„Głos Pana” Stanisław Lem – e-book

„Głos Pana” Stanisław Lem – e-book
2/100%/5

glos_pana_apple

Co niesie ze sobą tajemniczy sygnał z kosmosu, który uczeni ochrzcili mianem „Głosu Pana”? Czy przypadkiem odkryta neutrinowa transmisja jest dobroczynnym przesłaniem od naszych starszych braci w rozumie? Czy też raczej zawiera śmiertelnie niebezpieczny przepis na broń masowego rażenia? Próby rozwiązania tej zagadki, podejmowane przez najtęższe umysły epoki, stanowią równocześnie poszukiwanie granic ludzkiego poznania.

Głos Pana to autobiograficzna opowieść fikcyjnego amerykańskiego noblisty w dziedzinie matematyki, prof. Hogartha, który bierze udział w przedsięwzięciu rozszyfrowania tajemniczego sygnału płynącego do Ziemi z kosmosu. Jest to zarazem przegląd tęsknot i lęków przeżywanych przez człowieka u końca XX wieku.

Hogarth matematyczną teorią prawdopodobieństwa zajmuje się dlatego, że wizja świata rządzonego przez determinizm wydaje mu się potwornością: musiałby wtedy przyznać, iż wszelkie nieszczęścia spotykające człowieka na Ziemi były wpisaną w jego dzieje koniecznością, a nie przypadkowym błędem ewolucji. Czymże jest jednak sygnał z Kosmosu, przezwany przez ludzi wkrótce „Głosem Pana” (The Master’s Voice)? Czy produktem wyższej cywilizacji, która chce nam coś przekazać? Czy „genotypem kosmosu”? Czy ostatnim głosem ginącego wszechświata, który przedostał się w obręb naszego, młodszego kosmosu? Czy przesłaniem od diabła, ofiarowującego ludzkości nową, straszliwą broń, czy od istot chcących się nami opiekować, zsyłających więc nie tylko zabezpieczenie przed działaniem owej broni, ale też ogólnie sprzyjających życiu? Na wszystkie te rozwiązania mamy w tekście powieści pokrycie i może dlatego problematyka powieści i toczone w niej dyskusje brzmią tak pasjonująco.

W samej rzeczy uczeni zgromadzeni w pustynnej stacji, gdzie w wielkiej tajemnicy pracuje się nad sygnałem, stoją przed podobnym, jak sam Hogarth, dylematem natury moralnej: muszą rozstrzygnąć, czy świat, który przeniknięty jest przez działanie sygnału, jest – jak wprzódy – areną zdarzeń losowych, czy terenem, na którym losowość została ograniczona przez dobrze nam życzącą nieznaną cywilizację? Odpowiedź na to pytanie pada z ust Hogartha pod koniec powieści. Wybiera on drugie rozwiązanie, ale raczej jako wariant, którego by sobie życzył, niż jako opcję racjonalnie umotywowaną. Świat Głosu Pana pozostaje więc – jak i w innych powieściach tego autora – enigmą, a zadawane w nim pytania niczym nie różnią się od pytań filozoficznych, które my światu wciąż zadajemy, daremnie czekając na definitywną odpowiedź.

(Jerzy Jarzębski)


Informacja o książce

Stanisław Lem
„Głos Pana”
© Copyright by Barbara i Tomasz Lem, 2012
projekt okładki: Anna Maria Suchodolska
zdjęcie na okładce: © Czesław Czapliński/FOTONOVA
© Copyright for this edition: Pro Auctore Wojciech Zemek
ISBN 978-83-63471-11-8
Kraków
2012
Wszelkie prawa zastrzeżone


Spis treści

  • Nota wydawcy
  • Przedmowa
  • Rozdział I
  • Rozdział II
  • Rozdział III
  • Rozdział IV
  • Rozdział V
  • Rozdział VI
  • Rozdział VII
  • Rozdział VIII
  • Rozdział IX
  • Rozdział X
  • Rozdział XI
  • Rozdział XII
  • Rozdział XIII
  • Rozdział XIV
  • Rozdział XV
  • Rozdział XVI
  • Rozdział XVII

FRAGMENT

Nie mogę mieć pewności, że to, co piszę, nie jest podobne do czegoś, co już napisano. Oto ryzyko czasów, w których ludzkość eksplodowała. Jeśli postanowiłem przedstawić własne wspomnienia związane z pracą w Projekcie, to dlatego, że nie zadowoliło mnie nic z tego, co o nim przeczytałem. Nie obiecuję, że będę pisał „prawdę i tylko prawdę”. Gdyby nasze wysiłki zwieńczył sukces, byłoby to możliwe, a zarazem uczyniłoby to moje przedsięwzięcie zbędnym, gdyż owa prawda końcowa zaćmiłaby okoliczności jej zdobywania i stałaby się faktem materialnym, wbitym w środek cywilizacji. Klęska jednak odtrąciła niejako wszystkie owe wysiłki na powrót do ich źródła. Skoro nie rozumiemy zagadki, nie pozostaje nam właśnie nic oprócz owych okoliczności, które miały być tylko rusztowaniem, a nie budowlą, procesem przekładu, nie zaś treścią utworu. Jednakże to pierwsze okazało się wszystkim, z czym wróciliśmy z wyprawy po złote runo gwiazd. Już w tym miejscu rozchodzę się z tenorem wersji takich także, które nazywałem obiektywnymi, poczynając od Raportu Baloyne’a, ponieważ nawet słowo takie jak „klęska” w nich nie występuje. Czyż nie wyszliśmy z Projektu niezrównanie bogatsi, niżeśmy weń wchodzili? Nowe rozdziały fizyki koloidów, fizyki silnych oddziaływań, astronomii neutrinowej, nukleoniki, biologii, a przede wszystkim – nowa wiedza o Kosmosie stanowią wszak pierwsze odsetki od tego kapitału informacyjnego, który, zdaniem fachowców, obiecuje dalsze zyski.

Zapewne. Ale rozmaite bywają korzyści. Mrówki, które napotkały w swej wędrówce nieżywego filozofa, też na tym skorzystały. Jeśli przykład jest szokujący, o to mi właśnie chodziło. Piśmiennictwo, od swoich narodzin, miało jednego jakoby wroga, którym jest ograniczenie myśli wypowiadanej. Okazuje się jednak, że wolność słowa bywa dla myśli środkiem bardziej zabójczym; zakazane myśli mogą krążyć potajemnie, ale co zrobić tam, gdzie doniosły fakt ginie w powodzi falsyfikatów, a głos prawdy zagłuszony zostaje niesamowitą wrzawą i chociaż swobodnie się rozlega, nie może być dosłyszany, albowiem techniki informacyjne doprowadziły, jak dotąd, jedynie do sytuacji, w której najlepiej odbierać można tego, kto ryczy najgłośniej, choćby i najnieprawdziwiej?
Ja, który mam niejedno do powiedzenia o Projekcie, długo się wahałem, nim siadłem do biurka, bo zdaję sobie sprawę z tego, że powiększam i tak już wezbrany ocean papierów. Liczyłem na to, że ktoś bardziej biegły w słowie wykona za mnie tę pracę, aż po upływie lat uznałem, że nie mogę milczeć. Najpoważniejsze dzieła traktujące o Master’s Voice, wersje obiektywne, z kongresową na czele, przyznają, że nie dowiedzieliśmy się wszystkiego, lecz ilość miejsca poświęcona osiągnięciom, przy stronicowych wzmiankach o niepoznanym – sugeruje samymi proporcjami, jakobyśmy opanowali Labirynt, prócz kilku, pewno ślepych, może zasypanych korytarzy – a tymczasem myśmy do niego nawet nie weszli. Skazani do końca na domysł, odłamawszy z pieczętujących go zamknięć kilka okruchów, zachwycaliśmy się blaskiem, jakim, roztarte, pozłociły nam końce palców. O tym, co zamknięte, nie wiemy nic. A przecież jednym z pierwszych zadań uczonego jest nie określanie rozmiarów zdobytej wiedzy, bo ta sama siebie tłumaczy, lecz rozmiarów ignorancji, która jest tej wiedzy niewidzialnym Atlasem.

Nie mam złudzeń. Obawiam się, że nie zostanę usłyszany, ponieważ nie istnieją już autorytety uniwersalne. Rozpad czy też rozkład specjalistyczny posunął się dostatecznie daleko, aby odpowiedni fachowcy odmawiali mi kompetencji, ilekroć wkroczę na ich tereny. Już dawno powiedziano, że specjalista to barbarzyńca, którego ignorancja nie jest wszechstronna. Moje pesymistyczne horoskopy opierają się na osobistym doświadczeniu.

Dziewiętnaście lat temu opublikowałem wspólnie z młodym antropologiem, Maxem Thornopem (zginął tragicznie w wypadku samochodowym), pracę, w której udowodniłem, że istnieje próg komplikacji dla automatów skończonych, sterowanych algedonicznie, do jakich należą wszystkie zwierzęta wraz z człowiekiem. Sterowanie algedoniczne oznacza oscylację pomiędzy karą i nagrodą jako bólem i rozkoszą.
Dowód mój wyjawia, że jeśli liczba elementów ośrodka regulacyjnego (mózgu) przekracza na najwyższym poziomie cztery miliardy, zbiór takich automatów wykazuje rozrzut między przeciwczłonami sterowania. W każdym takim automacie może brać górę jeden z biegunów kontroli, albo, mówiąc to samo językiem bardziej obiegowym, sadyzm i masochizm nie są do uniknięcia i powstanie ich w procesie antropogenezy było nieuchronne. Ewolucja „poszła” na takie rozwiązanie, ponieważ operuje ona rachubą statystyczną: liczy się dla niej przetrwanie gatunku, a nie wadliwe stany, przypadłości, cierpienia – poszczególnych indywiduów. Jest ona jako konstruktor oportunistą, a nie perfekcjonistą.

Udało mi się wykazać, że w każdej ludzkiej populacji, przy panmiksyjnym założeniu, najwyżej 10% osobników może wykazywać dobre zrównoważenie sterowania algedonicznego, natomiast reszta musi się od idealnej normy odchylać. Jakkolwiek już wtedy zaliczałem się do czołówki matematycznej świata, wpływ tego dowodu na środowiska antropologów, etnologów, biologów i filozofów równał się zeru. Długo nie umiałem tego pojąć. Moja praca nie była hipotezą, lecz formalnym, więc nieodpartym dowodem wyjawiającym, że za cechy człowieka, nad którymi legion myślicieli głowy sobie łamał przez wieki, odpowiada czysty proces fluktuacji statystycznej, którego obejść – przy konstruowaniu automatów bądź organizmów – nie można.

Rozszerzyłem później ten dowód tak, że objął również zjawiska powstawania etyki w grupie społecznej, przy czym oprzeć się mogłem na wspaniałym materiale przygotowanym przez Thornopa. Jednakże i ta praca została zignorowana. Po latach, mając za sobą niezliczone dyskusje ze specjalistami, którzy zajmują się człowiekiem, doszedłem do wniosku, że odkrycie moje nie znalazło uznania dlatego, ponieważ  t a k i e g o  nikt z nich sobie nie życzył. Styl myślenia, jaki reprezentowałem, był w owych środowiskach czymś degustującym, ponieważ nie dawał pola retorycznej kontrargumentacji.

Było to z mojej strony nietaktowne – dowodzić czegoś na temat człowieka matematycznym sposobem! W najlepszym razie moje przedsięwzięcie nazywano „interesującym”. W istocie nikt tam nie był gotów przystać na to, że czcigodna Tajemnica Człowieka, niewytłumaczalne cechy jego natury wynikają z ogólnej teorii regulacji. Naturalnie sprzeciwu tego nie wyrażano w taki jawny sposób. Niemniej wzięto mi ten dowód za złe. Zachowałem się jak słoń w składzie porcelany, albowiem to, czego nie mogła dojść antropologia z etnografią w badaniach terenowych, ani najbardziej otchłanna refleksja filozoficzna jako medytacja nad „ludzką naturą”, to, co nie dało się sformułować problemowo w neurofizjologii, tak samo jak w etologii, co stanowiło urodzajne rezerwaty wiecznie płodnych metafizyk, razem z psychologią głębinową, psychoanalizą klasyczną, lingwistyczną i Bóg raczy wiedzieć, jakimi jeszcze pracami ezoterycznymi – spróbowałem rozciąć niby węzeł gordyjski moim dowodem liczącym sobie dziewięć stron druku.

Oni przyzwyczaili się już do swego wysokiego stanu Strażników Tajemnicy, nazywanej Transmisją Archetypów, Instynktem Życia i Śmierci, Wolą Samozagłady, Popędem Nicości, a ja, przekreślając takie święte ryty jakimiś grupami przekształceń i teorematami ergodycznymi, twierdziłem, że posiadam rozwiązanie problemu! Żywiono więc do mnie skrzętnie tajoną niechęć, oburzenie, jako do brutalnego profana, który dopuścił się zamachu na zagadkę, usiłując zaczopować jej wiecznie żywe źródła, zamknąć usta z lubością stawiające nieskończone szeregi pytań, więc ponieważ dowodu nie dało się obalić, zignorowanie go okazało się koniecznością.

Słów tych nie wywołała dotknięta miłość własna. Prace, za które wywindowano mnie na piedestał, znajdują się w innych dziedzinach – czystej matematyki. Doświadczenie owo było jednak wielce pouczające. Nie doceniamy zazwyczaj bezwładności stylów myślenia w oddzielnych gałęziach nauki. Jest to zresztą zrozumiałe psychologicznie. Opór, jaki stawiamy ujęciu statystycznemu w fizyce atomowej, daje się przełamać daleko łatwiej aniżeli w antropologii. Klarownie zbudowaną teorię statystyczną jądra atomowego chętnie aprobujemy, jeśli tylko potwierdza ją doświadczenie. Zaznajomiwszy się z taką teorią, nie pytamy potem: „Dobrze, ale jak atomy zachowują się  n a p r a w d ę?” – ponieważ rozumiemy bezsensowność takiego pytania. Lecz rewelacjom podobnym na terenie antropologii przeciwstawiamy się do upadłego.

Od czterdziestu lat wiadomo, że różnica pomiędzy szlachetnym, prawym człowiekiem a zwyrodnialcem maniakalnym sprowadzać się może do przebiegu kilku pęczków białej substancji mózgu i że ruch lancetu, który w okolicy nadoczodołowej mózgu uszkodzi te pęczki, może obrócić wspaniałego ducha w obleśną kreaturę. Lecz jak ogromny odłam antropologii – nie mówiąc nawet o filozofii człowieka – nie przyjmuje tego stanu rzeczy do wiadomości! Nie stanowię tu zresztą wyjątku; uczeni czy laicy, godzimy się w końcu z tym, że nasze ciała psują się z wiekiem, lecz duch?! Życzylibyśmy go sobie widzieć niepodobnym do jakiegokolwiek mechanizmu podległego defektom. Łakniemy doskonałości – nawet opatrzonej znakiem ujemnym, nawet haniebnej i grzesznej, byle tylko wyratowała nas przed gorszą od szatańskiej eksplikacją, że chodzi o pewną grę sił idealnie wobec człowieka obojętnych. A ponieważ myśl nasza porusza się w kole, z którego wyskoczyć niepodobna, przyznaję, że tkwi pewna racja w słowach jednego z naszych znakomitych antropologów; powiedział mi – i dobrze to zapamiętałem: „Satysfakcja, z jaką obnosisz się ze swoim dowodem na loteryjność ludzkiej natury, nie jest czysta; nie jest to tylko radość poznania, ale uciecha szkalowania tego, co drugiemu piękne i miłe”.

Ilekroć wspomnę tę moją zapoznaną pracę, nie mogę oprzeć się niewesołej refleksji, że takich prac musi być na świecie więcej. Złoża potencjalnych odkryć tkwią zapewne w różnych bibliotekach, lecz nie zostały dostrzeżone przez ludzi kompetentnych.
Przywykliśmy do klarownej sytuacji, w której to, co ciemne i nieznane, rozpościera się przed jednolitym frontem nauki, a to, co zdobyte i zrozumiałe, stanowi jej zaplecze. Lecz w gruncie rzeczy wszystko jedno, czy nieznane tkwi w łonie Natury, czy też zaryte jest w szpargałach nieczytanych przez nikogo księgozbiorów, bo treści, które nie weszły do krwiobiegu nauki i nie krążą w nim zapładniająco, praktycznie nie istnieją dla nas. Chłonność nauki każdego czasu historycznego na radykalnie odmienne ujmowanie zjawisk jest w rzeczywistości niewielka. Obłęd i samobójstwo jednego z twórców termodynamiki są tego tylko drobnym przykładem.

Kultura nasza w jej przodującej pono części naukowej jest tworem wąskim, widzeniem zawężonym każdorazowo sztywniejącą historycznie konstelacją mnóstwa czynników, wśród których zbiegi okoliczności, uznawane za niewzruszone wytyczne metodologii, mogą grać pierwszorzędną rolę. Nie piszę tego wszystkiego od rzeczy.

Jeśli kultura nasza nie umie asymilować sprawnie nawet ujęć powstających w głowach ludzkich, gdy wynikają poza jej centralnym nurtem, choć twórcy tych ujęć są przecież dziećmi tego samego czasu, co inni ludzie, jakże moglibyśmy liczyć na to, że będziemy zdolni skutecznie zrozumieć kulturę odmienną całkowicie od naszej, jeśli się ona zwróci do nas poprzez kosmiczny przestwór? Porównanie do armii stworzonek, co skorzystały wielce, natknąwszy się na zmarłego filozofa, wydaje mi się tu ciągle trafne. Dopóki do zetknięcia takiego nie doszło, mógł sąd mój uchodzić za pewną skrajność, za wyraz poglądów dziwacznych. Lecz spotkanie nastąpiło, a klęska, jaką ponieśliśmy w nim, stanowiła istne experimentum crucis, dowód naszej bezradności, i oto wynik tego dowodu został zignorowany! Mit o naszym poznawczym uniwersalizmie, o naszej gotowości odebrania i zrozumienia informacji całkowicie, przez jej pozaziemskość, nowej – trwa niezwzruszony, chociaż otrzymawszy posłanie z gwiazd, zrobiliśmy z nim nie więcej, niżby zrobił dzikus, który ogrzawszy się u płomienia podpalonych dzieł najmędrszych, uważa, że doskonale owo znalezisko wykorzystał!

Tak więc spisanie historii naszych usiłowań   d a r e m n y c h  może być pożyteczne – choćby dla przyszłego, późnego badacza Pierwszego Kontaktu. Relacje bowiem ogłoszone, owe protokoły oficjalne, koncentrują się na tak zwanych sukcesach, czyli na owym miłym cieple, jakie bucha od płonących rękopisów. O hipotezach, jakie kolejno wypróbowaliśmy, nie mówi się tam prawie nic. Postępowanie takie byłoby – wspominałem o tym – dozwolone, gdyby badane oddzieliło się w końcu od badaczy. Studiujących fizykę nie zasypuje się informacjami o tym, jakie to hipotezy mylne, niedokładne, jakie domniemania fałszywe wysuwali jej twórcy, jak długo błąkał się Pauli, zanim sformułował we właściwy sposób swoją zasadę, ile chybionych koncepcji wypróbował Dirac przed szczęśliwym pomysłem owych swoich „dziurek” elektronowych. Lecz historia Projektu Master’s Voice jest dziejami klęski, to znaczy błądzenia, po którym nie nastąpiło wyprostowanie drogi, więc nie wolno przekreślać unieważniająco owych zygzaków naszego pochodu, ponieważ oprócz nich nie pozostało nam nic.
Od wydarzeń tych upłynęło sporo czasu. Długo czekałem na książkę taką jak ta właśnie. Dłużej czekać – z przyczyn czysto biologicznych – nie mogę. Dysponowałem pewną ilością notatek spisanych tuż po zamknięciu Projektu. To, czemu nie pisałem ich w trakcie prac, wyjaśni się później. Jedno chciałbym powiedzieć wyraźnie. Nie mam zamiaru wynoszenia się ponad moich towarzyszy. Stanęliśmy u podnóża olbrzymiego znaleziska tak nieprzygotowani, a zarazem tak pewni siebie, jak to tylko być może. Obleźliśmy je natychmiast ze wszystkich stron, bystro, łapczywie i zręcznie, z tradycyjną wprawą, jak mrówki. Byłem jedną z nich. To jest historia mrówki.