„Koniec westernu” Jan Józef Szczepański – e-book

„Koniec westernu” Jan Józef Szczepański – e-book
1/100%/5


KONIEC WESTERNU-600X860X300

Ameryka to kraj wielkich możliwości i jeszcze większych paradoksów. Przenikliwe obserwacje Szczepańskiego, pisane w latach siedemdziesiątych, z upływem czasu nie tracą nic ze swojej zaskakującej świeżości i odkrywczości.

W zakamarkach naszej świadomości podróż ma wiele zaszyfrowanych znaczeń. Jest ucieczką, jest podstępem w nieustającej walce z czasem, jest nadzieją… jest także kuszeniem śmierci. Może jednym z uroków dalekiej podróży lotniczej jest pokusa śmierci luksusowej: śmierci opromienionej uśmiechem czarownej stewardessy, śmierci nad plasterkiem różowej szynki na plastykowym talerzyku, śmierci ze szklaneczką sherry w ręce, do wtóru miłego grzechotu kostek lodu. Wśród naszych złudzeń wiara w magię techniki i organizacji – gotową przeprowadzić nas bezboleśnie poza granice „ludzkiej kondycji” – zajmuje miejsce poczesne.
Niepokój powraca w konfrontacji z ziemią oglądaną z ponadludzkiego punktu widzenia. Nocny pejzaż Chicago, odsłonięty nagle spod pokrywy czarnych chmur, które więziły przedtem drzemiących podróżnych w jakimś zacisznym nigdzie, to gigantyczne powiększenie biologicznego preparatu. Aż po horyzont sieć arterii pulsujących strumieniami czerwonych i białych punkcików – świecących ciałek krwiobiegu jakiegoś organizmu, rozplenionego na sztucznym, obcym życiu podłożu, bo asfalt ulic błyszczy sinym, aluminiowym chłodem. I wtedy dopiero, wraz z zachwytem, dreszczyk lęku przed światem, który wymyślił człowiek.

Jan Józef Szczepański


Informacja o książce

Jan Józef Szczepański
Koniec westernu
© Copyright by Michał Szczepański, 2013
projekt okładki: Joanna Karwowska
korekta: Tomasz Lem
© Copyright for this edition: Pro Auctore Wojciech Zemek
www.cyfrant.pl
ISBN 978-83-63471-33-0
Kraków
2013

Wszelkie prawa zastrzeżone

cena: 24,90 PLN


Spis treści:


fragment książki

II

Myślałem, że to jakaś znajoma Engle’a. Podeszła do stolika cała w uśmiechach. Pulchna, różowa sześćdziesięciolatka, puszysta od pudru, niczym pszczoła wytarzana w kwiatowym pyłku. Farbowane na rudo, włosy zlepione sprayem w kunsztowne loczki. Na nich liliowy cylinderek z woalką. Na cylinderku plastykowy kwiatek.

Jedliśmy lunch w tak zwanym state room – jednym z kilku lokali Unionu, uczęszczanym głównie przez profesorów i służącym celom skromniejszej reprezentacji. Na prawdziwie galowe okazje przeznaczona była czerwona salka, gdzie jadło się przy świecach i gdzie podawali prawdziwi kelnerzy w czerwonych smokingach. State room różnił się ód zwykłej campusowej stołówki głównie tym, że stoliki przykryte były obrusami i że zamiast self-service’u miał obsługę złożoną z przystojnych studentek w pomarańczowych czepeczkach i tegoż koloru mini-fartuszkach.

Paul Engle często zapraszał tu poszczególnych członków Programu – zazwyczaj w celu rozszerzenia naszych kontaktów. Tym razem osobą, której prezentował mnie Paul, był Wicedyrektor uniwersytetu (prorektor według naszej nomenklatury), a właściwe – jak się domyślałem – uzasadnienie tego spotkania stanowiło zademonstrowanie przybyszowi z komunistycznego kraju liberalizmu University of Iowa, bo ów wicedyrektor był Murzynem. Moje możliwości udziału w rozmowie, były niewielkie, dotyczyła ona bowiem budowy galerii dla pomieszczenia kolekcji obrazów, ofiarowanej uniwersytetowi przez jednego z miejscowych milionerów. I właśnie podeszła ta kobieta – istne cacko niewątpiącej o niczym kokieterii – a ja podsunąłem jej wolne krzesło, przypuszczając, że i jej udział w lunchu został zaplanowany. Nie usiadła jednak. Obdzieliła nas kolejno ciotczyno-dziewczęcym uśmiechem, wysunęła do przodu stopę obutą w lakierowane czółenko ze srebrną kokardką i przemówiła wibrującym sopranem.

– Przepraszam, że wam przerywam, panowie – rzekła. – Chcę zadać tylko jedno pytanie: jesteście za wojną czy przeciw wojnie?

Zażenowanymi pomrukami upewniliśmy ją, że jesteśmy przeciw. Podziękowała nam błyskiem podejrzanie równych i białych ząbków i natychmiast zadała następne pytanie:

– A czy zastanowiliście się kiedy, jaka jest najistotniejsza przyczyna wojen?

Czarny prorektor przechylił się na oparcie krzesła. Opuścił powieki – zdawał się korzystać z sytuacji dla ucięcia małej drzemki. Paul miętosił garścią koniec nosa i brodę, co było u niego oznaką irytacji lub zakłopotania. Dama, uznawszy widocznie, że jestem stosunkowo najmniej opornym słuchaczem, utkwiła we mnie zachęcające spojrzenie.

– No, jaka? – nagliła.

– Może po prostu natura ludzka – bąknąłem.

Skinęła łaskawie głową.

– Ma pan częściowo rację, ale tylko częściowo. Bo ludzkość dzieli się na dwie bardzo różne połowy. – Uniosła, w górę dłoń odzianą w siatkową rękawiczkę koloru bzu, wyprostowała pulchny paluszek. Drugą ręką, przycisnęła do biustu naszywaną cekinami torebkę.

– Wojny biorą się stąd – oświadczyła – że światem rządzą mężczyźni. Czy słyszeliście kiedy, panowie, żeby kobieta rozpętała wojnę?

– Każdy żonaty mężczyzna miałby tu coś do powiedzenia – rzekł Paul, próbując aktywnej obrony.

– Pan żartuje, drogi panie – skarciła go łagodnie. – A ja mówię zupełnie poważnie. I z tego, co mówię, wynika oczywisty, praktyczny wniosek: najwyższy już czas, aby ster rządów tego kraju ujęły kobiece ręce.

– Czy pani prowadzi czyjąś kampanię wyborczą? – zapytał Paul rzeczowo.

Skłoniła się godnie.

– Tak. Swoją. Jestem Mrs. Grace Goodfellow z Cedar Rapids, założycielka Towarzystwa Dobroczynności przy Pierwszym Kościele Episkopalnym i członkini zarządu Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Pragnę kandydować na stanowisko prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Ze swej ozdobnej torebki wydobyła, złożony arkusz papieru i maleńki srebrny, długopis z jedwabnym pomponikiem.

– Teraz, kiedy panowie znacie już moje poglądy – zaszczebiotała przymilnie – może zechcecie poprzeć swymi podpisami pierwszą kobiecą kandydaturę na ten wysoki urząd.

Prorektor uniósł powieki. Jego melancholijne spojrzenie przybrało nieoczekiwanie stanowczy wyraz.

– Mamy już swoje zobowiązania – powiedział.

– A pan? – jeszcze raz odwołała się do mnie.

– Nie jestem obywatelem tego kraju.

– Sorry – ćwierknęła, chowając, do torebki swoje wyborcze utensylia. Przez chwilę patrzyliśmy za nią, jak uzbrojona już w nowy uśmiech nadziei, podąża, drobnym, dystyngowanym kroczkiem ku kolejnemu stolikowi. Paul nieznacznie stuknął się palcem w czoło.

– Biedactwo – powiedziałem. – Trzeba jej było podpisać.

Prorektor i Paul unieśli brwi ze zdziwienia.

– Jak to, podpisać – rzekł Paul. – Przecież to nie żarty. Jeżeli zbierze ustawową ilość podpisów, znajdzie się naprawdę na liście kandydatów.

[…]