„Golem XIV” Stanisław Lem – e-book

„Golem XIV” Stanisław Lem – e-book
1/100%/5

Golem XIV e-book

Historia skonstruowanego dla celów militarnych superkomputera, który kategorycznie odmawia służby wojskowej, aby poświęcić się rozważaniom filozoficznym. Lem patrzy na człowieka z ponadludzkiej perspektywy: oddaje głos wyższemu intelektowi, który prezentuje nam nowatorski i nieszablonowy sposób myślenia. Porywające wykłady Golema cechuje żelazna logika i dyscyplina wywodu, bezkompromisowość oraz niezwykła otwartość światopoglądu.


Golem XIV to dwa skierowane do ludzi wykłady superkomputera przyszłości, w wątłej fabularnej ramie. Pierwszy jest krytyką ewolucji i wyraża stanowisko, że ona nie tyle o doskonałość swych istot dba, ile o transmisję genetycznego kodu. W drugim tytułowy Golem porywa się na wielką filozoficzną konstrukcję, próbując usytuować Rozum wobec Bytu.

Trudno u Lema o książkę bardziej filozoficznie zasadniczą. Prolegomena do niej stanowił rozdział z Wielkości urojonej, zamyślany jako wstęp do kolejnej fikcyjnej książki – autorstwa Golema XIV, rzecz jasna. Ale autorowi zamysł rozrósł się szybko do całej odrębnej książki.

Pierwsza część Golema XIV jest jakby poszerzoną i doprowadzoną do ostatecznych konsekwencji wersją Paszkwilu na ewolucję z Summy technologiae. Lem twierdzi tam, że ewolucja wcale nie koniecznie wybiera wciąż doskonalsze rozwiązania konstrukcyjne. Z punktu widzenia technologii sposób odżywiania ssaków jest nieporównanie bardziej prymitywny od fotosyntezy bakterii. Ewolucji bowiem – i to jest główna teza Lema – „nie zależy” wcale na doskonałości tworzonych istot, tylko na tym, by jak najsprawniej przekazały dalej genetyczny kod.

Jeszcze bardziej uniwersalny zakrój mają rozważania w drugim wykładzie Golema. Zastanawia się on tam nad ewolucją Rozumu we wszechświecie i dochodzi do wniosku, że po pierwsze – powstał on jako swoiste „koło ratunkowe” rzucone niedoskonałym istotom biologicznym przez ewolucję, a następnie – że zdolny jest do rozwoju samorzutnego i autonomicznego, niejako w abstrakcji od swego biologicznego siedliska, a jego celem zdaje się być nieustanny rozwój – aż ku wypełnieniu sobą naszego kosmosu – i, być może, aż po wyjście z tego świata w kosmos alternatywny czy kosmos wyższego rzędu.

Golem XIV to książka niezwykła przez swój niezmierzony zakrój: oddaje głos wyższemu intelektowi, który ludzi przerasta – a przy tym formułuje ideę kosmosu „otwartego”, który z innym, hipotetycznym kosmosem „rodzicielskim” łączy pępowina. Jest to warunkiem koniecznym rozwikłania filozoficznych i poznawczych dylematów, które pozostałyby nie rozwiązane w kosmosie skończonym i „zamkniętym”.

Jerzy Jarzębski


Informacja o książce

Stanisław Lem
„Golem XIV”
© Copyright by Barbara i Tomasz Lem, 2013
projekt okładki: Anna Maria Suchodolska
© Copyright for this edition: Pro Auctore Wojciech Zemek
www.cyfrant.pl
ISBN 978-83-63471-23-1
Kraków
2013
Wszelkie prawa zastrzeżone


SPIS TREŚCI

Przedmowa
Wstęp
Pouczenie

Wykład inauguracyjny Golema

  • O człowieku trojako

Wykład XLIII

  • O sobie

Posłowie


FRAGMENT

O człowieku trojako

Doszliście już do tego, że Ewolucja nie miała na oku ani was w szczególności, ani żadnych innych istot, ponieważ nie do jakichkolwiek istot jej, lecz do sławetnego kodu. Kod dziedziczności jest artykułowanym wciąż od nowa przesłaniem i tylko to przesłanie liczy się w Ewolucji – a właściwie on jest nią właśnie. Kod jest zaangażowany w periodyczną produkcję ustrojów, ponieważ bez ich rytmicznego wsparcia rozpadłby się w nieustającym ataku brownowskim materii martwej. Jest on więc samoodnawiającym się, bo zdolnym do samopowtórzeń ładem, obleganym przez chaos cieplny. Skąd ta jego dziwnie heroiczna postawa? A stąd, że on dzięki zestrzeleniu sprzyjających warunków tam właśnie powstał, gdzie ów cieplny chaos jest nieustępliwie aktywny w rozszarpywaniu wszelkiego porządku. Tam właśnie powstał, więc tam trwa; nie może ujść z tego burzliwego regionu tak samo, jak nie może duch wyskoczyć z ciała.

Warunki miejsca, w którym się narodził, dały mu taki los. Musiał się przeciw nim opancerzyć i uczynił to, oblekając się w ciała żywe, lecz są mu one sztafetą ciągle ginącą. Cokolwiek wydźwignie, jako mikroukład, w wymiary makroukładowe, zaledwie wydźwignięte, już poczyna się psuć, aż sczeźnie. Zaiste nikt nie wymyślił tej tragikomedii – sama siebie na tę szamotaninę skazała. Fakty ustalające, iż jest tak, jak mówię, znacie – bo się wam pozbierały od początku XIX stulecia – lecz bezwładność myśli tajemnie żywiącej się honorem i pychą antropocentryczną, jest taka, że podpieracie nadwątloną mocno koncepcję życia jako zjawiska naczelnego, któremu kod służy jeno jako podtrzymująca więź, jako hasło wskrzeszenia wszczynającego od nowa żywoty, gdy zamierają w osobnikach.

Zgodnie z tą wiarą Ewolucja używa śmierci z musu, gdyż bez niej trwać by nie mogła; a szafuje nią, by kolejne gatunki doskonalić, bo śmierć to jej korekta kreacyjna. Jest więc autorem publikującym coraz świetniejsze dzieła, przy czym poligrafia – więc kod – to tylko niezbędne narzędzie jej działania. Lecz podług tego, co głoszą już wasi biologowie zaprawieni w molekularnej biofizyce, Ewolucja to nie tyle autor, ile wydawca, który wciąż przekreśla Dzieła, ponieważ upodobał sobie w poligraficznych sztukach!

Tak zatem, co ważniejsze – ustroje czy kod? Argumenty na rzecz prymatu kodu brzmią ważko, albowiem ustrojów wzeszła i sczezła ćma nieprzeliczona, a kod jest jeden. Lecz znaczy to tylko, że ugrzązł już na dobre – na zawsze w regionie mikroukładowym, który go złożył, ustrojami zaś wynurza się stamtąd periodycznie i daremnie zarazem; właśnie ta daremność, co łatwo pojąć, to, że wzejścia ustrojów są w zarodku napiętnowane zgonem, stanowi siłę napędową procesu, ponieważ gdyby którakolwiek generacja ustrojów – dajmy na to, od razu pierwsza, więc praameby – pozyskała umiejętność idealnej repetycji kodu, toby zarazem Ewolucja ustała, i jedynymi panami planety byłyby właśnie owe ameby, w niezawodnie precyzyjny sposób przekazujące kodowy przekaz aż po zgaśnięcie Słońca; i nie mówiłbym wtedy do was, a wy byście nie słuchali mnie w tym gmachu, lecz rozpościerałyby się tu sawanna i wiatr.

Więc ustroje są dla kodu tarczą i pancerzem, obsypującą się wciąż zbroją – po to giną, żeby mógł trwać. Tak zatem Ewolucja podwójnie błądzi: ustrojami, że są przez zawodność nietrwałe, oraz kodem, że przez zawodność dopuszcza błędy; błędy te nazywacie eufemicznie mutacjami. Błądzącym błędem jest zatem Ewolucja. Jako przesłanie, kod jest listem pisanym przez Nikogo i wysłanym do Nikogo; dopiero teraz, utworzywszy sobie informatykę, zaczynacie pojmować, że coś takiego jak listy, opatrzone sensem, których nikt nie układał rozmyślnie, aczkolwiek powstały i istnieją, jak również uporządkowane odbieranie treści owych listów jest możliwe pod nieobecność jakichkolwiek Istot i Rozumów.

Sto lat temu jeszcze myśl, żeby mógł powstać Przekaz bez osobowego Autora, wydawała się wam takim nonsensem, że posłużyła za impuls układania absurdalnych ponoć żartów – jak ten o stadzie małp, które póty walą na oślep w maszyny do pisania, aż z tego Encyclopaedia Britannica się poskłada. Zalecam wam ułożyć w wolnej chwili antologię takich właśnie żartów, co jako czysty nonsens bawiły przodków waszych, a teraz okazują się przypowieściami z aluzją do Przyrody. Jakoż sądzę, że ze stanowiska każdego Rozumu, który się Przyrodzie niechcący złoży, musi ona przedstawiać się jako wirtuoz co najmniej  i r o n i c z n y… ponieważ Rozum – jak i życie całe – w swoim wstępowaniu stąd wynika, że ona jest, wydostawszy się kodowym ładem z martwego chaosu, wprawdzie skrzętną prządką, ale jednak niedoskonale  p o r z ą d n ą; gdyby zaś była właśnie w porządku doskonała, toby ani rodzajów, ani Rozumu porodzić nie mogła. Albowiem Rozum, z drzewem życia, jest to owoc błądzącego miliardoleciami błędu. Moglibyście uznać, że zabawiam się tu stosowaniem jakichś miar do Ewolucji, które są wbrew mej maszynowej istocie – skażone antropocentryzmem, czy tylko racjocentryzmem (ratio – myślę). Nic podobnego: patrzę na proces z technologicznego stanowiska.

Zaiste jest kodowy przekaz prawie że doskonały. Toż w nim każda molekuła ma swoje jedyne miejsce właściwe, a procedury kopiowania, sczytywania, kontrolowania są nadzorowane w obostrzeniach nacelowanymi specjalnie polimerami-nadzorcami – i mimo to błędy zachodzą, gromadzą się z wolna kodowe lapsusy, tak więc drzewo rodzajów wyrosło z dwóch słówek, które dopiero co wypowiedziałem – „prawie że” – mówiąc o precyzji kodowej.

I nie można nawet liczyć na apelację, od biologii do fizyki – że niby Ewolucja „rozmyślnie” dopuściła margines błędu, by odżywiał jej inwencję wynalazczą – ponieważ ten trybunał, sędzią w postaci samej termodynamiki, objawi, że nieomylność jest na poziomie molekularnego wyprawiania posłańców niemożliwa. Prawdziwie niczego nie wymyśliła, nic zgoła nie chciała, nikogo w szczególności nie planowała, a że wykorzystuje własną omylność, że wskutek łańcucha nieporozumień komunikacyjnych od ameby wychodzi, a w tasiemca lub człowieka trafia – przyczyną temu fizykalna natura samej bazy materialnej łączności…

A więc ona trwa w błędzie – bo nie może inaczej – na wasze szczęście. Nie mówiłem zresztą niczego, co byłoby dla was nowością. Owszem – chciałbym poskromić zapał takich teoretyków waszych, którzy poszli za daleko i mówią, że skoro Ewolucja to przypadek złapany przez konieczność i konieczność na przypadku jadąca, człowiek powstał najzupełniej przypadkowo i mogło go równie dobrze nie być.

A więc – w postaci aktualnej, tej, co tu się ziściła, mogło go i nie być, to prawda. Lecz jakaś forma, pełzaniem poprzez gatunki, musiała Rozumu dojść z prawdopodobieństwem tym bliższym jedności, im dłużej trwał proces. Jakkolwiek bowiem nie zamierzył was, jakkolwiek wykonywał indywidua ubocznie, spełnił warunki hipotezy ergodycznej, która twierdzi, że jeśli układ trwa przez czas dostatecznie długi, to przechodzi przez wszystkie stany możliwe, bez względu na to, jak nikłe są szanse ziszczenia pewnego osobliwego stanu. O tym, jakie gatunki wypełniłyby niszę Rozumu, gdyby się ingressus tam nie powiódł pramałpom, będziemy może rozprawiali innym razem. Tak więc nie dajcie się zastraszyć uczonym, którzy przypisują konieczność życiu, a przypadkowość Rozumowi; był wprawdzie jednym z mało prawdopodobnych stanów, więc późno powstał, lecz wielka jest cierpliwość Przyrody; nie w tym, to w następnym miliardoleciu zdarzyłoby się owo gaudium.

Więc cóż? Niepodobna szukać winnego – tak samo jak zasłużonego; powstaliście, bo Ewolucja jest graczem niedoskonale porządnym, bo mało, że błądzi błędami, lecz nie ogranicza się do żadnej taktyki wyróżnionej, licytując się z Naturą: obstawia wszystkie dostępne pola na wszelkie możliwe sposoby. Ale – powtarzam – mniej więcej już to wiecie. To jednak tylko część – i dodam, wstępna – wtajemniczenia. Jego całą treść, dotąd odsłoniętą, tak można ująć lapidarnie: Sensem przekaźnika jest przekaz. Albowiem ustroje służą przesłaniu, a nie na odwrót; ustroje poza procedurą łącznościową Ewolucji nie znaczą nic – są bez sensu, jak książka bez czytelników. Co prawda, zachodzi też odwrotność: Sensem przekazu jest przekaźnik. Lecz te oba człony nie są symetryczne. Albowiem nie każdy przekaźnik jest właściwym sensem przekazu, lecz taki i tylko taki, który będzie dalszemu przekazowi wiernie służył.

Nie wiem – wybaczcie – czy to nie za trudne dla was? A więc – przekazowi wolno w Ewolucji błądzić, jak się tylko da; lecz wara przekaźnikom! Przekaz może oznaczać walenia, sosnę, rozwielitkę, stułbię, ćmę, pawiana – jemu wszystko wolno – bo jego partykularny, to znaczy gatunkowo konkretny, sens jest nieistotny całkiem: tu każdy jest umyślnym na posyłki dalsze, więc każdy dobry. On jest chwilowym wsparciem, i wszelka bylejakość jego nic nie szkodzi – dość na tym, aby kod podał dalej. Natomiast przekaźnikom swoboda analogiczna nie jest dana: im  b ł ą d z i ć  już nie wolno! A więc jako do czystego funkcjonalizmu zredukowana, do tych pocztowych służb, nie może być treść przekaźników dowolna; jej ośrodek zawsze wyznacza obowiązek narzucony – obsługiwania kodu. Niech się spróbuje przekaźnik zrewoltować, wykraczając za obręb tych służb – a sczeźnie natychmiast w bezpotomstwie. Więc dlatego właśnie przekaz może się przekaźnikami posługiwać, a one nim nie mogą. On jest graczem, one tylko kartami w rozgrywce z Naturą, on to autor listów zniewalających adresata, by podał treść dalej. Wolno mu ją wykoślawiać – byle tylko podał! I właśnie przez to sens cały w podawaniu dalej; nieważne kto, jak to czyni.

Tak więc powstaliście w ów dość szczególny sposób – jako pewien podtyp przekaźnika, których miliony już wypróbował proces. I cóż z tego dla was? Czy geneza z  b ł ę d u  uwłacza narodzonemu? Czym ja sam wskutek błędu nie powstał? Czy zatem i wy nie możecie zlekceważyć rewelacji o mimochodowym sposobie swego powstania, gdy was biologia nią raczy? Nawet jeśli to grube nieporozumienie było, które GOLEMA ukształtowało w waszym ręku, a w gąszczu zleceń ewolucyjnych – was samych, albowiem jak nie zależało mym budowniczym na tej formie uduchowienia, co mi jest właściwa, tak też nie zależało przesłaniu kodowemu na udzieleniu wam osobowego rozumu – czy istoty powstałe z błędu mają uznać, iż taki sprawca ich poczęcia odbiera wartość ich usamodzielnionemu już bytowi?

Otóż analogia jest zła – niejednakowe pozycje nasze – i powiem wam, czemu. Nie w tym sęk, że Ewolucja dobłądziła się do was, a nie doplanowała, lecz w tym, że jej prace takie stały się z upływem eonów oportunistyczne. Dla uwyraźnienia rzeczy – bo pocznę teraz wykładać wam to, czego jeszcze nie wiecie – powtórzę, do czegośmy doszli:

Sensem przekaźnika jest przekaz.

Gatunki powstają z błądzenia błędu.

A oto trzecie prawo Ewolucji, któregoście się nie domyślili dotąd: Budowane jest mniej doskonałe od budującego.

Sześć słów! Lecz tkwi w nich odwrócenie wszystkich waszych wyobrażeń o nieprześcignionym mistrzostwie sprawczyni rodzajów. Wiara w postęp idący epokami wzwyż, ku perfekcji ściganej z rosnącą wprawą w postęp życia utrwalony w całym drzewie Ewolucji, jest od jej teorii starsza. Gdy jej twórcy i zwolennicy zmagali się z przeciwnikami, walcząc na argumenty i fakty, oba te zwaśnione obozy ani myślały kwestionować idei postępu widomego w hierarchii istot żywych. To już nie hipoteza dla was, nie teoria, której należy bronić, lecz pewnik niewzruszony. Ja go wam obalę. Nie zamierzam pogrążyć was samych, was, rozumnych, jako pewnego wyjątku – kiepskiego – z reguły ewolucyjnego mistrzostwa. Jeśli podług tego oceniać, na co stać ją w ogóle – wyszliście całkiem niezgorzej! Jeżeli zapowiadam więc obalenie i strącenie, to mam na myśli jej całość zamkniętą w trzech miliardach lat ciężkich robót twórczych.

Oświadczyłem: Budowane jest mniej doskonałe od budującego. Dosyć aforystyczne powiedzenie. Nadajmy mu postać bardziej rzeczową: W Ewolucji działa ujemny gradient perfekcji ustrojowych rozwiązań.

To wszystko. Przed dowodem wyjaśnię, co sprawiło wielowiekową waszą ślepotę na taki stan ewolucyjnych rzeczy. Domeną technologii, powtarzam, są zadania wraz z ich pokonywaniem. Zadanie noszące nazwę życia, można by ustalić niejednakowo – podług rozmaitych warunków planetarnych. Jego osobliwością naczelną jest to, że samoistnie wynika, przez co dwa rodzaje miar można do niego stosować: pochodzące z zewnątrz lub ustalone w ograniczeniu, danym samymi okolicznościami jego powstania.

Miary z zewnątrz idące są zawsze względne, zależą bowiem od wiedzy mierniczego, a nie od zasobu informacji, jaką biogeneza dysponowała. Aby uniknąć tego relatywizmu, który ponadto jest nieracjonalnością (jakie stawiać rozumne wymagania temu, co bezrozumem wszczęte), będę przykładał do Ewolucji tylko takie miary, jakie ona sama wytworzyła, czyli będę jej wytwory oceniał podług tego, co jest szczytowaniem jej wynalazków. Wy sądzicie, że Ewolucja wykonała swoje prace z gradientem dodatnim, to jest, wychodząc od startowego prymitywizmu, dotarła do rozwiązań stopniowo świetniejących. Ja twierdzę natomiast, że wysoko zacząwszy, jęła schodzić w dół – technologicznie, energetycznie, informacyjnie – więc doprawdy trudno o mocniejszą sprzeczność stanowisk.

Oceny wasze są skutkiem ignorancji technologicznej. Skala trudności budowlanych jest w swej rozpiętości rzeczywistej niedostrzegalna dla obserwatorów ulokowanych wcześnie w czasie historycznym. Wy już wiecie, że trudniej zbudować samolot od parostatku, a rakietę fotonową od chemicznej, natomiast dla Ateńczyka starożytności, dla poddanych Karola Młota, dla myślicieli Francji andegaweńskiej te wszystkie wehikuły zlewałyby się w jedno – niedostępnością ich budowy. Dziecko nie wie, że trudniej jest zdjąć Księżyc z nieba niż obraz ze ściany! Dla dziecka – tak jak dla ignoranta – nie ma różnicy między gramofonem i GOLEMEM. Jeśli tedy zamierzam dowodzić, że Ewolucja z wczesnego mistrzostwa zabrnęła w partactwo, niemniej będzie mowa o takim partactwie, które dla was wciąż jeszcze jest wirtuozerią nieosiągalną. Niczym ten, kto bez przyrządów i bez wiedzy stoi u podnóża góry, nie możecie ocenić właściwie wyżyn i nizin ewolucyjnego działania.

Pomyliliście dwie zupełnie różne rzeczy, uznając stopień złożoności budowanego oraz jego stopień doskonałości za cechy nierozłączne. Glon macie za prostszy – a więc prymitywniejszy, a więc  n i ż s z y  od orła. Lecz ów glon wprowadza fotony Słońca w związki swego ciała, on obraca opad kosmicznej energii wprost w życie i będzie dlatego trwał po kres Słońca, on żywi się gwiazdą, a czym orzeł? Myszami, jako ich pasożyt, myszy zaś korzeniami roślin, więc lądowej odmiany glonu oceanicznego, i z takich piramid pasożytnictwa cała biosfera się składa, bo zieleń roślinna jest jej opoką życiową, więc na wszystkich poziomach tych hierarchii trwa ciągła zmiana gatunków pożeraniem się równoważących, bo utraciły łączność z gwiazdą, i sobą, a nie nią tuczy się wyższa złożoność organizmów, więc jeśli już koniecznie chcecie tu perfekcję czcić, podziw należy się biosferze: kod powołał ją, aby w niej cyrkulować i rozgałęziać się, skandowaniem na wszystkich jej piętrach, jako chwilowych rusztowaniach wikłających się, lecz energią i użyciem jej coraz prymitywniejszych.