„Girl Guide” Michał Szczepański – e-book

„Girl Guide” Michał Szczepański – e-book
2/100%/5

okładka girl guide
Kultowa powieść Michała Szczepańskiego, na podstawie której powstał nagrodzony Złotymi Lwami film w reżyserii Juliusza Machulskiego. „Girl Guide” rekomendował sam Stanisław Lem, jako „szalenie zabawną powieść rock-and-rollową, szpiegowską, góralską i sensacyjną”. Napisana ze swadą, trzymając w napięciu historia muzyka-outsidera, który mimowolnie staje się centralną postacią szpiegowskiej intrygi. Książka pełna jest humoru, trafnych obserwacji obyczajowych oraz autentycznego góralskiego i warszawskiego folkloru.

Informacja o książce

Michał Szczepański
Girl Guide
© Copyright by Michał Szczepański, 2013
projekt okładki: Joanna Kowalczuk
© Copyright for this edition: Pro Auctore Wojciech Zemek
www.cyfrant.pl
ISBN 978-83-63471-19-4
Kraków
2013
Wszelkie prawa zastrzeżone


FRAGMENT

Jakby mało było nieszczęść, nad ranem zadzwonił telefon. Za oknem było bladawo – ani dzień, ani noc. Telefon dzwonił, a ja walczyłem z krępującym mnie kaftanem bezpieczeństwa, w który zamieniło się prześcieradło. Głowa bolała mnie potężnie i usta miałem pełne suchego, brudnego piachu. Wreszcie trafiłem ręką na słuchawkę.

– Jako, Józuś, co u ciebie? – głos taty, rześki i mocny sprawił, że w resztkach mojego skatowanego mózgu zaszła jakaś bolesna reakcja chemiczna. Tata zawsze dzwonił w takich momentach, kiedy trudno mi było zachować czujność. Człowiek nigdy nie jest dostatecznie czujny rozmawiając z tatą.

– Jako tako, w porządku – wyskrzeczałem.

– Coś mi słabo brzmisz – zatroskał się tatuś – masz jakieś kłopoty?

– Nie, nie mam. Jestem tylko niewyspany.

– No coś ty? To już przecież prawie wpół do siódmej – zadziwił się – dzwonię, bo coś się ostatnio nie odzywasz. Nie pamiętasz o swoim starym ojcu.

Ładny mi staruszek! Raptem o osiemnaście lat starszy ode mnie. W ciężkich, powojennych czasach ludzie rwali się do życia i wcześnie zaczynali.

– Pomyślałem – ciągnął tata – że może masz jakieś kłopoty, albo jesteś bez pieniędzy.

– Nie, mam pełno pieniędzy – skłamałem i natychmiast zorientowałem się, że strzeliłem byka. Zawsze trzeba mówić prawdę. Tata wyraźnie się ucieszył.

– Wiesz co, Józek? W takim razie podesłałbyś trochę, bo u mnie słabo, a tu fajna okazja żeby tanio kupić deski. Myślę, żeby wykończyć wreszcie górkę, bo to ożenisz się kiedy, będzie jak znalazł…

Zrobiło mi się niedobrze. Tata kończy górkę odkąd tylko pamiętam. Gdybym policzył pieniądze, które wyciągnął ode mnie na ten cel, wyszłaby astronomiczna suma. Sto razy obiecywałem sobie, że nie dam ani grosza więcej. Ale potem, oko w oko z tatą, ulegałem jego sile przekonywania. Sęk w tym, że tata zawsze wierzy w to, co mówi. Sprawia to, że jest nieodparcie sugestywny. A poza tym, to przecież wszystko dla mojego dobra. Ożenię się kiedyś…

– Bronek Zza Górki ma fajne, suche calówki – tokował tata a poprzez jego głos przebiło się rytmiczne pykanie traktorka. Ten dźwięk, który przywędrował po drutach telefonicznych z odległości czterystu kilometrów, sprawił, że zobaczyłem tatusia tak, jakby stał obok mnie. Nieduży, żylasty, z kłakiem szpakowatych włosów nad czołem i przedziwnie pozagniataną twarzą, wykręca kark, żeby przez brudne okienko zobaczyć między świerkami kawałek szosy. Wystarczy mu jeden rzut oka, żeby wiedzieć dokładnie, kto, czym, dokąd i po co jedzie.

– Franek Ciapuś wiezie dłużycę traktorem teścia. Piękne drzewo wyzałatwiał z leśnym. A pod dłużycę zukładał wałki tak, że w ogóle nie widać. Pewnie zakosił ze składu przy potoczku – poinformował mnie tata.

– Jak nie widać, to skąd tata wie, że ukradł? – wyrwało mi się pytanie.

– Wiem, bo każdy by tak zrobił. Nie muszę widzieć, żeby wiedzieć. To co, podesłałbyś jaką stówkę?

Miał na myśli sto dolarów, oczywiście. Na południe od Nowego Targu złotówki mają niski prestiż.

– No, tato, tyle nie będę miał…

– Masz tam, synu, różnych znajomych, to przecież jakoś skombinujesz. Piękne deski, suchutkie, szkoda żeby poszły do obcych. Uzgania się towaru pomalutku i robota pójdzie. Ja tu nie mam skąd wziąć, więc liczę na ciebie. No to trzymaj się – trzask odkładanej słuchawki skaleczył mi ucho. Spocony oparłem się o ścianę. Wiedziałem, że już nie zasnę. Dopadł mnie kac i czarne myśli. Czterdziestka zbliża się milowymi krokami, a ja tkwię sam jak palec w wynajętej (i nie zapłaconej) klicie. Telefon wyłączą lada dzień. Jestem bez grosza. Kobieta, którą kocham, szwenda się po Nowym Jorku z facetem, który wygląda jak Gary Cooper i co roku wydaje na podatki więcej forsy, niż ja zarobiłem w ciągu całego życia. A ja tu bez żadnej sensownej roboty! Bez pomysłu na życie! Po prostu pętak! A przecież jestem wykształcony! Znam trzy języki obce! Jestem przystojny! Silny! Energiczny! Umiem grać na skrzypcach i na gitarze! Napisałem słowa do piosenki, która przez cały rok była przebojem i genialny scenariusz (zrobiono potem z niego chałowy film). Byłem dziennikarzem, aktorem i Bóg wie czym jeszcze – i wszędzie wróżono mi wielką przyszłość. Całe pokolenia moich przodków – dumnych, wolnych i walecznych – siały popłoch wśród niemrawych mieszkańców Luptowa, Spiszą i Orawy. Moi przodkowie… Zimny dreszcz przeszedł mi po krzyżach. Tata! Jest teraz przekonany, że obiecałem mu sto dolarów i czeka na nie niecierpliwie. I już się oblizuje. Bo oczywiście, jak tylko dostanie pieniądze do ręki rozpęta bal, w którym wezmą udział wszyscy sąsiedzi, leśnicy, drwale i każdy, kto akurat będzie przechodził drogą. Cyganie będą rżnęli czardasze, pijani chłopcy na traktorach będą kursować do Szatana po wódkę, a tatuś będzie stawiać i chwalić się, jak to jego wykształcony syn, jego duma i oczko w głowie pamięta o swoim starym (STARYM!) ojcu i nie da mu zginąć. I tak będzie, dopóki pieniądze się nie skończą. Wtedy tata pohula jeszcze trochę na kredyt (syn zapłaci) i z wolna, pomalutku wyhamuje. Na miesiąc, dwa lub trzy. Potem zacznie przebąkiwać coś o kończeniu górki.

Poczułem się, jak niemrawy mieszkaniec Luptowa złupiony przez bezwzględnego zbójnika. Pomyślałem, że potrafię sobie poradzić ze wszystkim, ale to wszystkim na świecie, oprócz tatusia. No i oprócz Kingi. Bo prawdziwy ból głowy, to była Kinga. Wszystkie inne kłopoty występowały tylko jako problemy towarzyszące. Można powiedzieć – do kompletu.

Historia z Kingą zaczęła się jakieś pół roku temu. Wtedy doszedłem do wniosku, że nie jestem prawdziwym artystą i że trzeba swe życie oprzeć na jakichś solidnych podstawach. Porzuciłem marną posadę w zespole filmowym „Zoom”. Byłem tam czymś, co się nazywa „kierownik literacki”. Czytałem paranoiczne scenariusze młodych, ambitnych filmowców i poza tym nie robiłem nic, ale to nic. Za mizerne zresztą pieniądze. Zbrzydło mi to dość prędko i rozstałem się z „Zoomem”. Zamieściłem w gazecie ogłoszenie:

„Magister filologii nauczy angielskiego w ciągu sześciu miesięcy. Dla zaawansowanych konwersacja”.

Przygotowałem się na inwazję tępych bachorów i inżynierów chcących wyjechać na kontrakt do Syrii. Tymczasem, jedną z pierwszych dzwoniących osób, była Kinga. Już w czasie rozmowy telefonicznej poczułem dziwny dreszcz na plecach. Taki głos… Starałem się wyobrazić sobie osobę, która może mówić takim głosem. Stoczyłem ciężką walkę z własną wyobraźnią i po długich eliminacjach zostałem z dwiema tylko możliwościami. To musiała być albo niesamowita grubaska – grube kobiety mają czasem takie głosy, jak dobrze nastrojona harfa – albo anioł. Nie mogłem doczekać umówionej lekcji. Z roztargnieniem wciskałem dzieciakom do głów informacje, że „to jest kapelusz pana Browna” i że „czarny pies leży pod stołem”.

Nadszedł czwartek. O piątej po południu rozległ się dzwonek. Otwarłem. Anioł. Włosy jasne, puszyste. Nogi do samej szyi. Buzia… Nie wiem jak można ją opisać. Błysk w oku i trochę piegów. To była Kinga. W ułamku sekundy zdecydowałem, że spędzę z tą dziewczyną resztę życia. Zmuszę ją, żeby się we mnie zakochała. Oczaruję ją. Będę jej supermanem i ideałem.

I tu zaczęły się kłopoty. Kinga miała narzeczonego. Stąd właśnie pomysł, żeby nauczyć się angielskiego w sześć miesięcy. Bo ten narzeczony, to był Amerykanin. Przemysłowiec. Bogaty. Mądry. Kulturalny. Czarujący. Przyjechał do Warszawy wziąć udział w wystawie nowoczesnych technik łączności. Jego firma zajmowała się telefonami. Rzecz jasna – bezprzewodowymi. Dwudziesty pierwszy wiek. Spotkał gdzieś Kingę i miłość od pierwszego wejrzenia. Z obu stron. Walczyłem jak oszalały. Mówiłem trzema językami. Grałem na skrzypcach. Stosowałem niekonwencjonalne metody dydaktyczne. Parzyłem pyszną, aromatyczną kawę. Zaprzyjaźniliśmy się, owszem. Kinga, przy bliższym poznaniu, okazała się bystra, pełna czaru i poczucia humoru. Zawojowała mnie całkowicie. A najgorsze były listy. Amerykanin pisał do niej trzy razy w tygodniu. Kinga zjawiała się u mnie z listami i tłumaczyliśmy razem wszystkie te czułe słówka i wspaniałe plany na przyszłość. Pierwszy raz w życiu odkryłem w sobie utajonego masochistę. Zachłannie wgryzałem się w lukrowane obrazki przyszłej idylli. Jakiego koloru tapety będą jej odpowiadać? Wybrała białe, matowe, bez wzorów. On wkrótce przyjedzie. Wezmą ślub i zabierze ją do Ameryki. Tam czeka już domek (zdjęcie domku w załączeniu). Samochód (zdjęcie z profilu i en face). Ogród (cała paczka zdjęć). Po prostu dolce vita. Zdjęć Garego (tak się rzeczywiście wabił ten facet) też cała kupa. Nie powiem, kawał chłopa i naprawdę podobny do Garego Coopera. Fala nad czołem. Pierś wypięta dumnie. Oczko cwane. Patrząc w obiektyw starał się przybrać szczery, męski wyraz. Wstrętny typek. Chociaż może nie byłem bezstronny.

Kinga robiła zdumiewające postępy, a ja powoli traciłem nadzieję. Tak naprawdę, to duchem była już w Ameryce. Wszystko co działo się tutaj traktowała jak sprawy, które w najbliższej przyszłości staną się przeszłością. Niestety, mnie też. Amerykanin zjawił się we własnej osobie i pewnego dnia przyszedł po Kingę na lekcję.

To była już ostatnia lekcja. Byłem w pogrzebowym nastroju. Za to Kinga – cała w skowronkach. Wyglądała tego dnia wyjątkowo pięknie. Cały czas obracała na palcu nowiutki pierścionek z dużym rubinem. Moje serce pękało i umierało. Twarz, rzecz jasna, zachowałem pogodną. Ile wysiłku mnie to kosztowało, to już moja tajemnica. Nie podejmuję się tego opisać. O wpół do siódmej dzwonek do drzwi. Otwarłem. Gary wyszczerzył do mnie swoje białe, emaliowane zęby. Zupełnie, jakby mi ktoś walnął reflektorem po oczach. Następnie podjął próbę wyciśnięcia soku z mojej prawej dłoni. Tutaj przynajmniej się naciął. Facet może sobie mieć metr dziewięćdziesiąt i sto kilo wagi, ale ze mną ten numer jeszcze nikomu nie wyszedł. Miałem wrażenie, że jego uśmiech stał się co nieco kurczowy.

Pocałował Kingę w usta i poszli w świetlaną przyszłość. Na stole zostały pieniądze za lekcje. I tyle.

Zaprzestałem działalności dydaktycznej. Miałem przez moment szaleńczy pomysł, żeby pojechać do Stanów i skręcić kark temu palantowi. Żeby zrobić to podle, po cichutku i znienacka. A potem ożenić się z Kingą. Złożyłem nawet podanie o wizę amerykańską – oto do jakiego stopnia doszło moje szaleństwo. Wizy nie dali. Opamiętałem się trochę, ale czułem się parszywie. I chociaż z zasady nie używam alkoholu, postanowiłem solidnie i metodycznie przepić swoje zasoby finansowe. Pewien koleżka twierdził, że to mi dobrze zrobi. Mylił się, rzecz jasna, ale stwierdziłem to dopiero po kilku tygodniach. W dniu, w którym dopadł mnie kac gigant, wyrzuty sumienia i telefon od taty.

Siedziałem oparty o ścianę, w głowie wyła mi syrena strażacka, a ja ślubowałem sobie, że przenigdy nie wypiję już ani kieliszka. Moje szczere postanowienie zostało wynagrodzone natychmiast i w sposób zupełnie niespodziewany. Usłyszałem dzwonek. Byłem pewien, że to właściciel kawalerki przyszedł wyrzucić mnie na bruk. Po krótkim poszukiwaniu odnalazłem spodnie. Miałem je na sobie. Nogą wepchnąłem pod łóżko butelkę a popielniczkę schowałem pod poduszkę. Otwarłem drzwi. Stała w nich Kinga. Zbaraniałem. […]