„Filozofia przypadku” Stanisław Lem – e-book

„Filozofia przypadku” Stanisław Lem – e-book
1/100%/5

filozofia_apple

 

Proponowana przez Lema nowatorska koncepcja odbioru dzieła literackiego wyprzedza o dobre kilkanaście lat trendy interpretacyjne w postaci modnego obecnie pragmatyzmu Stanleya Fisha. Zgodnie z nią utwór literacki jest tylko projektem, zbiorem znaków kryjącym w sobie gamę możliwych odczytań i tak naprawdę zawdzięcza swoje istnienie aktywności odbiorców, która dopiero porządkuje go i powołuje do życia. Teoria dzieła literackiego stanowi jednak dla Lema jedynie punkt wyjścia do rutynowych poszukiwań uniwersalnej teorii wszystkiego. Jak pisał Henryk Markiewicz: „Filozofia przypadku” porusza wszelkie tematy – „od kosmologii poprzez powstanie życia na Ziemi i lingwogenezę aż do faszyzmu i stripteasu”.


O Filozofii przypadku Jan Błoński powiedział że jest „ogólną teorią wszystkiego”, książką, która poczyna się rozważaniami na temat literatury i jej wartościowania, a kończy rozległą refleksją nad całym światem jako domeną procesów niezdeterminowanych – czy to będą zjawiska fizyki, czy biologii, kosmologii czy historii kultury.

Filozofia przypadku to książka, która zmieniała się z edycji na edycję, autor skreślał i dopisywał rozdziały, dodawał komentarze. I nic dziwnego: jest to bowiem dzieło pozostające w sporze z wieloma dziedzinami nauki, a szczególnie z literaturoznawstwem i – szerzej – humanistyką, a spierając się, pozostaje jakby „dziełem w ruchu”. Nauka o literaturze przez wiele lat próbowała realizować mit scjentyzmu, traktując swój przedmiot – dzieło – jako całość zamkniętą i określoną, wyposażoną w zespół cech poddających się uczonym rozbiorom. Lem – może dlatego, że na wiedzy ścisłej zna się lepiej o literaturoznawców, uważał raczej, iż dzieło nabiera określonych cech dopiero w odbiorze, a (pozostająca w dużej mierze pod działaniem przypadku) historia owego odbioru wyznacza mu dopiero sensy i społeczne role.

Opisawszy w sposób prekursorski rolę czytelniczej empirii w stabilizowaniu cech i sensów dzieła, wdał się Lem w analogie, odnajdując procesy podobne w procesach ewolucji biologicznej, a także w zjawiskach fizyki. Stąd już droga niedaleka do analizy całości ludzkiej kultury jako zjawiska sterowanego po części określoną intencją, po części przypadkiem. Obecny w książce od jej III wydania rozdział Granice wzrostu kultury jest niezwykle ciekawą analizą kultury ludzkiej jako dziedziny, w której pewien stały rdzeń nie podlegający losowym fluktuacjom jest czymś koniecznym, bez czego człowiek i społeczeństwo nie mogłyby funkcjonować. Przypadek jest więc u Lema czynnikiem warunkującym ewolucję, biologiczną czy kulturową kreatywność i zmianę, ale zarazem autor książki dostrzega wszystkie ambiwalencje, jakie się w związku z jego działaniem ujawniają. Widać w Filozofii przypadku niezwykłą własność intelektu Lema, który wychodząc od szczegółu, potrafi objąć scalającą refleksją całość dostępnego świata.

Jerzy Jarzębski


Informacja o książce

Stanisław Lem
„Filozofia przypadku. Literatura w świetle empirii”.
© Copyright by Barbara i Tomasz Lem, 2014
projekt okładki: Anna Maria Suchodolska
korekta: Tomasz Lem
© Copyright for this edition: Pro Auctore Wojciech Zemek
www.cyfrant.pl
ISBN 978-83-63471-43-9
Kraków
2014
Wszelkie prawa zastrzeżone
str. 636


SPIS TREŚCI

Przedmowa
Wstęp do II wydania
Komentarz do III wydania
I. Wstęp
II. Sformułowanie programu
III. Przedpole
Fenomenologiczna teoria dzieła
Problemy językowe, literackie i estetyczne
IV. Kreacja dzieła
V. Semantyka i pragmatyka
Znak i symbol
Język: introspekcja i substrat neuralny
Reprezentacja jako antynomia: obecna nieobecność
Matryce kulturowe semantyki
VI. Informacjonistyka i logika
Dzieło: informacja strukturalna i selektywna
Dzieło: ujęcie logiczne i empiryczne
VII. Cybernetyka stosowana
Wstęp
Ograniczenie metody
Sterowanie i gra
Mechanizmy odbioru
Szum w literaturze
Klasyfikacje kodów
Modelowanie w nauce i w literaturze
VIII. Los społeczny, czyli znaczenie dzieła
Wstęp
Sprawdziany społeczne znaczeń
Filtr, czyli znawcy literatury
Stochastyczny los dzieła
Arcydzieło zdemaskowane
Kariera falsyfikatu
IX. Nowoczesność, czyli przypadek
Wstęp
Rekapitulacja i krok naprzód
Nowa powieść i nowa fizyka
Nowa powieść i matematyka
X. Modele dzieła
Modele biologiczne dzieła
Granice modelu biologicznego. Model fikcji literackiej
Obiekty informacyjne i obiekty fizyczne
Stochastyczny model dzieła
Podsumowanie
XI. Granice wzrostu kultury
Sacrum i profanum
Kłopoty z definicją kultury
Skąd się wzięła kultura?
Losowość w kulturze
Patologia kultury
XII. Literatura i poznanie
Wstęp
Teoria i praktyka literatury
Czas przeszły dokonany
Imię róży
Mała medytacja pod mottem Habent sua fata libelli
Małej medytacji część druga
Jak stworzyć czytelników?
Czas przyszły lub inny
Wstęp
Wizja lokalna
Bilans
XIII. Wycieczka w genologię
Todorova typologia fantastyki
Literatura jako antynomia
Strukturalizm i aksjologia
XIV. Wprowadzenie w metakrytykę
Bezwiedność literatury
Dwa zbiory i jeden przykład
Model krytyki
Protokół lektury
Konkretyzacja i ocena
Metazoil
Zagadka języka
XV. Szczypta praktyki
XVI. Zakończenie
Posłowie
Nota wydawnicza
Przypisy


FRAGMENT

Przedmowa

Książka ta jest drugim moim – po „Summie technologicznej” – nierozsądnym przedsięwzięciem. Nierozsądek obu w tym, że są – czy też pragną być – próbami „ogólnej teorii wszystkiego”, jak się wyraził jeden ze znakomitszych moich przyjaciół. Gdyż w „Summie” nie tyle sama, porządnie wyodrębniona technologia jest przedmiotem rozważań, ile daje ona względnie jednolite stanowisko, z którego można podążać ku „wszystkiemu”; a w tej książce stanowisko takie wyznacza sprawa literatury.

To zatem, co stanowi niezbędną przesłankę każdego porządnego badania, jako izolacja poznawanego obiektu, zostało wprawdzie założone, lecz w obu wypadkach (bez względu na ich różnice) nie udało się tej izolacji utrzymać. W pisaniu przejawiła się owa „transcendencja” (jako ciągłe przekraczanie granic tematu) w tym, że praca niniejsza nie chciała mi się wyraźnie rozwarstwić na części i rozdziały ani zamykać się w nich, tak jak się to dzieje w dociekaniu ostro monotematycznym: nie wynalazłem bowiem cięć generalnych, odpowiadających odseparowaniu anatomii od fizjologii; anatom, opisując płuca, nie dokonuje wtargnięć na tereny fizjologa, a fizjolog znów tamtemu nie wchodzi w paradę. Porównanie to będę trzymał w pogotowiu, bo się jeszcze przyda.

Zamiast składać z kolejnych rozdziałów całość, jak dom z cegieł, sposobem tyleż nieumyślnie zabawnym, co irytującym – pisałem same niejako wstępy, jeden po drugim: socjologiczny, informacjonistyczny, strukturalistyczny, logiczny – i tak dalej. Lecz i te „wstępy” na siebie zachodziły nieznośnym a nieuchronnym sposobem. Jeżeli porzuciłem na kilka lat robotę nad tym Wstępem Wstępów do Teorii Literatury, to dlatego, że nazbyt zniechęcająca była wizja tomu, w którym wszystko się tylko zaczyna, zapowiada, otwiera – ale nic nie zamyka ani nie kończy. Nawet wprowadzenie tylko imitacji ograniczeń – prowizorycznymi klasyfikacjami – było jeszcze bardziej nieurzeczywistnialne aniżeli w „Summie”, a także, co również martwiło, bardziej apodyktyczne. Nikt bowiem, o ile wiem, nie porównywał ewolucji technicznej do biologicznej i przez to w „Summie” o tyle miałem przynajmniej spokojne sumienie, że nie tratuję cudzych kwiatków i nie rządzę się na zamieszkanym gęsto terenie. Lecz trudno uznać za pustynię czy wyspę bezludną tereny literaturoznawstwa. Nie można było ani uwzględnić wszystkich ważnych prac, ani ich całkowicie pominąć. Fizykalistyczna metoda – bez względu na to, co dobrego można o niej powiedzieć – zachowuje się przy tym zawsze trochę jak czołg: niczego ani nikogo na swojej drodze nie oszczędza. Lecz nie może się jej sternik powoływać tylko na samą bezwzględność narzędzia: nazbyt jest ów czołg bezmaterialny.

Literatura należy do takich sfer ludzkiego działania, które są równocześnie marginalne – i nieogarnione, ponieważ teoria jej jest uwikłana w biologię z psychologią (autora i czytelnika), w ich socjologię, w teorię organizacji, informacji, estetykę, teorię poznania, antropologię kulturową – i tak dalej. Można zatem postępować dwojako: albo naukowo, czyli rozsądnie, zapowiadając wstępem, co do teorii dzieła sensu stricto należy, a we wszystkich kwestiach uwikłanych – odsyłając po prostu do odpowiednich nauk specjalnych. Albo też nierozsądnie, próbując „wszystko”, co z literatury i co z nią związane, poznać na własną rękę, w obrębie jednej książki, a więc i jednego człowieka, który ją pisze.

Nauki postępują rozsądnie, co widać w tym, że podzieliły między siebie „wszystko” i żadna nie próbuje „wszystkiego” z osobna pochłonąć. Toteż nie należy w anatomii przechodzić od tego, że kości wspierają ciało, do tego, że można się posługiwać kością jako narzędziem – itp. Nauki, choć nie są hienami, porozwłóczały przecież te kości po swych obszarach i, wedle lokalnej dyrektywy, goleń nie jest dla anatoma tym samym obiektem, jakim dla antropologa, a dla antropologa nie jest tym samym, co dla genetyka. Co prawda, młody medyk, kiedy zaczyna myśleć, dziwi się, jak to właściwie jest, że anatomia mówi o człowieku językiem tak odmiennym od fizjologii, a każda z nich inne dostrzega w nim „uwarstwienia”: dla anatoma bowiem „warstwa” kości, mięśni, naczyń krwionośnych – to tematy odrębnych opisów, a dla fizjologa układ kostny bez mięśniowego autonomii nie posiada. Obaj nie zajmują się bowiem tożsamymi aspektami strukturalnymi ustroju. Swoje wyraźne uporządkowanie zdobyła biologia ludzkiego organizmu nie od razu; a poznawała jego struktury nie wedle ich „obiektywnej ważności”, lecz wedle ich – łatwiejszej lub trudniejszej – izolowalności. Jeśli się człowieka kroi i gotuje (dla celów epistemologicznych, a nie kulinarnych), najłatwiej odkryć w nim szkielet; gdy kto dostatecznie cierpliwy, pojawi się on zresztą „sam”. On też był z dawien dawna znaną strukturą cielesną, tak że zmieniały się nawet mody pokazywania go w księgach naukowych. Gdyż to, że obecnie podręcznik prezentuje szkielet w postawie „na baczność”, jest tak samo względną modą, czyli konwencją, jak to, że dawniej rysowano szkielety – w uczonych książkach – przybierające pozy dostojne lub melancholijne, a nawet złośliwie skoczne, jakby sfotografowane podczas filuternego pląsania. Owa wielość przedstawień pochodzi stąd, że kościec człowieka był znany od bardzo dawna i w długiej diachronii osteologicznej po prostu zdążyły się wiele razy owe rozmaite mody, więc style uczonego podejścia – poodmieniać. Natomiast struktury naczyniowa i nerwowa tak długo nie były rozpoznane w ich odrębności, tak długo nie wiedziano nawet, jak się mają żyły i tętnice do serca, że gdy przyszło nareszcie do „rozwarstwienia”, szybko ustalił się jedyny sposób dawania wizerunków układu krążeniowego, a potem i nerwowego.

Tak zwróciliśmy uwagę na różnicę, jaka zachodzi pomiędzy treścią zdobywanej wiedzy a stylem czy też modą owej wiedzy prezentowania; i nie zawsze wcale jest tak jak w anatomii, że styl nie narusza faktów ani fakty – stylu.

Najtrudniej było wykryć strukturę mózgu, a widać to po tym, że jej do dziś nie znamy. W osteologii najpierw, w miologii potem, w splanchnologii jeszcze nieco później doszło do przyporządkowania wzajemnego struktur wykrytych anatomicznie – strukturom czynnościowym. Takie zespalające zjednoczenie wydaje się dość trywialne w odniesieniu do szkieletu zapewne, ale w odniesieniu do mózgu już nie bardzo, skoro go jeszcze nie urzeczywistniono. Jakoż ów wewnętrzny krajobraz mózgu, jaki pokazuje swym adeptom medycyna w anatomii, pełen pięknych i podniecających wyobraźnię nazw („róg Hippocampa”, „ciała czworacze”, „komory”, „wodociąg Sylwiusza”, „jądro migdałowe”) nie jest wcale tym samym, jaki prezentuje neurofizjologia. Do ostatnich lat spoidło wielkie, ogromny twór łączący półkule mózgu, doprowadzało fizjologów do takiej rozpaczy, że ktoś głosił na pół poważnie, iż ten niepotrzebny (tak się zdawało wtedy) obiekt służy temu, żeby unieszczęśliwiać uczonych. Próby zespolenia wykrywanych eksperymentalnie struktur mózgu czynnościowych ze strukturami anatomicznymi doprowadziły do niejakiego „szamotania w dwie strony” – zrazu sądzono, iż każda czynność ma w nim swój własny ośrodek, anatomicznie wyodrębnialny, potem, że właściwie żadnych takich znieruchomiałych zawiadowców w nim nie ma, a teraz doszło do kompromisowej, choć nie ostatecznej zgody w tej sprawie. Nawet prowizorycznego zrównoważenia nie uzyskały tymczasem spory o „lokalność” lub „nielokalność” struktury dzieła literackiego, o to, czy ma ono jakąś swoją „czynnościową”, a od „anatomicznej” odróżnialną strukturę; chociaż nie jest to nazbyt skuteczną pociechą, dobrze i o tym pamiętać, że inni też mają podobne do naszych kłopoty. Już bardziej zaś nastraja optymistycznie wiedza o tym, że można się niektórych dylematów pozbyć; skoro się to udało badaczom organizmu, może uda się innym też – w teorii literatury.

Zapewne: z dziełem literackim jest niby podobnie, tylko o wiele gorzej, ponieważ żadnej struktury podstawowej z niego empirycznie nie wygotujemy, żadnymi skalpelami w nim „warstw” nie wykryjemy, i mając swoją bardzo dobrze widzialną „budowę histologiczną” – w postaci sznureczków drukowanych liter oraz ich doskonałego porządku, po wieczność sztywnego i nieruchomego na kartach książki – zarazem jest dzieło tworem dziwacznym przez niepochwytność, niedefiniowalność i nieostateczność każdej analizy. Tego, który zaczyna je badać w prostocie serca i ciekawości ducha, sądząc, iż zwykła rzecz, w rodzaju zanotowanych bajań babuni, nie może nastręczyć żadnych teoretycznie wierzgających problemów, prowadzi owa babcina powiastka na urwiska ontologii, spycha do zapadni paradoksów logicznych i antynomii, mami tysiącem zagadkowych pytań, łudzi go i ciąga po manowcach „formy” z „treścią”, straszy bezdennymi przestworami wirtualności znaczeń, a także innymi nieskończonościami, które pozbawiają tropiciela prawdy – tchu, zdrowia, rozeznania, aż wreszcie widzi mu się historyjka Jasia i Małgosi czymś takim, co można zbadać zupełnie dopiero w nieskończoności samej, przestudiowawszy uprzednio teorię kulturogenezy z mitogenezą, lingwistykę strukturalną, teorię struktur społecznych w szczególności, a struktur semantycznych – w ogóle, antropologię porównawczą, genologię – razem z teorią informacji, organizacji… jak było właśnie powiedziane na początku.

W podobnej sytuacji tylko spokój może uratować; problematykę, która grozi potopem teoretycznym, należy „załatwić” tak, że się jej poszczególne aspekty powkłada zwyczajnie do kopert i zaadresuje do odpowiednich dyscyplin; po to są, by nam pomagały, a my zostaniemy sam na sam już tylko z Jasiem i Małgosią, wzbogaconymi o kwestie stylu, narratora, narracji, estetyczności, leksyki – i problemom takim na pewno się podoła dzięki uprzedniemu odcedzeniu ontycznych i epistemicznych oceanów. Zresztą tak się postępuje w każdej nauce; jeśli chcecie wiedzieć, jaki jest skład chemiczny kości, pytajcie chemika, a nie – anatoma; a gdy interesują was drgania w niej atomów, kompetentnym fachowcem okaże się teoretyk fizyki ciała stałego.

Jednakowoż w odniesieniu do dzieła i literatury ma to wypróbowane postępowanie dwa nieprzyjemne szkopuły. Najpierw taki, że się adresaci owych odsyłaczy nie zawsze chcą zajmować literaturą, zawodowo przynajmniej. Co z tego, że gotowiśmy podarować socjologowi cały obszar statystycznej teorii odbioru dzieła, jako typowo społecznego procesu, kiedy on się jakoś do tego prezentu nie kwapi. A znów filozof, owszem, może zechce zbadać dzieło, lecz uczyni to po swojemu; będziemy głowić się później nad tym, co właściwie jest w jego teorii własnością dzieła, a co – własnością jego poglądów. Lecz któż to widział, aby filozof wyręczał fizyka, anatoma, mechanika czy ewolucjonistę – w samym budowaniu teorii, w obrębie danej  s p e c j a l i s t y c z n e j  dziedziny? Oto kłopot pierwszy.

Drugi znów jest taki, że proszalne listy zaczynają skutkować. Okazuje się, że owszem, wyzbyliśmy się ryczałtowo wszystkich gordyjskich węzłów problematyki za pomocą przesyłek, ale zwrotną pocztą przychodzą rezultaty nie nazbyt pożądane. Samiśmy się ogołocili z własnych kryteriów i oto grunt, na jakim stoimy, jest jedną łataniną, wziętą od tych uczonych życzliwców, którzy pospieszyli nam z pomocą. Socjolog, zadawszy sobie trud, pisze nam, że nie ma jednego dzieła, lecz w każdym poszczególnym przypadku jest ich tak wiele, jak wiele jest czytelniczych zbiorów, kulturowo homogenicznych, które tekst w odbiorze stabilizują. Filozof też się natrudził i już wie, że dzieło jest właśnie jedno tylko i po wieczność jedyne, a jeśli się komuś inaczej wydaje, to się myli: gdyż to, co jest odczytaniem tekstu, wcale nie jest dziełem. Przychodzi z drżeniem oczekiwać dalszych wizyt listonosza – z następnymi wyjaśnieniami odpowiednich fachowców.

Komu mamy wierzyć? Gdzie szukać najwyższego trybunału dla rozstrzygnięć? Pierwszy raz nasuwa się tu kusząca myśl-marzenie, że dobrze byłoby zbadać wszystkie problemy i uporać się z nimi na własnym podwórku. Dlaczego anatom nie wysyła swoich szkieletów fizykom, mechanikom, inżynierom, tylko je sam bada, a my mielibyśmy rozparcelować dzieło na tyle „kawałków”, ile tylko jest uczonych profesji? Czy zresztą, wielki Boże, sami wiemy, co właściwie wysyłamy – i o co pytamy? Czy to, co nazywa jeden badacz „schematem”, jest tym samym, co inny określa mianem „struktury”?

Jak widać, nie z pewności siebie, nie z przeświadczenia o posiadaniu wszechrozumu bierze się chęć ogłoszenia poznawczej autarkii, lecz na odwrót, z tego, że posłuch, wstępnie dany rozsądkowi, prowadzi do zamętu i pomieszania.

Z kolei pojawia się kwestia porządnego zorganizowania tematyki prac już suwerennych. Lecz jak brać się do roboty? Alfabetycznie, zaczynając od „A” („Antropologia dzieła”, „Anatomia dzieła”), nie można: zbytni to nonsens. Należy wprowadzać dzieło w przestrzeń terminologiczną i metodyczną to jednej, to drugiej nauki, a więc – raz je uznać za obiekt analizy logicznej, raz – kulturowej, raz – informacjonistycznej, językowej, epistemicznej, genetycznej, nareszcie i fizykalnej; na wszelki wypadek i dla kompletu.

Cóż się jednak wtedy dzieje? Okazuje się, że nie wiadomo, odkąd – w danej już dyscyplinie – zacząć. Bo jeśli rzecz o Jasiu i Małgosi jest tworem kulturowym, trzeba się przypatrzyć kulturze. Ale skąd w niej zaczynać? Chyba nie od małpy, co pierwsza z drzewa zlazła? No, to żarty. Lecz jeśli chodzi o bajkę jako twór językowy, ważne są w niej znaczenia zdań i wyrazów; żadnej jednak teorii lingwistycznej ani informacyjnej semantyki nie ma. Więc jakże „naprędce” mamy zrobić to, czego lingwiści z informacjonistami nie zdołali uczynić przez tyle czasu?

Ale przecież – jak się już powiedziało – nie pracujemy na pustyni. Mieliśmy świetnych i światłych poprzedników. Nie im się należy nasza nieufność; jest ona, jako nakaz wątpienia o wszystkim, wypisana na sztandarach nauki. Gdy wstępujemy na zawrotną wyżynę gmachu krytycznego literaturoznawstwa, spotykamy tam uczonych specjalistów mówiących o „semantycznej strukturze utworu”. Kiedy pytamy ich, jak ostro definiują pojęcia semantyczne, niezadowoleni z tego, że tak naiwnie przerywamy ich dyskurs, odsyłają nas machnięciem ręki na niższe piętra: do lingwistów.

Ale myśmy tam już byli. Prawdę mówiąc, nie tam, bo pod tym wysokim żadnego piętra niższego nie ma: lingwiści siedzą zupełnie gdzie indziej i czymś zupełnie innym – bo asemantycznym – zajmują się w języku. W obawie cierpkiej odprawy pytamy nieśmiało, czy ta „struktura”, od której aż gęsto, jest logicznego, czy raczej teorioinformacyjnego pochodzenia, a więc czy deterministyczna ona, czy może stochastyczna? I jaki jest jej stosunek do tego, co pisał Bourbaki? A także Bar-Hillel w związku z trudnościami zbudowania pojęcia samego semantyki?

Lecz wtedy już nikt nawet mówić z nami nie chce. Pozostajemy samotni – i majaczy już nam, że teorię dzieła będziemy musieli budować starą metodą Robinsona Crusoe, przy trwałej groźbie utonięcia, ale przynajmniej z wiedzą, że jeśli zginiemy, to na własną rękę, a nie – pociągnięci w topiel balastem niejasnych terminów; w nieszczęściu takim będzie nam towarzyszyła krzepiąca myśl, że jeśli nas nikt z błędu nie wyciągał, to i nikt nie popychał w jego otchłań. Zadanie okazało się molochem: najlepiej, tj. najrozsądniej, byłoby – podać mu tyły. Czy jednak nie jest rozsądek właśnie do tego przeznaczony, żeby nim głębiny sondować?

Mniej więcej z takich rozważań wzięła się decyzja napisania tej książki; i wyjawiają już one, jakkolwiek migawkowo, dlaczego należało właściwie napisać rzecz pod tytułem: Teoria Niemożliwości Teorii Dzieła Literackiego. Pozwalają zarazem domyślać się niezliczonych wypadów i wycieczek w przeróżne strony, dla jakich sprawa literatury jest miejscem startowym, a od których się w książce tej roi. Nie ma jednak żadnego powodu, dla jakiego miałbym w przedmowie wziąć się do jej streszczania, skoro na Czytelników, których już przedmowa odstraszy, nie liczę. A więc kilka jeszcze słów o tym, jaka ta książka miała być, ale nie jest.

Roiła mi się metoda eksperymentalna, taka, która by nie tylko badała budowę dzieła danego, lecz wkraczała w „organizm” utworu aktywnymi ingerencjami, zakłóceniami, nawet okaleczająco, aby wykryć odporność tekstu oraz jego „reakcje całościowe” na takie zabiegi. Gdyż właśnie w empirii wykrywa się w ten sposób obecność oraz jakość charakterystyczną przeróżnych struktur: z tego konceptu coś w książce zostało. Miałem ponadto zamiar tworzenia specjalnych preparatów – niejako sztucznych „mikrodzieł”, wymyślnie prokurowanych ad usum tego czy innego twierdzenia teorii; to znów byłaby metoda „hodowli wyizolowanej”, „odosobnionego organu” albo „pomniejszającego modelu”. Gdyż „normalne” dzieło nie jest po to pisane, żeby można było na nim badać ostrość teorii, jak nie temu służy żaba, żeby na niej sprawdzać teorię odruchów. A skoro można i żabią nóżkę wypreparować, i skonstruować „uproszczony model żaby”, chciałem podobnie postąpić na naszym terenie. Potem jednak doszedłem tego, że nie wszystko będę musiał wymyślać, skoro za preparaty mogą posłużyć mi własne książki nieteoretyczne. Tak np. do problemu semiotycznego „sytuacji znakowej”, sygnalizowania znaczeń obiektami, byłaby przydatna niejedna scena z „Pamiętnika znalezionego w wannie”. Gdyż bohater tej książki sądzi, że mu brodawkami pewnego czcigodnego starca Ktoś – instytucjonalnie – sygnalizuje pewne Tajemnice. A i wiele innych spraw z zakresu „struktur semantycznych” można by na niej demonstrować.

Jednym z twierdzeń tej pracy jest teza o ścisłym związku znaczenia jako waloru semantycznego ze znaczeniem jako wartością aksjologiczną. Otóż analiza własnych tekstów zakłada ich „nadwyżki semantyczne”, byłoby to więc nieuchronnie pokazywanie tego, że one są – jakoś – „wartościowe”. Na następnej zaś stronie miałbym pisać o Faulknerze czy o Tomaszu Mannie. Dobre sąsiedztwo! Zapewne: napisać pięćsetstronicową teorię dzieła specjalnie po to, żeby własne utwory wywindować nią na literacki Olimp – to jest myśl. Ponieważ jednak nie na tym mi zależało, przyszło się z tą koncepcją pożegnać. A że wymyślanie „syntetycznych utworów” – i zestawianie ich z prawdziwymi – też zaczęło mi wyglądać podejrzanie, zrezygnowałem z całego projektu.

Osobny dylemat stanowiła sprawa teorii pomiaru, na której stoi cała empiria. Chodziło o jej odpowiednik – dla literaturoznawstwa. W książce powołuję się wielokrotnie na prawidłowości statystycznego i stochastycznego typu, nie tylko w sferze zjawisk artykulacyjnych, ale i w odniesieniu do teorii dzieła i kultury. Brzmi to gołosłownie, albowiem metody statystyczne jeszcze nie zagościły na wyższych piętrach literaturoznawczego gmachu. Nie dostrzega się zatem ich dowodowej wartości w empirycznym, „wywrotnościowym” sensie. W największym uproszczeniu idzie o rzecz następującą. Jeżeli jedna osoba, zamiast spytać: Po ile te buraki? – pyta: Na ile buraki? – jest to błąd językowy. Jeżeli tak mówi tysiąc osób, to wyrażenie pozostaje błędem. Lecz jeśli tak mówi przez trzydzieści lat trzydzieści milionów Polaków i „po ile?” – pyta już tylko stu językoznawców, nie ma rady: błąd stał się normą języka, język poszedł o krok dalej, a językoznawcy stoją na straconych pozycjach. (Sam przykład nie jest najszczęśliwszy, ale przynajmniej wyrazisty). Otóż tylko statystyczne badanie, w tej części teorii pomiaru, która nim się zajmuje, może sensownie odpowiedzieć na pytanie o reprezentatywność grup rozmaicie liczebnych, ze względu na przejście odchylenia w prawidłowość itp. Lecz kwestie te wiążą się z teorią oczekiwania matematycznego i z teorią prawdopodobieństwa. Przerastają też dalej w zagadnienia stochastyki, procesów markowskich, ergodyki, jako badania skrajnych rozkładów w prawdopodobnościowych systemach itp. Wszystko to jest niezwykle mocno związane z teorią dzieła – tą, o jakiej mówi książka. Jednakże wprowadzić do niej takie wykłady znaczyłoby – rozsadzić ją do reszty (podobne trudności miałem już dawniej, przy pisaniu „Summy”). Jakkolwiek niechętnie, musiałem się z gołosłownością twierdzeń pogodzić. We wszystkich kwestiach typu teorii pomiaru i pochodnych – probabilistycznych – muszę, niestety, odesłać Czytelnika poza granice tej pracy.

Lecz i tak książka ta jest hydrą wielogłową, z głowami kolejno wymienianymi: ma swój łeb informacjonistyczny sporych rozmiarów, ma łeb lingwistyczny, ma logiczną główkę oraz szereg mniejszych. Wydaje mi się, że one wszystkie łączą się przy korpusie tematycznym i tym samym nie są całkowicie od rzeczy. Jednakże chociaż książka wypiera się tego tytułami poszczególnych rozdziałów, nie może przecież nie być luźno maszerującą kolumną samych tylko Wstępów do Niedościgłego Ideału, zwanego Empiryczną Teorią Literatury.

Kraków, w sierpniu 1967

I. WSTĘP

1

Historia nauki jest drzewem ewolucyjnym, o tyle ciekawym „botanicznie”, że konary, oddzielając się od pnia, nie zlikwidowały go, a ponadto nie tylko się rozgałęziają, ale czasem – uzyskawszy samoistność – zrastają się na powrót. Pniem, od którego odbiły odrośle nauk, jest filozofia jako działalność „wewnątrzjęzykowa”: historycznie empiria powstała za sprawą „zdrady”, albowiem filozof, który, mówiąc obrazowo, opuszcza język dla dokonywania doświadczeń, zamienia się w uczonego-empiryka. Tendencja konarów do zrastania się (która tu nas mniej interesuje) oznacza znów rezygnowanie z pełnej suwerenności poszczególnych dyscyplin (np. chemii względem fizyki, biologii względem chemii), czyli zacieranie się nieprzekraczalnych między nimi granic. Pień czy też trzon filozoficzny owego bujnego drzewa, jakkolwiek ścieńczał, nie rozdzielił się bez reszty na rozwidlenia nauk ścisłych. Niektórzy sądzą, że kiedyś tak przecież się stanie, skoro wszystkie problemy „filozoficzne wyjściowo” przejmą, podług specjalności, poszczególne nauki.

Istnieją nawet filozofowie, którzy, jako autolikwidatorzy, głoszą tę właśnie perspektywę. Inni wyjaśniają im, że filozofia nie może zniknąć, i to dla dwóch aż powodów naraz: ani jako zestaw nadrzędnych dyrektyw, któremu podwładne są wszystkie nauki poszczególne, ani jako tak zwana „metafizyka”. Zwierzchni zestaw dyrektyw nauki sam nie jest nauką i nie może nią literalnie zostać, jakkolwiek można go badać naukowymi sposobami. Wybór wszelkiego postępowania zakłada wstępne istnienie określonych wartości, więc nie można wybierać, uprzednio nie oceniając, czyli – nauka, która nie chce niczego wartościować, lecz tylko stwierdzić, „jak jest”, ma za sobą przecież akt oceny, ten, który ją samą urzeczywistnił, jako wybraną spośród możliwości (gdyż działać naukowo to nie znaczy – zachowywać się przymusowo, skoro np. fizyka nie pracuje pod taką kompulsją jak kamień, który spada w polu ciążenia). Decydujący może sobie nie zdawać sprawy z tego, że wybierał między wartościami albo że to inni kiedyś zrobili za niego, lecz z tego nie wynika, jakoby owej sytuacji wyboru i owych wartości alternatywnych nie było. Można by odpierać taki niemiły osąd, który odsuwerennia naukę, mówiąc, że jest ona przedłużeniem naturalnych tendencji życia jako homeostazy. Jednakże owa homeostaza na antropologicznym szczeblu ewolucji okazuje się właśnie – dostarczeniem pewnej swobody wyboru postępowań swojemu „produktowi”, jakim jest człowiek. Daremnie więc chcemy się pozbyć wolności, która natychmiast implikuje całą aksjologię. Nie ma rady, każdy z nas stale jakoś wybiera, i popaść w skrajny negatywizm, żeby w końcu z głodu umrzeć na złość filozofowi, to też nie jest argument skuteczny: wybiera bowiem i ten, kto się od dokonania wyboru powstrzymuje. Cokolwiek uczynimy, odbuduje to sytuację decyzyjną, której próżno chcieliśmy się pozbyć. Nie jesteśmy skazani na naukę: wybierając ją, tak samo jak wybierając życie, opowiadamy się za pewną wartością. A skoro empiria nie może nic począć po swojemu z wartościami, zawsze pozostanie taka reszta – która nie będzie nauką – filozofii przypisana.

Z kolei ten, kto wybiera metafizykę, czyli organizuje całościowo świat „wewnątrz języka”, wykraczając poza wszechmożliwe ustalenia nauki, jest krytykowany przez uczonego, który mu perswaduje, że „mnoży byty ponad niezbędne potrzeby”, czyli wykracza przeciw regule Ockhama. Lecz metafizyk odpowiada, że ta reguła nie jest żadną koniecznością logiczną umysłu i nie można jej uzasadniać inaczej, aniżeli odwołując się do doświadczenia. Nie wolno jednak dowodzić wartości doświadczenia ani jego reguł, jako najwyższego trybunału poznania, przez odwołanie się do tegoż doświadczenia, ponieważ powstaje wtedy błędny krąg w dowodzie.

Na co empiryk, że ten, kto mówi o świecie, sądząc, iż ustawił swój Rozum poza wszelkim uprzedzeniem i uwikłaniem w świat, naprawdę ulega wpływom jego aż potrójnym: biologicznym (ciała „przeniesionego” z państwa zwierząt), kulturowo-społecznym (utrwalonych w jego środowisku ludzkim stereotypów), a wreszcie – językowym (gdyż wyzbyć się uprzedzeń, np. religijnych, to jeszcze nie znaczy – unikać wszelkich, bo zostaną wtedy te, które są może dane samą strukturą języka: nie wiemy przecież z góry, czy język jest instrumentem poznawczo „neutralnym”, czy też raczej pewne „łady” uprzywilejowuje w opozycji do innych).

Jak z tego widać, stanowiska empiryczne i metafizyczne znoszą się nawzajem: każda strona wyjawia drugiej już to „bezzasadność”, już to „niemożność” proponowanej metody poznania. Empiryk tłumaczy metafizykowi, jak niesuwerenny jest jego Rozum, a metafizyk empirykowi – jak nieprawomocne doświadczenie. Gdyby świat był zbudowany w sposób dokładnie logiczny, oba stanowiska okazałyby się jednakowo bezpłodne poznawczo, Achilles nigdy by nie prześcignął żółwia, a szybkości, nawet świetlne, sumowałyby się zgodnie z arytmetyką.

Gdyż z metafizyki nie wynika nic takiego, co można by uważać za konieczną własność świata, i niczego nie ma w niej takiego, co by się nie dawało kwestionować, łącznie z sylogizmem, jako maszynką do wnioskowania, toteż byli filozofowie, którzy nawet prawomocność sylogistycznych rozumowań kwestionowali. Poznanie jest zdobyciem pewności – w jakiejkolwiek kwestii; otóż nie ma żadnego sposobu, który by mógł głód pewności zaspokoić, jeśli jest on tylko odpowiednio nieposkromiony.

Tak więc nie ma jedynej, jako koniecznej, metafizyki, ale ich całe skłócone mnóstwo. Zależnie od tego bowiem, jakie kto przyjmuje założenia, taki mu się tworzy obraz świata, z „koniecznościami” zakorzenionymi nie w „samym bycie gołym”, niestety, lecz tylko w owych założeniach wstępnych.

A gdyby racją doświadczenia był nie zysk informacyjny, dający się spożytkować w następnych doświadczeniach, lecz taka instancja, która sama z natury swojej „doświadczeniem” nie jest, empiria stanowiłaby młyn mielący samą dowolną bylejakość.

To jednak, że istnieje mnóstwo metafizyk i tylko jedna empiria, wskazuje, iż świat zgodnie z logiką zbudowany nie jest. Mówiąc nieco inaczej, świat to takie osobliwe miejsce, w którym Achilles prześcignąć może żółwia, szybkości nie dodają się arytmetycznie, układy prostsze stawać się mogą bardziej złożonymi, a te, co były startowo ubogie w informacje, mogą się w nią wzbogacać. Jakkolwiek nie można się w tym dziwnym miejscu wyciągnąć za włosy z bagna materialnie, tak jak to zrobił baron Münchhausen, można jednak dokonać tego informacyjnie. W tym sensie jest świat stronniczy, ponieważ w nieuczciwy sposób przyznaje rację tym, którzy są tak niepoprawnymi optymistami, że osadzają swą działalność na błędnym kole logicznego dowodu. Oczywiście można przypuszczać, że na dobrą sprawę to logika rości sobie pretensje do nadmiernej uniwersalności i że są zarówno takie sfery bytu, albo konkretniej: takie przedziały wartości parametrów systemowych (w sensie fizykalnym), w których ona jest sprawna także jako instrument rozstrzygający kwestie doświadczenia, jak i takie, w których dla podobnych celów trzeba ją radykalnie przeinaczać. Co z kolei prowadzi do kwestii sensu stricto językowych, bo nie ma logiki bez języka. Lecz wdając się w tak pasjonujące rozważania, oddalilibyśmy się już całkowicie od oczekującego nas właściwego tematu.

Jakeśmy powiedzieli, usamodzielnianie się nauk jest ich rosnącą niezawisłością od filozofii, przejawiającą się w tym, że specjalistyczna sfera każdej dyscypliny konkretnej staje się pod względem ontologicznym neutralna. Albowiem system filozofa wpływa na jego obraz świata, lecz system filozoficzny fizyka wcale się nie włącza koniecznie w sferę rozstrzygania ściśle fizycznych zagadnień. Zapewne: samym swoim zachowaniem optuje fizyk na rzecz pewnej filozofii, lecz czynić to może niejako ogólnikowo, będąc, jak się to powiada, „żywiołowym” realistą bądź materialistą. Tak samo zachowuje się jaszczurka zakopująca w piasku jajo; liczy ona na wschód słońca w dniu następnym, jest więc także prewidystką i scjentystką i wcale nie bierze pod uwagę owych potężnych wywodów, jakimi udało się filozofom nadkruszyć prawomocność indukcji.

W naukach dobrze okrzepłych filozof jest słuchaczem przyjmującym do wiadomości to, co wykrywają specjaliści, więc na przykład, że znaczeniowym zapleczem określonych słów są zgęstki potocznego doświadczenia, będącego interakcją pewnych obiektów (mianowicie ludzi) z innymi obiektami, na poziomie wielkości w skali kosmicznej „średniej” (gdy uznać za zero skali wymiary elementarnych cząstek, a za jej wierzchołek – średnicę widzialnego skupienia metagalaktyki), przez co pojęciom, na tym poziomie i w tej skali stosowalnym praktycznie, w rodzaju „równoczesności zdarzeń”, przypisuje się ważność absolutną, w niezgodzie z rzeczywistością, itd.

Natomiast w naukach mniej dojrzałych, do których należą humanistyczne (a wczoraj była wśród nich jeszcze biologia), filozofia jest nadal dostarczycielką nie tylko ujęć generalnych, lecz ustaleń typowo specjalistycznych. I nie o to chodzi obecnie, aby jednym poglądom filozoficznym przeciwstawiać inne, lecz o to, ażeby sam teren dociekań, metodologię, terminy podstawowe i całą aparaturę pojęciową ontologicznie zneutralizować. Tym samym bowiem zostanie uczyniony pierwszy krok, mający na celu zrewindykowanie tego szacownego obszaru na rzecz empirii. A mówiąc o „szacownym obszarze”, mamy na myśli literaturoznawstwo.

2

Kiedy się rozprawia o sposobie istnienia dzieła literackiego, może chodzić o dwie rozmaite rzeczy. Można bowiem pytać o „status ontologiczny” dzieła i lokować go w państwie idei platońskich albo w „czystej świadomości”. Lecz można też ograniczyć się do pytania, czy dzieło istnieje w taki sposób jak przedmioty, czy raczej jak procesy, czy przypomina ono złożoną maszynę, czy też embriogenezę.

Przyznajmy, że porządne rozgraniczenie – w obrębie teorii literatury – tego, co „filozoficzne”, od tego, co „empiryczne”, jest zadaniem nie tylko trudnym (a też i przedwczesnym), lecz kwestionowalnym w założeniach. Jedyny rodzaj „czujnika”, jaki można przyłożyć do literackiego tekstu, stanowi czytelnik, a nie jest to miarka obiektywna w żadnym fizykalnym rozumieniu. Nie jest też możliwe zestawienie ze sobą poszczególnych „konkretyzacji” dzieła zachodzących podczas ich odbioru. Można również sądzić, że skonstruowanie algorytmów, które pozwoliłyby – zastępując formalnymi na tekście zabiegami „ludzką” jego lekturę – zyskać mierzalność „obiektywną” poszczególnych „jakości” dzieła – nie będzie możliwe nigdy.

Lecz my pragnęlibyśmy rozważyć pewne zagadnienia natury bardzo ogólnej i fundamentalnej zarazem, które nie mają charakteru akademickiego. W szczególności chcielibyśmy dojść tego, czy wolno przypisywać dziełu byt „obiektywny” w postaci, której żadne konkretyzacje czytelnicze nie są zdolne odmienić? Czy Hamlet jest jeden, czy też tyle istnieje Hamletów, ilu było czytelników dramatu? Czy wszystkim, o czym można mówić w związku z dziełem, są tylko subiektywne nasze przeżycia, impresje, emocje i oceny?

Ale czy istnieje obiektywna metoda badania tego, co bezpośrednio obiektywne nie jest? Wydaje się, że tak. Istnieją bowiem ujęcia, które nie należą do żadnej poszczególnej gałęzi nauk empirycznych, lecz dają się skutecznie stosować we wszystkich. Ujęcia te odnoszą się do elementów dowolnych, w szczególności – niekoniecznie „substancjonalnych”. Albowiem „materiał”, z jakiego obiekt badań jest sporządzony, w ogóle ich nie interesuje. Obiekt, jak powiedziano, mógłby składać się z duchów bądź z ektoplazmy; byle pozwolił się choć częściowo wyodrębnić z „reszty świata”, byle wykazywał jakieś regularności, da się o nim orzekać sporo rzeczy pewnych dzięki temu, że w znacznej liczbie pokrewnych wypadków test empiryczny jest możliwy. A więc chodzi o pewnego rodzaju ekstrapolację metody, która wypróbowana została z sukcesem w matematyce, lingwistyce, antropologii, medycynie, biologii, technice i fizyce. Ujęcia, o jakich mówimy, dążą do stworzenia ogólnej teorii systemów, ogarniającej zarówno systemy językowe i matematyczne, jak społeczne bądź planetarne. Nie wszędzie uzyskano po ich zastosowaniu rewelacyjne wyniki, lecz nigdzie dotąd nie zawiodły. Czy nie można więc spróbować przeniesienia ich w obręb literaturoznawstwa w nadziei, że dopomogą nam wyjaśnić jego ciemne i antynomiczne problemy?

II. SFORMUŁOWANIE PROGRAMU

Kolubrynowy ładunek tej książki tak da się przedstawić w uproszczeniu, do jakiego upoważnia tymczasowość niniejszej zapowiedzi:

Kategorią centralną jest przypadek rozumiany nie podług tradycji jakiejś szkoły filozoficznej, lecz wedle znaczenia nadanego mu przez empirię, badającą procesy stochastyczne i ergodyczne, czyli rozwojowy tor bardzo wielkich i złożonych układów.

Przypadek jest wczesnym zwrotnym czynnikiem wszelkiego procesu ewolucyjnego, w którym układ, powstając, wytwarza jednocześnie własne systemowe prawa, jakich nie wykrywa się na ogół w tym, co go wszczęło. Temat ten omawiany jest na przykładach rozmaitych wielkich systemów naturalnych, czyli powstających „bezwiednie”, także i wtedy, gdy elementami układowymi są ludzie.

Hierarchia podobnych całości pozwala na przeprowadzanie porównań między jej poziomami; czym jest w biocenozie jeden gatunek żywy, tym w kulturze – literatura; czym dla „ekspresji” życia organicznego kod dziedziczności, tym dla życia umysłowego – język etniczny. Tak specjacja gatunkotwórcza w przyrodzie, jak lingwogeneza, wspólniczka kulturogenezy, mają swoje generalne rysy podobieństwa i określone odmienności dynamiczne: mogą więc – ale tylko częściowo – służyć sobie nawzajem za  m o d e l e.

Modelem najprymitywniejszym hierarchii systemowych zjawisk, tak w naturze, jak w kulturze, jest zabawka – szereg drewnianych bab osadzonych w sobie. W przyrodzie i w społeczności też są wykrywalne systemowe poziomy, jako podukłady względnie tylko izolowane; co jest dla hierarchicznie niższego układu środowiskiem „życiowym”, to dla wyższego stanowi – jeden z jego elementów własnych. W ramach tej paraleli ma swoje miejsce dzieło literackie.

Gdyby się chciało ująć rzecz aforystycznie, chodzi o takie ewolucje, w których przypadkowy, koincydentalny stan wyjściowy przeradza się w trwałą cechę układu, jako jego prawidłowość: rzecz jest więc o tym, jak przypadek obraca się w sternika, losowość – w los.

Z kolei budowa dzieła pokazana jest jako złożona funkcja więzi zadzierzgających się pomiędzy tekstem a środowiskiem odbiorczym, a ponieważ te więzi są zmienne, zmieniają i „wewnętrzną budowę” dzieła.

Przejawiająca się wszakże, jako jedna z wielu, tendencja homeostatyczna społecznego obiegu informacji, w seriach statystyczno-masowych kontaktów czytelników z dziełem, ustala je wreszcie – w semantycznym kształcie – poprzez  o d b i ó r  s t a b i l i z u j ą c y. A więc głosimy, że nowe dzieło „nie jest nim od razu”, ale się nim dopiero, w obcowaniu z czytelnikami, staje. Jakości „immanentne” w takim samym stopniu są wykrywane, w jakim niekoniecznie świadomymi decyzjami – ustalane. Dotyczy to utworów silnie odchylających się od stereotypów literacko-kulturowych czasu. Utwory bardziej wtórne są rozpoznawane wedle podobieństwa do już odbiorczo ustabilizowanych. Nowe dzieło to więc twór w oku odbiorców nieforemny, niewyraźny, a nieraz i bezsensowny. Pytać wtedy o jego budowę „prawdziwą”, o „prawdziwy” typ jego spójności, konstrukcji, o zasięg jego sensów – to pytać o ilość piorunów i deszczu  p r z e d  burzą.

Sytuacja autora jest więc podobna do sytuacji człowieka, który wymyślił nowe słowo, w języku nieznane, i usiłuje wprowadzić je w obieg lub do nowego gatunku wchodzącego na arenę zmagań ewolucyjnych. Słowo, najpierw, może się nie przyjąć, a gatunek – zginąć. Wówczas słowo nie będzie nic znaczyło, jakkolwiek coś zapewne znaczyło wedle myśli swego wynalazcy. Słowo może się przyjąć, by znaczyć i oznaczać to, co twórca mu zaprojektował. Tak i gatunek może pozostać w tej samej ekologicznej niszy, jaka żywiła gatunek rodzicielski. I wreszcie, słowo może przejść „mutację” sensu i znaczyć po niej coś innego, niż mu przeznaczano; gatunek zaś może, zdobywając nowy areał, ulec przemianom genotypu, jakkolwiek się genotypowo nie zmieni. Reakcja jest tedy  o d w r a c a l n a  w zasadzie: może bowiem i słowo wrócić do poprzedniego znaczenia, i gatunek powracać do poprzedniego fenotypu, przy odpowiedniej zmianie środowiska.

Te trzy możliwe zejścia kariery słowa lub gatunku mają swe pokrycie w potencjalnie troistych – w takim schemacie – losach dzieła jako oryginalnego utworu literackiego.

Tekst zawiera nadto fragmenty takiego programu przyszłościowego (bo jakżeby inaczej) badań, który potrafiłby z humanistyki, antropologicznie rozumianej, uczynić część empirii, jak również ustępy poświęcone egzemplifikowaniu tez – na przykładach krytycznej i metakrytycznej roboty.