„Kongres futurologiczny” Stanisław Lem – e-book

„Kongres futurologiczny” Stanisław Lem – e-book
2/100%/5

kongres_apple-1W jednej ze swych najbardziej karkołomnych wypraw Ijon Tichy przedziera się przez kolejne warstwy halucynacji w poszukiwaniu rzeczywistości. Futurystyczna wizja przeludnionej Ziemi jest pesymistyczna i zarazem niewymownie zabawna.

„Kongres futurologiczny” bywa często wskazywany jako pierwowzór Matrixa braci Wachowskich. W 2013 na ekrany kin wejdzie hollywoodzka ekranizacja „Kongresu” w reżyserii Ariego Folmana (Walc z Baszirem). W filmie zagrają między innymi Harvey Keitel i Robin Wright.


Informacja o książce

Stanisław Lem
„Kongres futurologiczny”
ze wspomnień Ijona Tichego
© Copyright by Barbara i Tomasz Lem, 2012
projekt okładki: Anna Maria Suchodolska
zdjęcie na okładce: © Czesław Czapliński/FOTONOVA
© Copyright for this edition: Pro Auctore Wojciech Zemek
ISBN 978-83-63471-04-0
Kraków
2012
Wszelkie prawa zastrzeżone


FRAGMENT

9 IX 2039 Obiad z mecenasem Crawleyem w małej restauracji włoskiej („Bronx”) bez jednego robota czy komputera. Znakomite chianti. Podawał nam sam szef kuchni, musiałem chwalić, chociaż nie znoszę ciasta w takich ilościach, nawet z zielem bazyliszka. Crawley to typ prawnika w wielkim stylu, bolejący nad upadkiem sztuki obrończej: krasomówstwo nie popłaca już, skoro decyduje rachuba punktów karnych. Zbrodnia nie sczezła jednak tak całkowicie, jak sądziłem. Stała się raczej niedostrzegalna. Główne delikty to mindnapping (porwanie duchowe), napady na banki spermy o szczególnie wysokiej wartości, morderstwo z powoływaniem się oskarżonego na ósmą poprawkę do konstytucji (zabójstwo na jawie w przeświadczeniu, iż zaszło fikcyjnie – że np. denat był postacią psywizyjną lub rewizyjną) oraz bezlik form zniewolenia psychemicznego. Mindnapping bywa trudno wykrywalny. Ofiarę wprowadza się w fikcyjne otoczenie, podając jej odpowiedni specyfik; o tym, że utraciła kontakt z rzeczywistością, nic ona nie wie. Niejaka Mrs. Wandager, pragnąc pozbyć się niewygodnego męża, amatora egzotycznych podróży, ofiarowała mu jako podarunek bilety na wyprawę do Konga wraz z upoważnieniem do wielkich łowów. Mr. Wandager spędził na niezwykłych przygodach myśliwskich wiele miesięcy, nie mając pojęcia o tym, że przez cały czas tkwi w kojcu na strychu poddany działaniu psychemikaliów. Gdyby nie strażacy, którzy znaleźli pana Wandagera podczas gaszenia ognia na strychu, zginąłby na pewno z wycieńczenia, które miał notabene za naturalne, halucynował bowiem zabłąkanie się na pustyni. Operacji tego rodzaju podejmuje się często mafia. Pewien mafioso chełpił się przed mecenasem Crawleyem, że w ciągu ostatnich sześciu lat poupychał w skrzynkach, kojcach, psich budach, na strychach, w piwnicach i innych schowkach domów wielce szanowanych rodzin ponad cztery tysiące osób potraktowanych podobnie jak Mr. Wandager! Rozmowa zeszła potem na sprawy rodzinne adwokata.

– Drogi panie! – rzekł z właściwym sobie rozmachem gestykulacyjnym – ma pan przed sobą poważnego obrońcę, znanego przedstawiciela palestry, lecz nieszczęśliwego ojca! Miałem dwóch utalentowanych synów…

– Jakże, obaj nie żyją?! – zdumiałem się. Potrząsnął głową.

– Żyją, ale są eskalatorami!

Widząc, że nie rozumiem, wyjaśnił istotę swej ojcowskiej porażki. Starszy syn był wiele rokującym architektem, młodszy – poetą. Pierwszy od realnych zamówień, które go nie satysfakcjonowały, przeszedł na urbafantynę i konstruktol: buduje teraz całe miasta – urojone. Podobny był przebieg eskalacji u młodszego: liredyl, poemazyna, sonetal. I obecnie zamiast kreacją zajmuje się łykaniem specyfików, też stracony dla świata.

– Więc z czego obaj żyją? – spytałem.

– Ha! Z czego, dobryś pan sobie! Muszę ich utrzymywać!

– Nie ma na to rady?

– Marzenia zawsze zwyciężą rzeczywistość, gdy im na to pozwolić. To ofiary psywilizacji. Każdy zna tę pokusę. Ot, przyjdzie mi stawać w beznadziejnej sprawie – jak łatwo byłoby wygrać ją przed urojonym trybunałem!

Rozkoszując się młodym i cierpkim smakiem świetnego chianti, nagle zastygłem przeszyty niesamowitą myślą: skoro można pisać urojone wiersze i budować urojone domy, czemu nie jeść i pić miraże? Mecenas roześmiał się na to moje dictum.

– O, to nam nie grozi, panie Tichy. Zwid sukcesu nasyci umysł, lecz zwid kotleta nie napełni żołądka. Kto by chciał tak żyć, sczeźnie rychło z głodu!

Jakkolwiek współczułem mu w związku z synami eskalatorami, doznałem ulgi. Istotnie, urojony pokarm nie zastąpi nigdy realnego. Dobrze, że sama natura ciał naszych stawia tamę psywilizacyjnej eskalacji. Notabene: mecenas też bardzo głośno dyszy.

O tym, jak doszło do rozbrojenia, nie wiem dalej nic. Waśnie międzypaństwowe należą do historii. Bywają, owszem, lokalne, małe robitwy. Zwykle powstają one z sąsiedzkich sporów w dzielnicach willowych. Gdy skłócone rodziny, zażywszy kooperandol, godzą się, ich roboty, z normalnym opóźnieniem przejąwszy falę wrogości, biorą się za łby. Wezwany komposter wywozi potem trupcie, a szkody pokrywa ubezpieczenie. Czyżby roboty odziedziczyły po ludziach agresywność? Zjadłbym każdą rozprawę na ten temat, lecz nie mogę takiej dostać. Niemal co dnia bywam u Symingtonów. On – typ milczącego introwertyka, ona – piękna kobieta, nie do opisania, bo każdego dnia inna. Włosy, oczy, tusza, nogi – wszystko. Ich pies wabi się Komputernoga. Nie żyje od trzech lat.