„Dyktanda” Stanisław Lem – e-book

„Dyktanda” Stanisław Lem – e-book
3/100%/5

dyktanda_apple_new2

 

Cykl purnonsensowych dyktand, którymi Stanisław Lem próbował podciągnąć w ortografii Michasia – swojego siostrzeńca-licealistę, na długie lata opóźnionego w ortograficznym rozwoju. Miniaturowe formy literackie stanowią jednocześnie manifestację niezwykłych zdolności językowych i warsztatu pisarza.


Wprowadzenie

Nastoletni Michał ma poważny kłopot: jak dostać się do liceum i zdać maturę, skoro jedno i drugie pisze przez „ó”?

Dzisiaj na egzamin szedłby z podniesionym czołem, bo z kieszeni wystawałby mu rąbek urzędowego zaświadczenia o dysortografii. Rzecz jednak dzieje się pod koniec lat 60. ubiegłego wieku, kiedy to o dysortografii nikt nie słyszał, a niezdany egzamin do liceum groził oddaniem do szewca. Pozostaje ostatnia iskierka nadziei: Wuj.

Wuj Michała vel Stanisław Lem nie jest przesadnie zachwycony perspektywą nauczania „naszego siostrzeńca”, jak skrótowo nazywa syna siostry swojej żony – ale nie ma wyjścia. W takich właśnie okolicznościach powstaje cykl prześmiesznych, purnonsensowych dyktand.

Niniejszym oddajemy je w Wasze ręce, wzbogacone o ilustracje Michała Zycha-licealisty oraz zdjęcia co ciekawszych błędów ortograficznych. Życzymy dobrej zabawy.


Informacja o książce

Stanisław Lem
„Dyktanda”
© Copyright by Barbara i Tomasz Lem, 2012
projekt okładki: Anna Maria Suchodolska
© Copyright for this edition: Pro Auctore Wojciech Zemek
www.cyfrant.pl
ISBN 978-83-63471-39-2
Kraków
2014
Wszelkie prawa zastrzeżone


Spis treści

  • wprowadzenie
  • tydzień pierwszy
  • tydzień drugi
  • tydzień trzeci
  • tydzień czwarty

Fragment

U młynarza

W starym młynie skrzypiało, chrzęściło i piszczało. Diabli młynarza brali. Pierwszy, wraziwszy mu widły w krzyże, ciągnął. Drugi, zagryzłszy młynarzową, doduszał kocura, który mu ogon nadgryzł i czoło podrapał. Czart trzeci wziął młynarza na rogi, lecz spróchniały róg trzasnął, a zmieszany diabeł musiał pomagać sobie kozikiem. Młyn szedł tymczasem turkocąc i pisku na wpół zatartych łożysk niepodobna było rozróżnić od rozpaczliwych okrzyków anioła stróża, na którego oczach duszę jego podopiecznego diabli wywlekali z opasłego kadłuba, wsparłszy się weń sześciorgiem kopyt. Tymczasem woda huczała w stawidłach, a mąka oszukańczego przemiału sypała się do worka. Nieboszczyk, widząc się w takiej opresji, rzekł: “Z tej pracy nie będzie kołaczy”. Anioł Stróż, rozsmarowawszy na policzku ostatnią łzę, zajrzał do szuflady młynarzowego biurka, machinalnie przeliczył znaleziony w niej plik “brudasów” i słysząc jeszcze potępieńcze pienia dusz do piekła wleczonych, szepnął melancholijnie: “Muszę się rozejrzeć za nowym etatem”.