Kosmosy”, ale urzeczywistniony został tylko jeden, konkretny wariant, ten, który nas zrodził, w którym egzystujemy; to wszystko. Tak zwane „Prawa Natury” są nienaruszalne tylko dla cywilizacji „płodowej”, jak ziemska. Podług Acheropoulosa droga wiedzie ze szczebla, na którym się prawa Natury wykrywa, ku szczeblowi, na którym prawa takie można ustanawiać.

To właśnie zaszło – i zachodzi – od miliardów lat. Obecny Kosmos już nie jest polem gry sił żywiołowych, nietkniętych, ślepo rodzących i niszczących słońca czy ich systemy; nic podobnego. W Kosmosie nie da się już odróżniać tego, co „naturalne” (pierwotne), od tego, co „sztuczne” (przetworzone). Kto dokonał tych robót kosmogonicznych? Pierwsze pokolenie cywilizacji. W jaki sposób? Tego nie wiemy: nasza wiedza jest zbyt znikoma. Skąd więc i po czym można poznać, że tak jest właśnie?

Gdyby pierwsze cywilizacje – odpowiada Acheropoulos – były w swoich poczynaniach od początku swobodne, tak jak był swobodny Stwórca Kosmosu w wyobrażeniu religii – to, istotnie, zjawisk przemiany, co zaszła, nigdy nie potrafilibyśmy rozpoznać. Bóg stworzył przecież świat, za religiami, czystym aktem intencjonalnym, w całkowitej wolności; lecz sytuacja Rozumu była inna; cywilizacje powstały ograniczone własnościami pierwotnej materii, co je zrodziła; te własności uwarunkowały ich kolejne czyny; po tym, jak się owe Cywilizacje zachowują, można, w upośrednieniu, rozpoznać, jakie były startowe warunki Kosmogonii Psychozoicznej. Nie jest to rzeczą łatwą: albowiem, cokolwiek zaszło, Cywilizacje nie wyszły niezmienione z prac transformowania Wszechświata; stanowiąc jego części, nie mogły tym samym odmieniać go, siebie nie tykając.

Acheropoulos posługuje się takim modelem poglądowym: gdy na pożywce agarowej osadzimy kolonie bakterii, można zrazu rozróżniać pomiędzy wyjściowym („naturalnym”) agarem i tymi koloniami. Z czasem jednak procesy życiowe bakterii zmieniają agarowe środowisko, wprowadzając w nie jedne substancje, pochłaniając inne, tak że skład podścieliska, jego kwasowość, jego konsystencja ulega przekształceniom. Gdy zaś wskutek owych przemian – nowymi chemizmami obdarzony agar spowoduje powstanie nowych odmian bakterii, do niepoznaki wręcz przetworzonych względem rodzicielskich generacji, te nowe odmiany nie są niczym innym, jak skutkiem „biochemicznej gry”, co się toczyła pomiędzy wszystkimi koloniami naraz – a podłożem. Te późne odmiany bakterii nie powstałyby, gdyby wcześniejsze nie przemieniły środowiska; więc te późne są skutkami samej gry. A przy tym pojedyncze kolonie wcale nie muszą się bezpośrednio ze sobą kontaktować; wpływają na siebie, lecz tylko poprzez osmozę, dyfuzję, przesunięcia równowagi kwasowo-zasadowej w podścielisku. Jak widać, wstępnie powstająca gra ma tendencję do znikania – bo zastępują ją jakościowo nowe, pierwotnie nieistniejące formy rozgrywki. Podstawcie za agar – Prakosmos, a za bakterie – Pracywilizacje, a otrzymacie uproszczony obraz Nowej Kosmogonii.

To, co dotychczas powiedziałem, jest ze stanowiska wiedzy nagromadzonej historycznie całkowicie obłędne. Nic jednak nie może nam wzbronić przeprowadzania myślowych eksperymentów z najdowolniejszymi założeniami, byle były one logicznie niesprzeczne. Kiedy więc przystajemy na obraz Kosmosu-Gry, powstaje szereg pytań, na które trzeba udzielić niesprzecznych odpowiedzi. Są to pytania o stan początkowy przede wszystkim: czy możemy cokolwiek wnosić o nim, czy możemy dojść wnioskowaniem warunków wyjściowych Gry? Acheropoulos sądził, że to jest możliwe. Po to, aby w nim powstała Gra, musiał Prakosmos posiadać określone własności. Musiał być taki na przykład, aby mogły w nim powstać pierwsze cywilizacje: a zatem nie był fizycznym chaosem, lecz podlegał jakimś prawidłowościom.

Te prawidłowości nie musiały jednak być uniwersalne, to jest, wszędzie takie same. Prakosmos mógł być niejednorodny fizycznie, mógł stanowić jakby mieszaninę różnopostaciowych fizyk, nie w każdym miejscu tożsamych i nawet nie w każdym miejscu tak samo dookreślonych (procesy zachodzące pod władzą niedookreślonej fizyki nie przebiegają zawsze tak samo, chociaż ich startowe warunki mogą być analogiczne). Acheropoulos założył, że Prakosmos był właśnie taki „łaciaty” fizycznie i że cywilizacje powstać mogły tylko w jego nielicznych miejscach, znacznie od siebie oddalonych. Acheropoulos wyobrażał sobie Prakosmos jako fizyczny odpowiednik plastra pszczelego; czym w plastrze komórki, tym w Prakosmosie miały być regiony czasowo ustabilizowanej fizyki, odmiennej wszakże od fizyki regionów sąsiednich. Każda cywilizacja, rozwijając się w takim zamknięciu, w izolacji od innych, mogła sądzić, że jest samotna w całym Uniwersum, a rosnąc w energię i wiedzę, starała się nadawać otoczeniu cechy stabilności, i to w rosnącym promieniu. Gdy się to jej udawało, po bardzo długim czasie cywilizacja taka zaczynała się stykać – swoimi odśrodkowymi pracami – z fenomenami, które nie były już tylko naturalną żywiołowością otaczającej czasoprzestrzeni, lecz były przejawami prac innej cywilizacji. Tak właśnie kończyła się, podług niego, pierwsza faza Gry, faza wstępna. Cywilizacje nie kontaktowały się bezpośrednio, lecz zawsze tylko tak, że fizyka, ustanowiona przez jedną, natrafiała podczas ekspansji na fizyki sąsiednich.

Fizyki te nie mogły przechodzić w siebie bezkolizyjnie, ponieważ nie były tożsame; a nie były tożsame, ponieważ nie były takie również warunki startowe bytowania każdej oddzielnie wziętej cywilizacji. Zapewne, sądził Acheropoulos, poszczególne cywilizacje nie zdawały sobie przez dłuższy czas sprawy z tego, że nie wnikają już dłużej swymi pracami w materialny żywioł całkowicie obojętny, ale że się stykają ze sferami intencjonalnie poczętych robót – innych cywilizacji. Do zrozumienia tego stanu rzeczy doszło stopniowo. Ustalenia te, które nie zachodziły na pewno jednocześnie, otwarły następną, drugą fazę Gry. Pragnąc uprawdopodobnić tę hipotezę, Acheropoulos przytacza w „Nowej Kosmogonii” szereg wyimaginowanych scen ilustrujących ową epokę kosmiczną, kiedy to niejednakowe w naczelnych prawach Fizyki ścierały się z sobą, a fronty ich zderzeń stanowiły gigantyczne erupcje i pożary, bo wyzwalały się w nich olbrzymie ilości energii – w anihilacjach i transformacjach różnej postaci. Miały to być kolizje tak potężne, że ich echo do dziś dnia jeszcze drga w Uniwersum – jako tak zwane promieniowanie residualne (śladowe), które astrofizyka rozpoznała w latach sześćdziesiątych i przypuszczała, iż są to ostatnie resztki udarowych fal, wywołanych eksplozywnym powstaniem Kosmosu z jego niemal punktowej zarodzi. Albowiem taki wybuchowy model kreacji był podówczas uważany przez wielu za wiarygodny. Lecz po dalszych eonach cywilizacje, każda niejako na własną rękę, doszły tego, że prowadzą antagonistyczną Grę nie z żywiołem Natury, lecz – bezwiednie – z innymi cywilizacjami; otóż tym, co określiło ich dalsze strategie, był fakt zasadniczej niekomunikowalności, braku łączności z innymi, ponieważ nie można, z obszaru jednej Fizyki, przesłać żadnej informacji w obszar innej.

Każda z nich musiała więc działać w pojedynkę; kontynuacja dotychczasowej taktyki byłaby bezprzedmiotowa lub wręcz zgubna; zamiast trwonić wysiłki we frontalnych zderzeniach, należało się zjednoczyć, ale bez jakiegokolwiek porozumienia wstępnego. Decyzje takie, powzięte znów niejednocześnie, doprowadziły przecież w końcu do przejścia Gry w jej fazę trzecią, która toczy się jeszcze teraz. Albowiem praktycznie cały zbiór psychozoików Wszechświata prowadzi grę zarazem solidarystyczną i normatywną. Członkowie tego zbioru zachowują się niczym załogi okrętów, lejących podczas burzy oliwę na rozhukane fale; jakkolwiek nie uzgodniły tego postępowania, będzie ono przecież korzystne dla wszystkich. Każdy gracz działa więc podług strategii minimaksowej: istniejące warunki zmienia tak, by maksymalizować pospólną korzyść, a minimalizować szkodę. Dlatego aktualny Kosmos jest homogeniczny i izotropowy (zarządzają nim te same prawa i nie ma w nim wyróżnionych kierunków). Własności, jakie Einstein wykrył w Uniwersum, są rezultatami decyzji podjętych z osobna, lecz tożsamych ze względu na tożsamą sytuację graczy, ale tożsama była ich sytuacja strategiczna na początku, a niekoniecznie – fizyczna. To nie jednorodna Fizyka zrodziła strategię Gry. Na odwrót się stało: to jednorodna strategia minimaksowa zrodziła jedyną Fizykę. Id fecit Universum, cui prodest. […]