„Eden” Stanisław Lem – e-book

„Eden” Stanisław Lem – e-book
1/100%/5

eden stanislaw lem e-book

Ziemska rakieta dociera na planetę Eden, jednak lądowanie kończy się katastrofą. Kosmonauci odkrywają zdumiewające formy życia i cywilizację, opartą w całości na osiągnięciach biotechnologii. „Eden” jest pasjonującą historią eksploracji, stopniowego poznawania obcej przyrody i kultury poprzez szereg doświadczeń, hipotez, wreszcie emocjonujących wędrówek, w trakcie których Ziemianie muszą na bieżąco interpretować napotkane fenomeny, których sens wymyka się ich pojęciowej aparaturze.


Ziemska rakieta ulega awarii na planecie Eden, a ekipa kosmonautów, zanim uda się jej naprawić statek, zapoznaje się z tamtejszymi formami życia i cywilizacją, której specyfika budzi w ludziach najpierw zdumienie, a potem gwałtowny moralny sprzeciw.

Eden jest pasjonującą historią eksploracji, stopniowego poznawania obcej przyrody i kultury poprzez szereg doświadczeń, hipotez, wreszcie emocjonujących wędrówek, w trakcie których kosmonauci muszą na bieżąco interpretować napotkane fenomeny, których sens wymyka się ich pojęciowej aparaturze. Autor ukazuje nam społeczeństwo, które zamiast technologii opartych na mechanice, ufundowało rozwój na biotechnologii, czyli zaprzęgło przyrodę do wytwarzania wszelkich potrzebnych mu urządzeń. Władcy Edenu nie zatrzymali się jednak na wytwarzaniu urządzeń, zapragnęli także – z pomocą tej samej techniki – „ulepszać” obywateli planety, co doprowadziło do nieuniknionych błędów i powstania generacji istot „nieudanych”, które w trakcie pobytu Ziemian na planecie próbuje się właśnie zniszczyć.

Eden ma jakby dwa problemowe jądra: z jednej strony jest krytyką władzy działającej w myśl totalitarnych recept, tzn. traktującej podległe sobie jednostki tylko jako przedmiot manipulacji, a rządzącej z pomocą Orwellowsko modelowanego języka; z drugiej strony jest Eden interesującym portretem cywilizacji opartej na swoistym przekształcaniu natury, sterowaniu jej procesami. Zapewnia to dużą efektywność działania, ale też naraża na nieprzewidziane skutki w postaci niepożądanych mutacji stosowanych w produkcji genetycznych kodów.

Autor książki zastanawia się także nad szansami porozumienia z tak odmienną cywilizacją, a przede wszystkim nad możliwością uzgodnienia systemów wartości w sposób uzasadniający ingerencję z zewnątrz w obronie moralnego ładu. Odpowiedź jest pełna sceptycyzmu: owszem, porozumienie jest w pewnej mierze możliwe – głównie w domenie nauki, uzgodnienie wartości jest mało prawdopodobne, ingerencja zaś – zdecydowanie niewskazana, zawsze bowiem oznacza narzucenie słabszemu porządku, który dyktuje posiadacz potężniejszej broni.


Stanisław Lem
„Eden”
© Copyright by Barbara i Tomasz Lem, 2014
projekt okładki: Anna Maria Suchodolska
© Copyright for this edition: Pro Auctore Wojciech Zemek
zdjęcie na okładce: © Czesław Czapliński/FOTONOVA
www.cyfrant.pl
ISBN 978-83-63471-39-2
Kraków
2014
Wszelkie prawa zastrzeżone


II

Zapadał zmrok. Czarna dziura w tunelu ziała w kilkunastometrowym, łagodnym zboczu niewielkiego pagórka. Tuż przed nimi stok się kończył. Dalej, aż po horyzont, nad którym błyskały pierwsze gwiazdy, rozpościerała się wielka równina. Gdzieniegdzie, w znacznym oddaleniu, wznosiły się jakieś niewyraźne, smukłe, podobne do drzew kształty. Światła, które dawała tylko niska smuga zachodu, było już tak mało, że barwy otoczenia zlewały się w jednolitą szarość. Po lewej ręce stojących bez ruchu wznosił się skosem w powietrze olbrzymi, wypukły kadłub rakiety. Inżynier ocenił jego długość na siedemdziesiąt metrów, ponad czterdzieści więc zaryło się przy upadku w głąb pagórka. W tej chwili jednak nikt nie zwracał uwagi na tę ogromną rurę rysującą się czarno na niebie, zakończoną sterczącymi bezradnie tulejami dysz sterujących. Wciągali głęboko chłodne powietrze o ledwo uchwytnym, nieznanym, niedającym się nazwać zapachu i patrzyli przed siebie w milczeniu. Teraz dopiero ogarnęło ich poczucie całkowitej bezsilności – żelazne drągi kopaczek jak gdyby same powypadały im z rąk. Stali, wodząc powoli oczami po niezmierzonej przestrzeni, pustej, o horyzontach zatopionych w ciemności, z drgającymi leniwie, miarowo gwiazdami w górze.

– Polarna? – spytał naraz Chemik ściszonym bezwiednie głosem i wskazał niską gwiazdę mrugającą słabo w ciemnym niebie wschodu.

– Nie, stąd jej nie widać – jesteśmy teraz… tak, jesteśmy pod południowym biegunem Galaktyki. Zaraz… gdzieś powinien być Krzyż Południa…

Z uniesionymi głowami wpatrywali się wszyscy w niemal zupełnie już czarne niebo, mocno rozjarzone konstelacjami gwiazd. Zaczęli wymieniać nazwy, wskazywać je sobie palcami, to ożywiło ich na chwilę. Gwiazdy były jedyną rzeczą niezupełnie obcą nad tą martwą, pustą równiną.

– Robi się coraz zimniej, jak na pustyni – powiedział Koordynator.

– Nie ma co, dzisiaj i tak nic nie zdziałamy. Trzeba wracać do środka.

– Co, do tego grobu?! – oburzył się Cybernetyk.

– Bez tego grobu zginęlibyśmy tu w ciągu dwu dni – odparł chłodno Koordynator. – Nie zachowujcie się jak dzieci.

Nie mówiąc ani słowa więcej, zawrócił, podszedł odmierzonym, powolnym krokiem do otworu, którego czarna plama rysowała się ledwo widocznie kilka metrów wyżej na stoku pagórka, i spuściwszy do środka nogi, wciągnął się cały do wnętrza. Przez chwilę widać było jeszcze jego głowę, znikła.

Pozostali popatrzyli na siebie w milczeniu.

– Idziemy – mruknął na poły pytająco, na poły twierdząco Fizyk. Ruszyli za nim z ociąganiem. Gdy pierwsi wczołgiwali się do ciasnego otworu, Inżynier, stojący jako ostatni obok Cybernetyka, powiedział:

– Zauważyłeś, jaki dziwny zapach ma tu powietrze?

– Tak. Gorzki jakiś… Znasz skład?

– Podobny do ziemskiego, jest jeszcze jakaś domieszka, ale nieszkodliwa. Nie pamiętam, dane są w takim małym zielonym tomiku, na drugiej półce, w biblio…

Urwał, bo sobie przypomniał, że sam wypełnił bibliotekę zwałami margla.

– Niech to… – powiedział bez gniewu, z wielkim smutkiem i zaczął wciskać się do czarnego wnętrza. Cybernetyk, gdy został sam, poczuł się naraz nieswojo. Nie był to lęk, ale przytłaczające poczucie zagubienia, przeraźliwej obcości krajobrazu – a w dodatku ów powrót w głąb gliniastego wykopu miał w sobie coś upokarzającego – jak robaki – pomyślał, opuścił głowę i wczołgał się do tunelu w ślad za Inżynierem. Nie wytrzymał jednak, już zanurzony po barki podniósł głowę, spojrzał wzwyż i pożegnał spojrzeniem mrugające spokojnie gwiazdy.

Nazajutrz niektórzy chcieli wynieść zapasy na powierzchnię, aby tam zjeść śniadanie, ale Koordynator sprzeciwił się temu – sprawiłoby to, twierdził, niepotrzebny kłopot. Jedli więc w świetle dwu latarek, pod klapą włazu, popijając całkiem już wystygłą kawę. Naraz Cybernetyk się odezwał:

– Słuchajcie, jak to się właściwie stało, że przez cały czas mieliśmy dobre powietrze?

Koordynator uśmiechnął się. Na zapadniętych policzkach miał szare smugi.

– Butle z tlenem są całe. Gorzej z oczyszczaniem. Tylko jeden samoczynny filtr pracuje normalnie – awaryjny, chemiczny, bo wszystkie elektryczne naturalnie wysiadły. Za jakieś sześć-siedem dni zaczęlibyśmy się dusić.

– Wiedziałeś o tym…? – powoli spytał Cybernetyk.

Koordynator nic nie powiedział.

– Co będziemy robili? – spytał Fizyk.

Myli naczynia w kuble wody. Doktor wycierał je jednym ze swoich ręczników.

– Tu jest tlen – powiedział Doktor, rzucając z brzękiem aluminiowy talerz na stos innych – to znaczy, że tu jest życie. Co o tym wiesz?

– Tyle co nic. To sonda kosmiczna pobrała próbkę atmosfery i stąd cała nasza wiedza.

– Jak to? Nie lądowała nawet?

– Nie.

– To rzeczywiście sporo wiadomości – powiedział Cybernetyk. Usiłował umyć twarz spirytusem, który lał z małej buteleczki na kawałek waty. Mieli bardzo mało wody zdatnej do użytku i nie myli się już drugą dobę. Fizyk przyglądał się własnemu odbiciu w świetle lampy, używając jako lusterka wypolerowanej powierzchni klimatyzatora.

– To bardzo dużo – odparł spokojnie Koordynator. – Gdyby skład powietrza był inny – gdyby nie było w nim tlenu, zabiłbym was.

– Co? – Cybernetyk omal nie upuścił flaszki.

– I siebie też, naturalnie. Nie mielibyśmy ani jednej szansy na miliard. Teraz ją mamy.

Umilkli.

– Czy obecność tlenu zakłada istnienie roślin i zwierząt? – spytał Inżynier.

– Niekoniecznie – odparł Chemik. – Na planetach alfy Małego Psa jest tlen, a nie ma ani roślin, ani zwierząt.

– A co jest?

– Światłowce.

– Lumenoidy? Te bakterie?

– To nie są bakterie.

– Mniejsza o to – rzucił Doktor. Schował naczynia i zamykał puszki z żywnością. – Naprawdę mamy teraz inne kłopoty. Obrońcy nie da się uruchomić, co?

– Obrońcy nawet nie widziałem – przyznał się Cybernetyk. – Nie można się do niego dostać. Wszystkie automaty wyrwały się ze stojaków, wygląda tam tak, że trzeba by dwutonowego dźwigu, żeby rozplątać całe żelastwo. Leży na samym spodzie.

– Ale jakąś broń musimy przecież mieć! – podniósł głos Cybernetyk.

– Są elektrożektory.

– Ciekawym, czym je naładujesz.

– Prądu w sterowni nie ma? Był przecież!

– Nie ma, widocznie było zwarcie w akumulatorni.

– Dlaczego elektrożektory nie są naładowane?

– Instrukcja zabrania przewożenia naładowanych – mruknął niechętnie Inżynier.

– Niech diabli porwą in…

– Przestań!

Na głos Koordynatora Cybernetyk odwrócił się, wzruszając ramionami. Doktor wyszedł. Inżynier przyniósł ze swojej kajuty lekki nylonowy plecak, wkładał do jego kieszeni płaskie puszki z żelaznymi racjami żywności, kiedy pojawił się Doktor – trzymał w ręku krótki, oksydowany cylinder zakończony kurkiem.

– Co to jest? – zainteresował się Inżynier.

– Broń.

– Jaka znów broń?

– Gaz nasenny.

Inżynier się roześmiał.

– Skąd możesz wiedzieć, czy to, co żyje na tej planecie, da się uśpić twoim gazem? A przede wszystkim, jak chcesz się tym bronić w razie ataku – dając kroplową narkozę?

– W razie wielkiego niebezpieczeństwa będziesz mógł dać narkozę przynajmniej sobie – powiedział Chemik.

Wszyscy się roześmieli, Doktor śmiał się najgłośniej.

– Każde stworzenie oddychające tlenem da się tym uśpić – powiedział – a co do obrony – patrz!

Nacisnął rewolwerowy spust u nasady cylindra. Cienka jak igła strużka natychmiast parującej cieczy strzeliła w mroczną głębię korytarza.

– No… w braku czegoś lepszego… – powiedział bez przekonania Inżynier.

– Idziemy? – spytał Doktor, wpuszczając cylinder do kieszeni kombinezonu.

– Idziemy.

Słońce stało wysoko, było małe, dalsze, ale i gorętsze od ziemskiego. Nie to jednak uderzyło wszystkich: nie było zupełnie okrągłe. Patrzyli na nie przez szpary w palcach, przez ciemnoczerwony, na pół przezroczysty papier stanowiący opakowanie indywidualnych pakietów przeciwpromiennych.

– Rozpłaszczone wskutek szybkości obrotu dookoła osi, co? – powiedział Chemik do Koordynatora.

– Tak. Znacznie lepiej było to widać w czasie lotu. Nie pamiętasz?

– Może, wtedy – jak by powiedzieć – nic mnie to nie obchodziło.

Odwracając się od słońca, wszyscy spojrzeli na rakietę. Walcowaty biały kadłub wystrzelał skosem z niskiego pagórka, w który się zaryła. Przypominała wyrzutnię jakiegoś gigantycznego działa. Powłoka, mleczna w cieniu, srebrzysta pod słońce, wydawała się nietknięta. Inżynier podszedł do miejsca, w którym kadłub zagłębiał się w ziemi, przestąpił wywinięty, zbrylony brzeg wyniesienia, które jakby kołnierzem otaczało wbity w zbocze korpus, przeciągnął ręką po płycie pancerza.

– Nie najgorszy materiał ten ceramit – powiedział, nie odwracając się.

– Gdybym tak mógł zajrzeć do dysz… – bezsilnie spojrzał w górę, w stronę wylotów zawisłych ponad poziomem równiny.

– Jeszcze je sobie obejrzymy – powiedział Fizyk. – Teraz pójdziemy chyba – taki mały zwiad, co?

Koordynator wszedł na szczyt wzniesienia. Podążyli za nim. Zalana słońcem równina biegła we wszystkie strony jednakowo, gładka, płowa, daleko wznosiły się smukłe, dostrzeżone poprzedniego dnia sylwetki, ale w mocnym świetle widać było, że nie są to drzewa. Niebo, nad głowami niebieskie jak na Ziemi, u horyzontów nabierało wyraźnie zielonkawego odcienia. Nikłe pierzaste obłoczki sunęły prawie niedostrzegalnie na północ. Koordynator sprawdzał strony świata na małym kompasie, który miał umocowany do przegubu. Doktor pochylił się nisko, kopał nogą grunt.

– Dlaczego tu nic nie rośnie? – powiedział ze zdziwieniem w głosie.

To uderzyło wszystkich. Rzeczywiście – równina była naga, jak daleko sięgał wzrok.

– Zdaje się, że to jest okolica ulegająca stepowieniu – powiedział niepewnie Chemik. – Tam dalej – widzicie te plamy? – jest coraz bardziej żółto – tam, na zachodzie. Przypuszczam, że tam jest pustynia – z której wiatr nawiewa tu piasek. Bo ten pagórek jest gliniasty.

– No, o tym przekonaliśmy się dokładnie – powiedział Doktor.

– Musimy sobie ułożyć choćby najbardziej ogólny plan ekspedycji – odezwał się Koordynator. – Zapasy, które wzięliśmy, wystarczą nam na dwa dni.

– Nie bardzo – wody mamy mało – wtrącił Cybernetyk.

– Wodę musimy oszczędzać, dopóki nie znajdziemy jej tu – jeśli jest tlen, znajdzie się i woda. Myślę, że poczniemy sobie tak – od bazy podejmiemy wiele prostoliniowych wypadów, posuwając się zawsze tak daleko, by móc bezpiecznie i bez nadmiernego pośpiechu wrócić.

– Maksimum trzydzieści kilometrów w jedną stronę – zauważył Fizyk.

– Zgoda. Chodzi tylko o rodzaj wstępnego zwiadu.

– Czekajcie – powiedział Inżynier, który stał dotąd kilka kroków dalej, jakby zagłębiony w niewesołych myślach – czy nie wydaje się wam, że postępujemy trochę jak wariaci? Spotkała nas katastrofa na nieznanej planecie. Udało się nam wydostać ze statku. Zamiast zabrać się do tego, co najważniejsze, zamiast wszystkie siły włożyć w remont, w uruchomienie tego, co się da, w wydobycie rakiety i tak dalej – wybieramy się na jakieś wycieczki, bez broni, bez jakichkolwiek środków obronnych, pojęcia nie mając, co może nas tu spotkać.

Koordynator słuchał go w milczeniu. Wodził oczami od jednego do drugiego ze stojących wokół. Wszyscy byli zarośnięci, trzydniowy zarost nadał im mocno już zdziczały wygląd. Słowa Inżyniera zrobiły widocznie wrażenie, nikt się jednak nie odezwał, jak gdyby czekali na to, co on powie.

– Sześciu ludzi nie odgrzebie rakiety, Henryku – powiedział, ważąc ostrożnie słowa – wiesz o tym doskonale. W obecnym stanie uruchomienie najmniejszego agregatu wymaga czasu, którego nie potrafimy nawet określić. Planeta jest zamieszkana. Nie wiemy jednak o niej nic. Nie okrążyliśmy jej nawet przed katastrofą. Zbliżaliśmy się od nocnej półkuli i przez fatalną omyłkę wpadliśmy w gazowy ogon. Spadając, dotarliśmy do linii terminatora. Leżałem przy ekranie, który pękł ostatni. Widziałem – a przynajmniej zdawało mi się, że widziałem coś, co przypominało… miasto.

– Dlaczego nie powiedziałeś nam o tym? – powoli spytał Inżynier.

– Tak, dlaczego? – zawtórował mu Fizyk.

– Bo nie jestem pewny swego. Nie wiem nawet, w której stronie go szukać. Rakieta wirowała. Straciłem orientację. Mimo to istnieje szansa, choć nikła, że otrzymamy jakąś pomoc. Wolałbym o tym nie mówić, ale każdy z was i tak dobrze to przecież wie – nasze szanse są w ogóle bardzo małe. Ponadto – potrzebujemy wody. Przeważająca część zapasu zalała dolną kondygnację i jest skażona. Tak więc uważam, że możemy sobie pozwolić na pewne ryzyko.

– Zgadzam się z tym – powiedział Doktor.

– I ja się zgadzam – dodał Fizyk.

– Niech będzie – mruknął Cybernetyk i oddalił się o kilka kroków, patrząc na południe, jakby nie chciał słyszeć, co powiedzą inni. Chemik skinął głową. Inżynier nie odezwał się, zszedł tylko z pagórka, zarzucił na barki plecak i spytał:

– Dokąd?

– Na północ – powiedział Koordynator. Inżynier ruszył z miejsca, inni przyłączyli się do niego. Kiedy obejrzeli się po kilku minutach, pagórka nie było już prawie widać – tylko kadłub rakiety wznosił się na tle nieba niczym lufa działa polowego.

Było bardzo gorąco. Ich cienie, w miarę jak szli, skracały się, buty zapadały w piasku, słychać było tylko miarowe stąpania i przyspieszone oddechy. Zbliżali się do jednego z owych wysmukłych kształtów, które o zmroku wzięli za drzewa. Zwolnili kroku. Z burego gruntu wznosił się pionowy pień, szary niczym skóra słonia, o słabym, metalicznym połysku. Pień ten, nie grubszy u nasady od męskiego ramienia, przechodził górą w kielichowate rozszerzenie, które u szczytu, jakieś dwa metry nad ziemią, rozpościerało się płasko. Niepodobna było zobaczyć, czy kielich jest otwarty u góry, czy nie. Trwał zupełnie nieruchomo. Ludzie stanęli kilka metrów od osobliwego tworu, a Inżynier ruszył ku niemu impulsywnie i podnosił już rękę, aby dotknąć „pnia”, gdy Doktor krzyknął:

– Stój!

Inżynier cofnął się odruchowo. Doktor odciągnął go za ramię, podniósł z ziemi kamyk nie większy od fasoli i rzucił wysoko w powietrze. Kamyk zakreślił stromy łuk i spadł prosto na z lekka pofałdowany, rozpłaszczony wierzch kielicha. Wszyscy drgnęli, tak gwałtowna i nieoczekiwana była reakcja. „Kielich” zafalował, stulił się, rozległ się krótki syk, jakby wypuszczonego gazu, i cała drżąca teraz febrycznie szarawa kolumna zapadła się w ziemię, jakby wessana do jej wnętrza. Wytworzony otwór na moment wypełniła brunatna, pieniąca się maź, potem zaczęły po jej powierzchni pływać kruszyny piasku, kożuch ten był coraz grubszy, a po kilku dalszych sekundach po otworze nie zostało i śladu; powierzchnia piaszczystego gruntu była gładka jak wszędzie dokoła. Stali, jeszcze nie ochłonąwszy ze zdumienia, gdy Chemik krzyknął:

– Patrzcie!

Obejrzeli się. Przed chwilą otaczały ich w odległości kilkudziesięciu metrów trzy lub cztery podobne wysokie i wąskie twory – teraz nie było ani jednego.

– Zapadły się wszystkie?! – zawołał Cybernetyk.

Wytężali wzrok, ale nie zobaczyli najmniejszego śladu po „kielichach”. Słońce przypiekało coraz mocniej, upał ciężki był do zniesienia. Ruszyli dalej.

Po godzinie rozciągnęli się w długą karawanę. Pierwszy szedł Doktor, który niósł teraz plecak, za nim Koordynator. Pochód zamykał Chemik. Wszyscy porozpinali kombinezony, niektórzy podwinęli ich rękawy, oblani potem, z wyschniętymi ustami wlekli się wolno równiną. Na horyzoncie zamajaczyła długa, pozioma smuga.

Doktor przystanął i zaczekał na Koordynatora.

– Jak myślisz, ileśmy zrobili?

Koordynator spojrzał w tył, pod słońce, gdzie pozostała rakieta. Nie było jej już widać.

– Planeta ma promień mniejszy od ziemskiego – powiedział. Odchrząknął, chustką przetarł twarz. – Zrobiliśmy z osiem kilometrów – zadecydował.

Doktor ledwo patrzył przez szczeliny opuchniętych powiek. Na kruczych włosach miał płócienną myckę. Co jakiś czas zwilżał ją wodą z manierki.

– To jednak szaleństwo, wiesz? – powiedział i uśmiechnął się nieoczekiwanie. Obaj patrzyli teraz w stronę, gdzie jeszcze niedawno nikłą, skośną kreską rysowała się nad samym horyzontem rakieta. Teraz widać tam było tylko bladoszare w oddaleniu, cienkie sylwetki „kielichów”! Wynurzyły się z powrotem nie wiedzieć kiedy. Inni podeszli do nich. Chemik rzucił na ziemię zrolowaną płachtę namiotową i usiadł, a raczej zwalił się na nią.

– Jakoś nie widać śladów tutejszej cywilizacji – powiedział Cybernetyk, grzebiąc w kieszeniach. Znalazł pastylki witaminowe w pomiętym opakowaniu i częstował wszystkich.

– Na Ziemi nie znalazłbyś takiego pustkowia, co? – dodał Inżynier. – Ani dróg, ani jakichś maszyn latających.

– Nie sądzisz chyba, że akurat tutaj znajdziemy wierną kopię ziemskiej cywilizacji? – parsknął Fizyk.

– Układ ten jest stały – zaczął Doktor – i cywilizacja mogła rozwijać się na Edenie dłużej niż na Ziemi, a zatem…

– Pod warunkiem że to cywilizacja człekokształtnych – przerwał mu Cybernetyk.

– Słuchajcie no, nie zatrzymujmy się tutaj – powiedział Koordynator. – Idźmy dalej, w pół godziny powinniśmy osiągnąć to – wskazał na cienką liliową smugę u widnokręgu.

– A co to jest?

– Nie wiem co, ale coś. Może znajdziemy wodę.

– Cień by mi na razie wystarczył – zachrypiał Inżynier. Przepłukał usta i gardło łykiem wody.

Zaskrzypiały pasy podciąganych na plecy tobołków, grupa znowu rozciągnęła się i sunęła miarowo przez piaski. Minęli kilkanaście „kielichów” i kilka tworów większych, które zdawały się podpierać opuszczonymi do ziemi lianami czy pnączami, ale żaden nie był bliżej niż dwieście metrów, a nie chciało im się zbaczać z linii marszu. Słońce dochodziło do zenitu, kiedy krajobraz się zmienił.

Piasku było coraz mniej – długimi, płytkimi grzbietami wynurzała się spod niego ruda, słońcem spalona ziemia. Gdzieniegdzie porastały ją kępy siwego, martwego mchu. Trącane butami, kurzyły, rozpadając się na zetlałe próchno jak spalony papier. Liliowa smuga dzieliła się wyraźnie na pojedyncze grupy przysadkowatych kształtów, także barwa jej stała się jaśniejsza, była to raczej zieleń przyprószona wypełzłym błękitem. Północny powiew przyniósł słabą, delikatną woń, którą wciągali z podejrzliwą ciekawością w nozdrza. Gdy znaleźli się blisko powyginanej lekko ściany ciemnych poplątanych kształtów, idący przodem zwolnili nieco, tak że pozostali mogli dołączyć, i bezładną grupą podchodzili dalej, aż stanęli przed nieruchomym frontem dziwacznych form.

Z odległości stu kroków mogły jeszcze wydać się zaroślami, jakimiś krzakami, w których pełno jest wielkich, sinawych gniazd ptasich – nie tyle przez rzeczywiste podobieństwo, ile dzięki wysiłkom oczu, które starały się złożyć obce kształty w cośkolwiek swojskiego.

– To jakieś pająki? – niepewnie powiedział Fizyk i wtedy wszystkim wydało się naraz, że widzą jakieś pajęczaste stworzenia o małych, wrzecionowatych kadłubach pokrytych gęstą, sterczącą szczecią, bez ruchu stojące na zebranych pod siebie, nadzwyczaj długich i cienkich nogach.

– Ależ to rośliny! – zawołał Doktor. Podchodził z wolna coraz bliżej do wysokiego, szarozielonkawego „pająka”. W samej rzeczy „nogi” okazały się rodzajem grubych łodyg, których zgrubiałe i pokryte włosami kolanka łatwo można było wziąć za stawy członkonoga. Łodygi te, wychodząc z mszystego gruntu, w liczbie sześciu, siedmiu albo ośmiu, schodziły się w górze łukowato w szyszkowatym, grubym, przypominającym spłaszczony odwłok „ciele”, otoczonym błyskającymi w słońcu pasemkami pajęczyn. Roślinne „pająki” rosły dość blisko siebie, ale można było między nimi przejść, gdzieniegdzie łodygi wypuszczały jaśniejsze, o barwie ziemskich prawie liści odnogi i wypustki zakończone stulonymi pączkami. Doktor znowu po swojemu rzucił najpierw kamykiem w zawieszone kilka metrów nad ziemią „odwłoki”, a gdy nic się nie stało, zbadał łodygę, na koniec naciął ją nożem – z wnętrza wypływał drobnymi kroplami jasnożółty, wodnisty sok, który natychmiast poczynał pienić się i zmieniał barwę na pomarańczową i rudą, aż po kilku chwilach krzepł w przypominający żywicę zgęstek o intensywnej, aromatycznej woni, która najpierw wszystkim się spodobała, ale rychło znaleźli w niej coś odrażającego.

W głębi osobliwego zagajnika było nieco chłodniej niż na równinie.

Tylko pękate „odwłoki” roślin dawały nieco cienia – było go zresztą coraz więcej, im dalej zapuszczali się w ten ostęp, starając się w miarę możliwości nie dotykać łodyg, a zwłaszcza białawych wypustek, którymi kończyły się ich najmłodsze odnogi, budziły bowiem niewytłumaczony wstręt.

Grunt był gąbczasty, miękki, wydzielał wilgotny opar, w którym trudno było oddychać, po twarzach, po rękach przesuwały się cienie „odwłoków” to wyższych, to niższych, wielkich i mniejszych, jedne były smukłe i kolce ich miały mocno pomarańczową barwę, inne zeschłe, zwiędłe, strupieszałe, zwisały z nich długie, wiotkie pasemka pajęczyn. Kiedy nadchodził wiatr, cały gąszcz wydawał głuchy, nieprzyjemny szelest, nie ów miękki szum ziemskiego lasu, ale jak gdyby przesypywania tysięcy i tysięcy szorstkich papierków. Chwilami poszczególne rośliny zamykały im drogę splecione odnogami i musieli szukać dopiero przejścia. W taki sposób posuwali się wolniej niż po równinie. Po pewnym czasie przestali zerkać w górę ku kolczastym „odwłokom” i doszukiwać się w nich podobieństwa do gniazd, szyszek czy kokonów.

Naraz Doktor, idący jako pierwszy, tuż przed twarzą dostrzegł gruby, czarny, zwisający pionowo włos – jak gdyby lśniącą tęgą nić albo lakierowany drucik – już chciał odgarnąć go ręką w bok, ale ponieważ nic podobnego dotychczas nie napotkali, odruchowo podniósł oczy i zastygł na miejscu.

Coś bladoperłowego, bulwiasto przewieszonego przez schodzące się razem łodygi tuż u samej podstawy jednego z „kokonów” patrzało na niego nieruchomo – wzrok ten poczuł pierwej, nim jeszcze zorientował się, gdzie są oczy tego bezkształtnego stworu, nie mógł doszukać się ani jego głowy, ani odnóży – widział tylko workowato wypuczoną, jakby wypchaną od środka baniastymi torbielami skórę, lśniącą słabo, z ciemnego i wydłużonego lejka wysuwał się zwisający na dwa metry w dół, gruby, czarny włos.

– Co tam? – spytał Inżynier, który właśnie podszedł do niego. Doktor nie odpowiedział, tamten poszedł oczami w górę i także znieruchomiał.

– Czym on patrzy? – odruchowo spytał Inżynier i cofnął się o krok – takim wstrętem napełniło go to stworzenie, które jak gdyby wpijało się w niego zachłannym, nadzwyczaj skupionym spojrzeniem – chociaż nie widział ani się nie domyślał nawet jego oczu.

– Och! Ależ to paskudztwo! – syknął z tyłu Chemik. Wszyscy stali teraz za Inżynierem i Doktorem, który najpierw wycofał się spod nawisającego z wysoka stworu – inni rozstąpili się na boki, o ile pozwalały na to prężne łodygi – wydobył z kieszeni kombinezonu oksydowany cylinder, powolnie odmierzonym ruchem wycelował go w jaśniejsze od roślinnego bąblowate ciało i nacisnął spust.

Stało się wówczas – w ułamku sekundy – bardzo wiele naraz.

Zobaczyli najpierw błysk, tak mocny, że stracili całkowicie wzrok, z wyjątkiem Doktora, który akurat w tym momencie mrugnął – a błysk nie trwał właśnie dłużej niż przez mgnienie, kiedy miał zamknięte powieki. Cieniutka strużka wciąż jeszcze tryskała w górę, kiedy łodygi ugięły się, zachrzęściły, owionął je kłąb czarnej pary i jednocześnie twór zleciał na dół z ciężkim, mokrym pacnięciem. Może przez sekundę leżał bezwładnie jak pełen gruzłów, szarocielisty balon, z którego ucieka powietrze – tylko czarny włos wił się i tańczył nad nim jak szalony, rozcinając błyskawicowymi drgawkami powietrze – potem włos znikł i po gąbczastym mchu u ich stóp zaczęły na wszystkie strony rozpełzać się ślimakowatymi ruchami nieforemne, bąblowate człony stworzenia – i zanim którykolwiek z ludzi zdążył się odezwać czy poruszyć – ucieczka, a raczej rozpierzchanie się skończyło – ostatnie cząstki tworu, małe jak gąsienice, wdłubywały się pracowicie w głąb podłoża u stóp łodyg i mieli przed sobą puste miejsce. Tylko w nozdrza zapiekł ich jeszcze nieznośny, słodkawy odór.

– To była jakaś kolonia? – niepewnie powiedział Chemik. Podniósł rękę do oczu, tarł je, inni mrużyli powieki, w olśnionych oczach krążyły im jeszcze czarne plamy.

– E pluribus unum – odparł Doktor – albo raczej e uno plures – nie wiem, czy to dobra łacina, ale to chyba właśnie taki mnogi stwór, który rozdziela się w potrzebie…

– Okropnie cuchnie – powiedział Fizyk – chodźmy stąd.

– Chodźmy – zgodził się Doktor. Kiedy byli już kilkanaście metrów od tego miejsca, dodał nieoczekiwanie:

– Ciekawe, co by się stało, gdybym tak dotknął tego włosa…

– Zaspokojenie tej ciekawości mogłoby drogo kosztować – rzucił Chemik.

– A może wcale nie. Wiesz przecież, jak często całkiem niewinne stworzenia ewolucja przyobleka w groźne z pozoru kształty.

– Och, dajcież spokój tej dyskusji – tam z boku robi się jakby jaśniej – zawołał Cybernetyk. – Po diabła w ogóle wleźliśmy w ten pająkowaty las!

Usłyszeli szmer strumienia i zatrzymali się. Poszli dalej, stawał się coraz głośniejszy, raz słabł, to znowu znikał całkiem, ale nie udało im się go odkryć. Zarośla rzedniały, teren wyraźnie miękł, szło się nieprzyjemnie, jakby po kożuchu mokradła, czasem coś popiskiwało pod stopą jak nasiąkła wodą trawa, ale nigdzie nie było ani śladu wody.

Naraz znaleźli się na brzegu kolistego zagłębienia o średnicy kilkudziesięciu metrów. Kilka ośmionogich roślin wznosiło się w jego wnętrzu, stały z dala od siebie i wydawały się bardzo stare – łodygi rozeszły się, jak gdyby niezdolne podtrzymać centralnego zgrubienia, i przypominały wielkie, zeschłe pająki w większym jeszcze stopniu niż którekolwiek z napotkanych dotychczas. Dno zapadliska pokrywały miejscami rdzawe, zębate kawały porowatej masy, częściowo wbite w grunt, częściowo oplecione wypustkami roślin. Inżynier natychmiast zesunął się po stromym, choć niewysokim stoku w dół – dziwna rzecz, ale dopiero kiedy znalazł się tam, patrzącym z góry zagłębienie wydało się kraterem – miejscem jakiejś katastrofy.

– Jak od bomby – powiedział Fizyk. Stał na szczycie wału i patrzał, jak Inżynier dochodzi do wielkich szczątków u podnóża najwyższego „pająka” i usiłuje poruszyć je z miejsca.

– Żelazo?! – zawołał Koordynator.

– Nie! – odkrzyknął Inżynier. Znikł między stromymi złomami czegoś, co przypominało rozpękłą pobocznicę stożka.

Wynurzył się spomiędzy łodyg, które łamały się, chrupiąc, kiedy je rozgarniał, i wracał z pochmurną twarzą. Wyciągnęło się do niego kilka rąk, wspiął się na górę i na widok oczekujących min wzruszył ramionami.

– Nie wiem, co to jest – wyznał. – Pojęcia nie mam. To jest puste. Pod spodem nie ma nic. Korozja daleko posunięta – jakaś stara historia, może sprzed stu, może sprzed trzystu lat…

Obeszli w milczeniu krater i skierowali się ku zaroślom, tam, gdzie były najniższe. W pewnej chwili urwały się – a raczej rozstąpiły na dwie strony – środkiem ciągnął się przesmyk, tak wąski, że człowiek nie bardzo mógł się w nim zmieścić, rodzaj korytarza, idealnie prostego, łodygi po obu stronach zostały jak gdyby rozcięte i zmiażdżone, szyszkowate, wielkie zgrubienia częściowo zwalone w bok na inne pajęczaste rośliny, częściowo wgniecione w ziemię były zupełnie płaskie, suche, pokrywy ich trzeszczały pod butem jak wysuszona drzewna kora. Postanowili iść owym wyciętym w zaroślach traktem gęsiego, trzeba było rozpychać i rozgarniać szczątki zeschłych łodyg, ale i tak postępowali szybciej niż dotąd. Wielkim łukiem przecinka zmierzała coraz wyraźniej na północ – minęli kilka ostatnich zupełnie skarlałych, martwych szczątków roślinnych i znaleźli się na równinie, z drugiej strony zagajnika.

Tam, gdzie przecinka opuszczała zarośla, dołączał się do niej płytki ślad – wzięli go w pierwszej chwili za ścieżkę, ale to nie była ścieżka. W jałowym gruncie wyryta została bruzda czy rowek głęboki na kilkanaście centymetrów i niewiele szerszy. Porastały go zielonkawosrebrne, aksamitne w dotknięciu porosty. Ten dziwaczny „trawniczek”, jak go nazwał Doktor, ciągnął się w dal, prosto jak strzelił, kończąc się u jasnego pasa, który jak mur rozpostarty od jednej ku drugiej krawędzi równiny zamykał przed nimi cały horyzont.

Nad owym pasem świeciły spiczaste wyniesienia przypominające szczyty gotyckich, obitych srebrną blachą wież. Szli szybko i niemal z każdym krokiem dawały się rozróżniać nowe szczegóły. Na wiele kilometrów biegła w boki płaszczyzna pogięta regularnymi łukami, jakby dachowe pokrycie hangaru nadludzkiej wielkości. Łuki odwrócone były wypukłościami w dół, pod nimi migotało coś szarawo, jakby ze stropów sypał się drobny pył albo ciekła mętna, rozprószona woda. Gdy znaleźli się jeszcze bliżej, powiew przyniósł obcą woń, gorzkawą, ale miłą, jakby nieznanych kwiatów. Szli, zmniejszywszy między sobą odstępy. Łukowaty dach wznosił się jak gdyby coraz wyżej, każdy łuk niczym gigantyczne, odwrócone przęsło mostowe ogarniał przestrzeń bodajże kilometra. Tam, gdzie dwa łuki wysoko na tle chmur widocznym ostrzem łączyły się ze sobą, świeciło coś mocno, jak gdyby osadzone tam lustra odbijały w dół słoneczne promienie. Światło to migotało miarowo.

Ściana na wprost nich poruszała się – utworzona ze strumyków czy sznurów szaropłowej barwy wykazywała coś w rodzaju perystaltyki – od lewej ku prawej przebiegały po niej w jednakowych odstępach faliste wypukłości. Wyglądało to jak kurtyna sporządzona z niezwykłego materiału, za którą w regularnych odstępach przechodzą, trąc o nią bokami, słonie, a właściwie zwierzęta znacznie od słoni większe. Kiedy do niej doszli, w miejscu, w którym kończyła się ślepo owa wąska, zaklęsła, porosła aksamitnym mchem dróżka – natężenie gorzkiej woni stało się nieznośne.

Cybernetyk się rozkaszlał.

– To może być jakiś trujący wyziew – powiedział. Stali z krótkimi, niekształtnymi cieniami u nóg, patrząc na miarowe przesuwanie się fal. Gdy znów ruszyli i już tylko parę kroków dzieliło ich od „kurtyny”, wydała im się jednorodna – jak spleciona z grubych, matowych włókien. Doktor podniósł z ziemi kamyk i cisnął go przed siebie. Wszyscy widzieli, jak kamyk leciał. Znikł, jakby roztopił się czy wyparował, nie dotknąwszy ruchomej powierzchni.

– Wpadł do środka? – z wahaniem powiedział Cybernetyk.

– Skąd! – krzyknął Chemik. – Nie dotknął nawet tego… tego…

Doktor podniósł całą garść kamyków i grudek ziemi, rzucał raz za razem, wszystkie znikały, nie dolatując do „kurtyny”, kilka centymetrów przed nią. Inżynier odpiął od małego kółka klucz i cisnął go w brzęknącą właśnie powierzchnię. Klucz dźwięknął, jakby uderzył o blachę, i znikł.

– Co teraz? – powiedział Cybernetyk, patrząc na Koordynatora. Ten nie odpowiedział. Doktor rzucił plecak na ziemię, wyjął z niego puszkę z żywnością, wykroił nożem kostkę mięsnej galarety i cisnął ją w „kurtynę”. Okruch galarety przylepił się do matowej powierzchni i wisiał na niej chwilę – potem zaczął niknąć – jak gdyby topniał.

– Wiecie co? – powiedział Doktor z błyszczącymi oczami – to jest jakiś filtr – wybiórcza przesłona – coś takiego…

Chemik znalazł w kółku pasowym swego plecaka zeschły, ułamany pęd „pajęczastej” rośliny, który musiał tam uwięznąć, kiedy się przedzierali przez zagajnik – bez namysłu rzucił go w falującą zasłonę – i krucha witka, odbiwszy się, padła u jego stóp.

– Selektor… – wypowiedział niepewnie.

– Ależ tak! Na pewno! – Doktor zbliżył się do „kurtyny”, aż koniec jego cienia padł przy ziemi na jej brzeg, wycelował swoją czarną broń i nacisnął spust. Ledwo cienki jak igła strumyk dotknął wydymającej się powłoki, powstał w niej otwór wrzecionowatego kształtu, ukazując wielką mroczną przestrzeń z sunącymi wysoko i nisko iskrami, w głębi fruwało mrowie białawych i różowych płomyczków. Doktor cofnął się gwałtownie, kaszlał i krztusił się, nozdrza i gardło spaliła mu gorzka woń, wszyscy oddalili się i znowu przystanęli.

Soczewkowaty otwór się zwężał. Nadbiegające fale zwalniały, zbliżając się do niego, omijały go górą i dołem i pospiesznie płynęły dalej. Był coraz mniejszy. Nagle ze środka wychyliło się coś czarnego, zakończonego palczastym wyrostkiem, obiegło błyskawicznie brzegi otworu, który momentalnie zamknął się, i znowu stali przed miarowo klęsnącą i wybrzuszającą się powłoką.

Inżynier zaproponował, aby odbyli naradę. Była ona – wedle słów Doktora – manifestacją bezradności. Na koniec postanowili iść dalej wzdłuż wielkiej budowli, podnieśli plecaki i ruszyli. Szli tak ze trzy kilometry. Po drodze przecięli kilkanaście uchodzących w równinę wąskich „trawniczków”. Jakiś czas zastanawiali się nad tym, czym one są – hipoteza, że mają coś wspólnego z uprawą roli, upadła jako nieprawdopodobna – Doktor usiłował nawet zbadać kilka porostów wyrwanych z ciemnozielonej smugi, przypominały nieco mech, ale miały na korzonkach perełkowate zgrubienia, w których tkwiły malutkie, twarde, czarne ziarenka.

Dawno już minęło południe. Odczuwali głód, zatrzymali się więc, aby coś zjeść – w pełnym słońcu, bo nigdzie nie było cienia, a do zagajnika, który ciągnął się w odległości ośmiuset metrów, woleli nie wracać, pajęczasty gąszcz nie pozostawił korzystnego wrażenia.

– Według historyjek, które czytywałem jako chłopak – powiedział Doktor z pełnymi ustami – w tej przeklętej zasłonie zrobiłaby się teraz buchająca ogniem dziura i wylazłby stamtąd typ o trzech rękach i tylko jednej, ale za to bardzo grubej nodze i miałby pod pachą interplanetarny telekomunikator albo byłby gwiazdowym telepatą i dałby nam do zrozumienia, że jest przedstawicielem szalenie rozwiniętej cywilizacji, która…

– Przestałbyś pleść – powiedział Koordynator. Nalał z termosu – manierki wody do kubka, który natychmiast pokrył się rosą. – Lepiej zastanówmy się, co robić.

– Ja myślę – powiedział Doktor – że trzeba tam wejść. – I wstał, jakby zamierzał to właśnie zrobić.

– Ciekawym którędy – leniwie rzucił Fizyk.

– Oszalałeś chyba! – wysokim głosem zawołał Cybernetyk.

– Wcale nie oszalałem. Oczywiście, możemy wędrować tak dalej, pod warunkiem że faceci na jednej nodze podrzucą nam coś do jedzenia.

– Nie myślisz tego serio? – powiedział Inżynier.

– Ależ tak, a wiesz czemu? Bo mam tego całkiem zwyczajnie dość. – Odwrócił się na pięcie.

– Stój! – krzyknął Koordynator.

Doktor szedł prosto na ścianę, nie zwracając na ich wołania najmniejszej uwagi. Był o metr od zasłony, kiedy zerwali się i pobiegli za nim. Słysząc tupot ich nóg, wyciągniętą ręką dotknął zasłony.

Ręka znikła. Doktor stał bez ruchu może przez sekundę, a potem zrobił krok naprzód i przestał istnieć. Pięciu ludzi bez tchu zatrzymało się na ugiętych nogach w miejscu, w którym widniał ślad jego lewego buta. Naraz w powietrzu nad zasłoną ukazała się głowa Doktora. Miał uciętą równo jak nożem szyję, z oczu ciekły mu łzy, kichał głośno raz za razem.

– Tu jest trochę duszno w środku – powiedział – i gryzie w nos jak cholera, ale parę minut można będzie chyba wytrzymać. Jakiś lakrymator czy co. Właźcie za mną, to nie boli, w ogóle nic się nie czuje.

I na wysokości, gdzie powinien znajdować się jego bark, wysunęło się z powietrza jego ramię.

– A bodajże cię! – zawołał ni to z przestrachem, ni to z zachwytem Inżynier i chwycił dłoń Doktora, która pociągnęła go tak, że i on znikł pozostałym z oczu. Jeden po drugim podchodzili do falującej zasłony. Ostatni był Cybernetyk. Zawahał się, coś zagrało mu w gardle, serce waliło jak młot. Zamknął oczy i zrobił krok naprzód. Otoczyła go momentalnie ciemność – potem stało się jasno.

Znajdował się przy tamtych – na dnie olbrzymiej przestrzeni pełnej dychawicznego, szumiącego sapania. Z dołu skośnie w górę, z wysokości pionowo w dół, z jednej strony w drugą sunęły olbrzymie, krzyżujące się, niejednakowej grubości walce, rury czy kolumny, miejscami wybrzuszały się, gdzie indziej cieniały, wirując jednocześnie wokół swej długiej osi, przesłaniały się nawzajem, wibrowały i z głębi tego rozpostartego we wszystkich kierunkach, bezustannie poruszającego się lasu lśniących cielsk dobiegało nie wiadomo skąd płynące, coraz szybsze mlaskanie, które nagle ustawało, następowało kilka bulgocących odgłosów i ta seria dźwięków powtarzała się od nowa.

Gorzka woń trudna była do wytrzymania. Jeden po drugim zaczęli kichać, z oczu płynęły im łzy. Przyciskając chusteczki do twarzy, oddalili się nieco od zasłony, która wyglądała od wnętrza jak wodospad czarnej, syropowatej cieczy.

– No, nareszcie jesteśmy w domu – to fabryka, automatyczna fabryka! – wyrzucił z siebie Inżynier między dwoma kichnięciami. Pomału jak gdyby przywykali do gorzkiego zapachu, ataki kichania przeszły, rozglądali się zmrużonymi, załzawionymi oczami.

Jeszcze kilkanaście kroków po uginającym się elastycznie jak napięta guma podłożu i ukazały się w nim czarne studnie, z których wyskakiwały w górę świecące przedmioty, tak szybko, że niepodobna było rozpoznać ich kształtu. Były wielkości ludzkiej głowy, zdawały się żarzyć, wylatywały w górę i jedna z całego szeregu ugiętych nad nimi fajkowato kolumn wsysała je, nie przestając wirować – nie znikały od razu, bo przez jej drżące ściany przeświecał jak przez ciemne szkło coraz słabiej i słabiej ich różowawy blask, tak że widać było, jak wędrują wnętrzem „kolumny” gdzieś dalej.

– Produkcja seryjna – z taśmy – mruknął Inżynier zza chustki do nosa.

Obszedł studnie, stawiając ostrożnie nogi. Skąd brało się światło? Strop był wpółprzejrzysty – szara, jednostajna poświata gubiła się w morzu gibkich cielsk sunących jak napowietrzne strumienie. Wszystkie te prężne twory zdawały się działać pod jedną komendę, w jednakim tempie, fontanny rozpalonych przedmiotów tryskały w górę, to samo działo się na wielkiej wysokości, tam, pod stropem, też widać było łuki rysowane w powietrzu czerwonymi paciorkami fruwających brył, daleko jednak większych.

– Musimy znaleźć skład gotowej produkcji, a przynajmniej to, co jest tutaj produktem końcowym – wypalił z zacietrzewieniem Inżynier. Koordynator dotknął jego ramienia.

– Jaki to rodzaj energii – co o tym sądzisz?

Inżynier wzruszył ramionami.

– Pojęcia nie mam.

– Obawiam się, że gotowego produktu nie znajdziemy przed rokiem – ta hala ma kilometry długości – ostrzegł Fizyk.

Osobliwa rzecz, im głębiej wchodzili w obręb hali, tym lżej im się oddychało, jak gdyby gorzką woń wydzielało tylko pobliże „zasłony”.

– A nie zabłądzimy? – zatroszczył się Cybernetyk.

Koordynator podniósł kompas do oczu.

– Nie. Wskazuje dobrze… nie ma tu chyba żadnego żelaza, elektromagnesów też nie.

Z górą godzinę krążyli po drgającym lesie niezwykłej fabryki, aż zrobiło się wokół nich przestronniej. Dał się odczuć podmuch świeżego powietrza, zimny, jakby chłodzony, różnokierunkowe kolumny rozstąpiły się i stanęli przed wylotem ogromnej, kopulasto spiętrzonej ślimacznicy. Z wysokości schodziły ku niej trzepoczące w powietrzu jak bicze wygięte konary kończące się tępymi zgrubieniami, z których leciał grad gwałtownie koziołkujących przedmiotów, czarnych, jakby pokrytych lśniącym lakierem, i wpadał w głąb ślimacznicy, w miejsce, którego nie widzieli, bo znajdowało się kilka metrów ponad ich głowami.

Soczewkowato wypukła bura ściana ślimacznicy na wprost nich rozdęła się, coś zatargało nią od środka, puchła – mimo woli odstąpili w tył, tak groźnie wyglądał rozdymający się, brudnoszary pęcherz – naraz pękł bezgłośnie i z okrągłego otworu bluznął strumień czarnych ciał. W tym samym momencie poniżej wychynęła z szerokiej studni niecka o wywiniętych brzegach i przedmioty, bębniąc, jakby waliły w grubą gumową poduchę, wpadały do niej, a ona podskakiwała miotana podrzutami, które w zadziwiający sposób porządkowały czarne przedmioty, tak że po kilku sekundach już ich równy czworobok spoczywał na jej płytkim dnie.

– Gotowa produkcja!! – krzyknął Inżynier, podbiegł do brzegu i bez namysłu pochylił się nisko, chwytając za występ czarnego obiektu, który znajdował się najbliżej. Koordynator chwycił go w ostatniej chwili za pas kombinezonu i tylko dzięki temu Inżynier nie wpadł głową w dół do niecki, bo puścić ciężkiego przedmiotu nie chciał, a dźwignąć go sam nie mógł. Dopiero Fizyk i Doktor pomogli mu – i wielki ciężar został wspólnym wysiłkiem wywindowany na górę.

Był wielkości ludzkiego torsu, miał jaśniejsze, na pół przezroczyste segmenty, w których lśniły wtopione szeregi coraz drobniejszych, metalicznie błyszczących kryształków, otoczone uszatymi zgrubieniami otwory, na wierzchu – chropowatą w dotyku mozaikę występów z ciemnofioletowej, a pod światło czarnej, nadzwyczaj twardej masy, jednym słowem, był niezmiernie skomplikowany. Inżynier ukląkł przed nim, zaglądał z różnych stron w otwory, usiłował odnaleźć jakieś części, obmacywał, pukał – nikt mu w tym nie przeszkadzał. Trwało to dosyć długo, tymczasem Doktor patrzał na to, co dzieje się w niecce. Uformowawszy geometryczny czworobok takich samych ciał jak to, przy którym ślęczał Inżynier, uniosła się z wolna na grubym, drgającym jak od wysiłku trzpieniu w górę i naraz rozmiękła – ale tylko z jednej strony, stała się, zmieniając kształt, jak gdyby olbrzymią łyżką, wtedy naprzeciw wysunęło się coś w rodzaju wielkiego ryja, otwarło, buchnął stamtąd gorący, gorzki swąd, ziejąca paszcza z przeraźliwym mlaśnięciem wessała wszystkie przedmioty, zamknęła się, jakby je połykając, i naraz cały ten ryjowaty ogrom pojaśniał w środku – Doktor widział tlejące wewnątrz ogniste jądro żaru rozpuszczające w sobie przedmioty, które rozpływały się, uformowały jednolitą, gorejącą pomarańczowo papkę, blask przygasł, ryjowata paszcza pociemniała. Doktor, zapominając o towarzyszach, zaczął iść wzdłuż dwu wielkich wznoszących się kolumn, w których wnętrzu płynęły teraz jak potwornym przełykiem ogniste ziarna masy – zagłębił się w labiryncie i ze wzniesioną głową, co chwila ocierając załzawione oczy, usiłował śledzić drogę rozżarzonej papki. Chwilami znikała mu z oczu, potem znów trafiał na jej ślad, bo przeświecała z głębi czarnych strumieni miotających się wężowo, aż naraz zatrzymał się w miejscu, które wyglądało na znajome – zobaczył, jak ogniście pałające ciała, już częściowo sformowane, lecą w jakąś czeluść, a obok wyskakiwały inne, jak gdyby wystrzeliwane z otwartej studni w górę – pochłaniały je zwisające z góry rzędem grube, czarne kolumny jak słoniowe trąby, różowymi szpalerami stygnącego żaru jechały w głębi tych kolumn, malejąc na wysokości – Doktor szedł i szedł z zadartą głową, nie pamiętał o niczym, wyprzedzały go, ale to nie miało znaczenia, bo nieprzerwanie sunęły zastępy innych – naraz omal się nie przewrócił, wydał zdławiony okrzyk.

Stał znowu w pustym miejscu, przed nim olbrzymiał kopulasty zwał ślimacznicy, grad ostygłych już całkiem w czasie długiej wędrówki czarnych przedmiotów runął z góry w jej objęcia. Doktor obszedł pobocze ślimacznicy, bo już wiedział, z której strony należy oczekiwać porodu – i oto znalazł się obok ludzi otaczających Inżyniera, który wciąż jeszcze badał czarny przedmiot, podczas kiedy pękający, wielki bąbel bluzgał właśnie „gotową produkcją” do sformowanej na nowo w zagłębieniu niecki.

– Halo! Możecie się nie fatygować! Już wszystko wiem! I zaraz wam powiem! – krzyknął Doktor.

– Gdzie byłeś? Zaczynałem się już niepokoić – odezwał się Koordynator. – Naprawdę coś odkryłeś? Bo Inżynier nic nie wie.

– Żeby to nic! Nie byłoby tak źle! – warknął Inżynier. Stanął na równe nogi, trącił wściekle czarny przedmiot i zmierzył Doktora gniewnym spojrzeniem.

– No i co takiego odkryłeś?

– Więc to jest tak – powiedział z dziwnym uśmiechem Doktor – te rzeczy wciągane są tam – pokazał rozwierającą się właśnie paszczę ryja – o, teraz ona rozgrzeje się w środku, widzicie? – teraz wszystkie się stopią – wymieszają – pojadą na górę porcjami, tam się zaczyna ich obróbka, kiedy są jeszcze trochę wiśniowe od gorąca, lecą w dół, pod ziemię, tam musi być jeszcze jedna kondygnacja, i znów coś im się tam robi, wracają taką studnią tutaj całkiem blade, ale jeszcze świecące, robią wycieczkę pod sam dach, wpadają do tego bochna – wskazał ślimacznicę – potem do „składu gotowej produkcji”, z niego jadą na powrót do ryja, roztapiają się w nim, i tak w kółko – bez końca – formują się, kształtują, roztapiają, formują się.

– Zwariowałeś? – szeptem powiedział Inżynier. Na czoło wystąpiły mu grube krople potu.

– Nie wierzysz? Możesz sprawdzić sam.

Inżynier sprawdził – dwa razy. Trwało to dobrą godzinę. Kiedy znaleźli się na powrót przy niecce, którą wypełniała właśnie nowa, porządkująca się w czworobok porcja „końcowego produktu”, zaczął zapadać zmierzch i w hali zrobiło się szaro.

Inżynier wyglądał jak obłąkany – trząsł się od złości, przez jego twarz przelatywały skurcze, inni, nie mniej zdumieni, nie przeżywali jednak całego odkrycia tak gwałtownie.

– Musimy wyjść stąd zaraz – powiedział Koordynator – po ciemku może być ciężko. Wziął Inżyniera za ramię. Ten dał się pociągnąć, bezwolny, naraz wyrwał mu się, podskoczył do czarnego przedmiotu, który zostawili, i podźwignął go z trudem.

– Chcesz to zabrać? – powiedział Koordynator. – Dobrze. Chłopcy, pomóżcie mu.

Fizyk chwycił uszate występy, we dwóch nieśli z Inżynierem niekształtny czarny przedmiot. Tak dotarli do zaklęsłej granicy pomieszczenia. Doktor spokojnie ruszył na lśniącą syropowato ścianę „wodospadu” – i znalazł się na równinie w chłodnym powietrzu wieczoru. Z rozkoszą wciągnął głęboko w płuca podmuchy wiatru. Inni wynurzyli się za nim. Inżynier i Fizyk z wysiłkiem donieśli swoje brzemię do miejsca, w którym pozostawili plecaki, i cisnęli je na ziemię.

Rozpalili kocher, zagrzali trochę wody, rozpuścili w niej mięsny koncentrat i zabrali się do jedzenia, bardzo zgłodniali. Jedli w milczeniu. Tymczasem zrobiło się zupełnie ciemno, wystąpiły gwiazdy, ich blask potężniał nieomal z każdą chwilą, niewyraźne chaszcze dalekiego zagajnika roztopiły się w mroku, już tylko błękitnawy płomień kuchenki poruszany łagodnymi powiewami dawał nieco światła. Wysoka ściana hali za ich plecami, pogrążona w nocy, nie wydawała najlżejszego odgłosu, nie było nawet widać, czy dalej płyną po niej poziome fale.

– Ciemno robi się tu jak u nas w tropikach – powiedział Chemik – spadliśmy w strefie równikowej, co?

– Zdaje się, że tak – odparł Koordynator – chociaż nie znam nawet nachylenia planety do ekliptyki.

– Jak to? Ależ musi być znane.

– Oczywiście. Dane są na statku.

Zamilkli. Chwytał nocny ziąb, okryli się więc kocami, a Fizyk wziął się do stawiania namiotu. Napompował płachtę, aż stanęła sztywna, podobna do spłaszczonej półkuli z niewielkim włazem nad samą ziemią, szukał w pobliżu jakichś kamieni, którymi dałoby się przycisnąć brzegi namiotu, aby go nie porwał wiatr – mieli kołki, ale nie było ich czym wbijać – natykał się jednak tylko na drobne okruchy i wrócił do siedzących wokół błękitnawego ogieńka z pustymi rękami.

Naraz wzrok jego padł na ciężki obiekt przyniesiony z hali, dźwignął go i przytłoczył brzeg namiotu.

– Przynajmniej przydało się do czegoś – powiedział obserwujący go Doktor.

Inżynier siedział skulony, głowę oparł na rękach, obraz ostatecznego zgnębienia. Nie odezwał się, nawet o podanie talerza prosił nieartykułowanym pomrukiem.

– I co teraz, kochani? – spytał nagle, prostując się.

– Spać, rzecz jasna – odpad spokojnie Doktor. Z namaszczeniem wyjął z pudełka papierosa, zapalił go i zaciągnął się z lubością.

– A jutro co? – pytał Inżynier i widać było, że jego spokój jest cienką, napiętą do ostateczności błoną.

– Henryku, zachowujesz się dziecinnie – powiedział Koordynator. Czyścił rondel rozkruszoną na miał ziemią.

– Jutro zbadamy następną sekcję hali – obejrzeliśmy dziś, jak szacuję, koło czterystu metrów.

– I myślisz, że znajdziemy coś innego?

– Nie wiem. Mamy przed sobą jeszcze jeden dzień. Po południu będziemy musieli wrócić do rakiety.

– Szalenie się cieszę – mruknął Inżynier. Wstał, przeciągnął się, stęknął. – Wszystkie kości mam jak połamane – wyznał.

– My też – zapewnił go dobrodusznie Doktor. – Słuchaj, czy naprawdę nic nie możesz powiedzieć o tym? – wskazał żarzącym się końcem papierosa na ledwo widoczny kształt, który przyciskał brzegi namiotowej płachty.

– Mogę. Dlaczego nie? Pewno, że mogę. Jest to urządzenie, które służy do tego, żeby je najpierw…

– Nie, serio. Przecież to ma jakieś części. Ja się na tym nie znam.

– A ja się znam, myślisz?! – wybuchnął Inżynier. – Jest to płód wariata – wskazał ręką w stronę niewidzialnej hali. – A raczej wariatów. Cywilizacja obłąkańców, oto, czym jest ten przeklęty Eden! To, cośmy przywlekli, jest wytworzone w całym szeregu procesów – dodał spokojniej. – Prasowanie, wgniatanie przezroczystych segmentów, obróbka termiczna, polerowanie. To są jakieś wysokomolekularne polimery – i jakieś kryształy nieorganiczne. Do czego to może służyć – nie wiem. To jest część, nie całość. Ale nawet wyjęta z tego zwariowanego młyna – ta część, sama w sobie, wygląda mi na pomyloną.

– Co przez to rozumiesz? – spytał Koordynator. Chemik składał talerze i zapasy, rozwijał koc. Doktor zdusił papierosa i pieczołowicie schował połówkę do pudełka.

– Nie mam na to dowodów. Tam są w środku jakieś ogniwka – nie łączą się z niczym. Jakby zamknięty w sobie obwód – elektryczny – ale poprzecinany wstawkami izolatora. To – to nie mogłoby działać. Tak mi się wydaje. Ostatecznie, po tylu latach w człowieku wyrabia się jakaś zawodowa intuicja. Mogę się naturalnie mylić, ale – nie, wolę o tym w ogóle nie mówić.

Koordynator wstał. Inni poszli za jego przykładem. Gdy zgasili palnik, nakryła ich gwałtowna czerń – wysokie gwiazdy nie dawały światła, lśniły tylko mocno w dziwnie jak gdyby niskim niebie.

– Deneb – odezwał się cicho Fizyk. Patrzyli w niebo.

– Gdzie? Tam? – spytał Doktor. Mówili przyciszonymi nieświadomie głosami.

– Tak. A ta mniejsza obok to gamma Cygni. Cholernie jasna!

– Ze trzy razy jaśniejsza niż na Ziemi – zgodził się Koordynator.

– Chłodno i do domu daleko – mruknął Doktor. Nikt już się więcej nie odezwał. Pojedynczo wleźli do wydętej bani namiotu. Byli tak zmęczeni, że kiedy Doktor powiedział swoim zwyczajem w ciemności „dobranoc” – odpowiedziały mu oddechy śpiących.

Sam nie spał jeszcze – pomyślał, że postępują nierozważnie – z pobliskiego zagajnika mogło w nocy wyleźć jakieś paskudztwo – należało wystawić wartę. Przez chwilę rozważał, czy nie powinien czasem sam objąć ochotniczo tego stanowiska – ale raz jeszcze tylko uśmiechnął się ironicznie w mrok, odwrócił i westchnął. Ani wiedział, kiedy zapadł w kamienny sen.

Ranek następnego dnia powitał ich słońcem. Na niebie było więcej białych, kłębiastych chmur. Zjedli skąpe śniadanie, zostawiając resztki żywności na ostatni posiłek – po dalsze zapasy musieli już wrócić do rakiety.

– Żeby się przynajmniej raz umyć! – skarżył się Cybernetyk. – To mi się jeszcze nie zdarzyło – człowiek cały śmierdzi potem, okropność! Przecież tu musi być gdzieś woda!

– Gdzie woda, tam i fryzjer – pogodnie odparł Doktor, zaglądając do małego lusterka. Robił do niego sceptyczne i bohaterskie miny. – Tylko obawiam się, że fryzjer na tej planecie najpierw goli, a potem na powrót zasadza ci wszystkie włosy – to nawet bardzo prawdopodobne, wiesz?

– Czy w grobie też będziesz żartował? – wypalił Inżynier, zmieszał się i dodał: – Przepraszam. Nie chciałem…

– Nie szkodzi – odparł Doktor. – W grobie nie, ale jak długo się da. No, pójdziemy chyba, co?

Spakowali rzeczy, wypuścili powietrze z namiotu i obładowani ruszyli wzdłuż falującej miarowo zasłony, aż oddalili się o dobry kilometr od obozowiska.

– Nie wiem, może się mylę, ale ona wygląda tu jak gdyby wyższa – powiedział Fizyk, patrząc przez zmrużone powieki na łuki biegnące w obie strony – wysoko migotały ich szczyty srebrnym ogniem.

Rzucili ładunek na jedno miejsce i ruszyli ku hali. Weszli bez żadnej przygody, jak poprzedniego dnia. Fizyk i Cybernetyk zostali z tyłu.

– Jak myślisz, co jest z tym znikaniem? – spytał Cybernetyk. – Tu tyle się dzieje, że wczoraj całkiem o tym zapomniałem!

– Jakaś historia z refrakcją – odparł bez przekonania Fizyk.

– A na czym opiera się strop? Bo przecież nie na tym – wskazał nabrzmiewającą falami zasłonę, do której podchodzili.

– Nie wiem. Może podpory są jakoś ukryte w środku albo z drugiej strony.

– Ala w krainie czarów – powitał ich wewnątrz głos Doktora. – Zaczynamy? Dzisiaj kicham jakoś mniej. Może to adaptacja. W którą stronę idziemy najpierw?

Otoczenie było dosyć podobne do tego, które widzieli poprzedniego dnia. Poruszali się w nim pewniej już i szybciej. Zrazu zdawało im się nawet, że wszystko tu jest zupełnie takie samo jak tam. Kolumny, studnie, las skośnych, pulsujących i wirujących przełyków, rozżarzania, migotania, cały kołowrót procesów toczył się w jednakim tempie. Przyjrzawszy się jednak „gotowym produktom”, których nieckowaty zbiornik odnaleźli po jakimś czasie, odkryli, że są inne – większe i odmiennego kształtu od wczorajszych. To nie było wszystko. Owe „produkty” (wychwytywane zresztą na powrót i wprowadzane do kołowego obiegu, tak jak i tam) nie były ściśle identyczne. Zasadniczo przypominały część pokarbowanej u szczytu połówki jaja. Połówka ta nosiła rozmaite ślady, że ma być łączona z innymi częściami, wystawały z niej wyloty rur, w których poruszały się soczewkowate płytki, jak gdyby przepustnice czy wentyle. Gdy wszakże porównali ze sobą większą ilość tych przedmiotów, okazało się, że jedne mają dwa otwarte rogi, inne trzy albo i cztery, przy czym te dodatkowe występy były mniejsze i często jakby niewykończone, jak gdyby obróbka została przerwana w połowie. Soczewkowata płytka wypełniała czasem całe światło przewodu, czasem tylko jego część, niekiedy zaś nie było jej wcale – raz znaleźli tylko jak gdyby jej pączek, skarlałe, ledwo co większe od groszku ziarenko. Powierzchnia „jaja” była polerowana gładko, w innych okazach chropawa, tuleja „przepustnicy” też zmieniała się indywidualnie w rozmaitych egzemplarzach, a w jednym znaleźli dwie bliźniacze, częściowo stopione ze sobą i komunikujące się małym otworkiem, soczewkowate płytki zaś utworzyły jak gdyby „ósemkę” – Doktor nazwał je „syjamskimi bliźniętami”. Część ta miała ponadto aż osiem coraz to mniejszych rogów, przy czym najmniejsze nie otwierały się wcale na zewnątrz, jak to czyniły wszystkie inne.

– I co ty na to? – spytał z klęczek Koordynator Inżyniera, który kopał się w całej kolekcji wyłowionej ze „składu” w niecce.

– Na razie nic. Idziemy dalej – powiedział Inżynier, wstając, ale widać było, że humor mu się nieznacznie poprawił.

Rozumieli już, że hala dzieli się jak gdyby na kolejne sekcje nieodgrodzone od siebie niczym poza samą wewnętrzną spójnością cyklu wykonywanych procesów. Urządzenia wytwórcze, to jest wężujący, kurczący się mackowato, sapiący las – były wszędzie jednakie.

Kilkaset metrów dalej natknęli się na sekcję, która wykonując te same ruchy co poprzednia, wijąc się, mlaszcząc, sapiąc, niosła w swoich przewodach, wrzucała do otwartych studni, spuszczała z wysokości, pochłaniała, obrabiała, gromadziła i topiła – nic.

Wszędzie, gdzie w poprzednich sekcjach można było obserwować rozżarzone półprodukty bądź stygnące już obrobione przedmioty, całą tę skomplikowaną wędrówkę na boki, wzwyż, w dół tutaj zastępowała pustka.

Sądząc zrazu, że produkt jest tak przezroczysty, aż niewidzialny, Inżynier wychylał się daleko poza wyrzutniami, usiłował chwycić w ręce coś, co powinno wylatywać z otwierających się gardeł, ale nie znalazł nic.

– Obłędna historia – powiedział z przerażeniem Chemik. Inżynier jakoś wcale nie był wstrząśnięty.

– Bardzo interesujące – powiedział i poszli dalej.

Zbliżali się do obszaru, z którego płynął rosnący hałas. Był to hałas miękki, ale tym bardziej ogłuszający – jak gdyby miliony ciężkich, wilgotnych płacht skórzanych padały na wielki, słabo napięty bęben. Naraz zrobiło się jaśniej.

Z dziesiątków maczugowatych sopli, które chwiały się wysoko zwieszone końcami w dół spod samego stropu, leciał istny deszcz czarnych na tle szklistego stropu przedmiotów, obijał się o grube boki podstawiających im się raz z jednej, raz z drugiej strony przepon rozpostartych pionowo i puchnących miarowo, jakby je nadymał gaz – przepony te były szaroprzejrzyste jak pęcherze – i porywany w połowie drogi przez kłęby tak szybko pracujących, że rozwianych w wiry wężowych ramion, lądował na samym dole. Ustawiały się tu porządnie, jeden obiekt obok drugiego, w czworobokach, dokładnymi szeregami, z przeciwnej zaś strony co jakiś czas wypełzała ogromna masa spłaszczona niczym łeb wieloryba i z przeciągłym westchnieniem wsysała po kilka rzędów naraz „gotowej produkcji”.

– Skład – flegmatycznie wyjaśnił Inżynier. – Z góry przychodzą gotowe, a tamto to jakby transporter – zabiera je i na powrót wprowadza do obiegu.

– Skąd wiesz, że wprowadza na powrót? Może tu nie? – spytał Fizyk.

– Stąd, że skład jest pełny.

Nikt wprawdzie dobrze tego nie zrozumiał, ale milczeli, przechodząc dalej.

Dochodziła czwarta, kiedy Koordynator zarządził odwrót. Stali na dnie sekcji składającej się z dwu działów. Pierwszy wytwarzał grube tarcze opatrzone uszatymi uchwytami, drugi odcinał uchwyty i mocował na ich miejscu fragmenty eliptycznych pierścieni, po czym tarcze wędrowały do podziemi, skąd wracały gładkie, „ogolone”, jak powiedział Doktor – aby poddać się znów procesowi przyspawania uszatych uchwytów.

Kiedy wyszli na równinę i kroczyli w dość wysoko jeszcze stojącym słońcu w stronę, gdzie zostawili namiot i rzeczy, Inżynier powiedział:

– No, to staje się pomału jasne.

– Naprawdę? – z odcieniem ironii rzucił Chemik.

– Tak – przyświadczył Koordynator. – Co o tym sądzisz? – zwrócił się do Doktora.

– To jest trup – odparł Doktor.

– Jak to trup? – spytał Chemik, który nie zrozumiał nic z tego, co mówili.

– Trup, który się rusza – dodał Doktor. Szli dalej chwilę w milczeniu.

– Czy mogę się nareszcie dowiedzieć, co to znaczy? – spytał nie bez irytacji Chemik.

– Zdalnie sterowany kompleks do wytwarzania rozmaitych części, który się z upływem czasu kompletnie rozregulował, bo pozostawiono go bez żadnego nadzoru – wyjaśnił Inżynier.

– Ach! A jak dawno, sądzisz…

– Tego nie wiem.

– Z bardzo wielkim przybliżeniem i nie mniejszym ryzykiem można postawić hipotezę, że… co najmniej od kilkudziesięciu lat – powiedział Cybernetyk.

– Ale możliwe, że jeszcze dawniej. Gdybym się dowiedział, że to stało się przed dwustu laty, też bym się nie zdziwił.

– Albo przed tysiącem lat – dodał flegmatycznie Koordynator.

– Elektromózgi nadzorcze rozregulowują się, jak wiesz, w tempie zgodnym ze współczynnikiem – zaczął Cybernetyk, ale Inżynier przerwał mu:

– Mogą działać na innej zasadzie niż nasze i w ogóle nie wiemy nawet przecież, czy to są układy elektronowe. Osobiście wątpię. Budulec jest niemetaliczny, półpłynny.

– Mniejsza o szczegóły – powiedział Doktor – ale co myślicie o tym? To znaczy, jakie stawiacie horoskopy? Bo ja raczej ciemne.

– Myślisz o mieszkańcach planety? – spytał Chemik.

– Myślę o mieszkańcach planety.