„Opowieści o pilocie Pirxie” Stanisław Lem – e-book

„Opowieści o pilocie Pirxie” Stanisław Lem – e-book
4/75%/3.75

Pilot Pirx to sympatyczny, trochę gapiowaty chłopak z sąsiedztwa, siedzący za sterami gwiazdolotów. Na co dzień boryka się z przyziemnymi bolączkami epoki kosmicznych podróży: chciwymi armatorami, niesforną załogą i zdezelowaną flotą. Pirx doskonale radzi sobie jednak również w sytuacjach ekstremalnych, wymagających twórczego myślenia oraz niekonwencjonalnych zachowań. Sensacyjne historie, w których pobrzmiewają echa Sherlocka Holmesa, są pretekstem do rozważań na temat istoty człowieczeństwa, na które składają się nasze niedoskonałości i błędy.

Popularna seria opowieści Lema przedstawia życie i kolejne stadia doświadczenia sympatycznego pilota, który zaczyna jako kadet, a kończy jako doświadczony komandor międzygwiezdnej żeglugi. W trakcie swego dojrzewania natyka się na coraz trudniejsze zagadki, które rozwiązuje bardziej dzięki intuicji niż fachowym procedurom badawczym.
Pirxa czytelnicy lubili zawsze za jego ludzkość: gapiowaty i pozornie niezgrabn,y młody pilot w każdej trudnej sytuacji umie się jednak znaleźć, a nawet udaje mu się przeniknąć różne tajemnice, nad którymi na próżo głowią się eksperci. Zdaje więc trudny egzamin z pilotażu na symulatorze, wpędzającym go w nieoczekiwane kłopoty, ratuje się też z całkiem realnych opresji tam, gdzie zginęli inni, jest uczestnikiem kosmicznych akcji ratunkowych, udaje mu się rozwikłać zagadkę dziwacznej katastrofy rakiety na Marsie, wreszcie zwycięża w starciu z supersprawnym androidem, który chce władzy nad światem.

Można opowieści o Pirxie czytać jak opis sensacyjnych awantur i detektywistycznych dociekań, ale autorowi chodzi o coś więcej: próbuje w niebywale złożonym teatrze zdarzeń, które pokazuje, znaleźć miejsce dla specyfiki ludzkiego przeżywania świata, dla ludzkiej „niedoskonałości”, która w niektórych przypadkach, wspierana tajemniczo przez intuicję, pozwala bohaterowi uniknąć na pozór perfekcyjnych pułapek, które zastawia nań natura, zbiegi okoliczności lub celowa i racjonalna przebiegłość sztucznego intelektu.

Pirx jako bohater jest też ciekawy, bo autorowi udaje się bardzo precyzyjnie przedstawić ewolucję jego charakteru – od wczesnej młodości niemal do wieku emerytalnego. Nigdy więc nie zapominamy, że ten świetny poszukiwacz przygód i zagadek do rozwiązania to jedocześnie człowiek, czujący i rozwijający się z latami jak każdy z nas.

Punkt dojścia Pirxowej historii leży poza obszarem opowiadań: znajduje się na początku powieści Fiasko, gdzie dowiadujemy się o śmierci komandora. Ulegnie on (być może) dziwacznemu „wskrzeszeniu” w dalszej części książki, ale osobowej tożsamości nie zyska już nigdy.
(Jerzy Jarzębski)


Informacja o książce

Stanisław Lem
„Opowieści o pilocie Pirxie”
© Copyright by Barbara i Tomasz Lem, 2012
projekt okładki: Anna Maria Suchodolska
zdjęcie na okładce: © EAST NEWS/PIOTR JASKOW
© Copyright for this edition: Pro Auctore Wojciech Zemek
ISBN 978-83-63471-13-2
Kraków
2012
Wszelkie prawa zastrzeżone


SPIS TREŚCI:

  • Test
  • Patrol
  • Albatros
  • Terminus
  • Odruch warunkowy
  • Polowanie
  • Wypadek
  • Opowiadanie Pirxa
  • Rozprawa
  • Ananke

FRAGMENT

Opowiadanie Pirxa

Książki fantastyczne? Lubię, owszem, ale tylko złe. To jest, nie tyle złe, ile nieprawdziwe. Na pokładzie zawsze mam coś takiego pod ręką, żeby poczytać w wolnej chwili, choćby i parę stron ze środka, a potem odłożyć. Z dobrymi zupełnie inna historia – czytam je wyłącznie na Ziemi. Dlaczego? Prawdę mówiąc, nie bardzo wiem. Nie zastanawiałem się nad tym. Dobre książki są zawsze prawdziwe, nawet gdyby opisywały rzeczy, które nigdy się nie wydarzyły i nie wydarzą. Są prawdziwe w innym sensie – jeśli mówią, powiedzmy, o kosmonautyce, to tak, że poznaje się coś z tej ciszy, która jest zupełnie inna od ziemskiej, z tego spokoju, tak doskonale nieruchomego… Cokolwiek przedstawiają, mówią zawsze to samo, że człowiek, tam, nigdy nie będzie u siebie. Na Ziemi wszystko jest takie przypadkowe, byle jakie, drzewo, ściana, ogród, jedno można wymienić na drugie, za horyzontem jest inny horyzont, za górą – dolina, a tam jest całkiem inaczej. Na Ziemi nigdy nie przychodziło ludziom do głowy, jakie to okropne, że gwiazdy się nie poruszają; choćbyś leciał pełnym ciągiem przez rok, nie zauważysz zmiany. Latamy, jeździmy po Ziemi i wydaje się nam, że wiemy, co to przestrzeń. Tego się nie da wyrazić. Pamiętam raz, kiedy wracałem z patrolu, gdzieś pod Arbitrem słuchałem dalekich rozmów, ktoś kłócił się z kimś o pierwszeństwo lądowania i przypadkiem zobaczyłem inną wracającą rakietę. Gość myślał, że jest sam. Ciskał swoją beczułkę, jakby dostała ataku epileptycznego. Każdy z was wie, jak to jest – po paru dniach nachodzi człowieka taka szalona chętka, żeby coś zrobić, wszystko jedno co, dać pełny ciąg, pognać gdzieś, pokręcić na wielkim przyspieszeniu, żeby język wyszedł… Dawniej myślałem, że to jakieś nieprzyzwoite – człowiek nie powinien sobie tak folgować. Ale to jest w gruncie rzeczy tylko rozpacz, tylko chęć pokazania tego języka Kosmosowi. Bo on nie jest wymienny jak drzewo i chyba przez to właśnie tak ciężko dać sobie z nim radę. Otóż dobre książki o tym właśnie mówią. A ponieważ umierający nie lubią czytać o agonii, to i my wszyscy, przecież po trochu bojąc się gwiazd, nie chcemy między nimi słyszeć o nich prawdy. Pewno – dobre jest wtedy to, co odwraca uwagę, ale dla mnie przynajmniej najlepsze są właśnie te inne gwiazdowe historie, czytankowe, bo w nich wszystko, z całym Kosmosem, staje się takie poczciwe… To poczciwość dla dorosłych, więc tam są katastrofy i morderstwa, i inne okropności, ale jednak poczciwe, niewinne, bo od początku do końca skłamane: próbują straszyć, a człowiek się tylko uśmiecha. To, co wam opowiem, jest taką historią. Zdarzyła mi się naprawdę. Mniejsza o to jednak. Było to w Roku Spokojnego Słońca. Jak zwykle w takim czasie odbywały się wielkie porządki dokołasłoneczne, zamiatanie i wymiatanie mas żelastwa kręcących się na wysokościach orbity Merkurego; przez sześć lat budowania wielkiej stacji w jego perihelium porzucono w próżni kupę starych wraków, bo roboty prowadzono wówczas systemem Le Mansa i zamiast oddawać rakietowe trupy na złom, używano ich jako rusztowań. Le Mans był lepszym ekonomistą niż inżynierem; wprawdzie stacja z wraków była trzy razy tańsza od zwykłej montowanej w przestrzeni, ale sprawiała taką masę kłopotów, że po Merkurym nikt się już do takich „oszczędności” nie brał. Wówczas jednak Le Mans wpadł na nową ideę sprowadzenia tej trupiarni na Ziemię, bo po co ma kręcić się do dnia Sądu Ostatecznego, kiedy można ją przetopić w martenach? Ale żeby to było w ogóle opłacalne, musiał jako holowników użyć rakiet, niewiele lepszych od tych trupów. Byłem wtedy pilotem patroli z wylatanymi godzinami, to znaczy: byłem nim już tylko na papierze i każdego pierwszego, gdy brałem pensję. A latać chciało mi się tak, że zgodziłbym się nawet na piec żelazny, byle miał choć trochę ciągu; nic dziwnego, że zgłosiłem się w brazylijskim biurze Le Mansa, ledwo przeczytałem jego ogłoszenie. Nie chciałbym twierdzić, że załogi formowane przez Le Mansa, a właściwie przez jego agentów, były jakimś rodzajem Legii Cudzoziemskiej czy zbieraniną oprychów, bo tacy w ogóle nie latają. Ale ludzie rzadko kiedy idą teraz w Kosmos, szukając przygód; nie ma ich tam, przynajmniej na ogół nie ma, i decydują się na to nieraz wskutek nieszczęścia albo tak jakoś z przypadku; jest to najgorszy materiał, bo służba wymaga większej odporności niż morska i dla tych, którym jest wszystko jedno, na pokładzie nie ma miejsca. Nie bawię się w psychologię, chcę tylko wyjaśnić, czemu już po pierwszym rejsie straciłem połowę załogi. Musiałem zwolnić techników, bo rozpił mi ich telegrafista mały Metys, który wymyślał najgenialniejsze sposoby przemycania alkoholu na pokład. Ten facet bawił się ze mną w chowanego. Wpuszczał plastykowe kiszki do kanistrów… A zresztą – mniejsza o to. Przypuszczam, że włożyłby whisky do reaktora, gdyby to tylko okazało się możliwe. Wyobrażam sobie, jak by takie historie oburzały pionierów astronautyki. Nie pojmuję, czemu wierzyli w to, że samo wejście na orbitę zmienia człowieka w anioła. Może kołatało im w głowie, o czym sami nie wiedzieli, to niebieskie, rajskie niebo, które tak prędko kończy się podczas startu? Zresztą moje pretensje są głupie. Ten Meksykanin urodził się właściwie w Boliwii, dorabiał na boku, sprzedając marihuanę, a robił mi na złość, bo go to bawiło. Miałem gorszych od niego. Le Mans był wielkim człowiekiem, nie wchodził w szczegóły, ustalał tylko swoim agentom limity finansowe i nie dość, że załogi nie potrafiłem sobie skompletować, ale musiałem trząść się nad każdym kilowatem ciągu; żadnych gwałtownych manewrów, uranografy kontrolowali po każdym rejsie jak księgi finansowe, czy broń Boże gdzieś nie uciekło dziesięć dolarów zamienionych w neutrony. Tego, co robiłem wtedy, nie uczono mnie nigdzie – być może podobne rzeczy działy się sto lat temu na starych trampach kursujących między Glasgow i Indiami. Zresztą nie skarżyłem się, a teraz wspominam to, wstyd powiedzieć, z rozrzewnieniem. Taka Perła Nocy – co za nazwa! Statek rozpadał się po trochu, żegluga polegała na szukaniu wszelkich możliwych przecieków i zwarć. Każdy start i lądowanie zachodziły wbrew prawom – nie tylko fizyki. Zdaje się, że ten agent Le Mansa miał znajomości w porcie merkuryjskim, bo inaczej każdy inspektor kontroli natychmiast opieczętowałby wszystko, od sterów po stos. Więc wychodziliśmy sobie na łowiska w perihelium, szukaliśmy radarem wraków, a potem ściągało się je i formowało „pociąg” – miałem tam wszystko naraz: awantury z technikami, wyrzucanie w próżnię wódki (jeszcze do dzisiaj krąży tam pełno London Dry Ginu) i piekielną matematykę, bo nawigacja polegała na wynajdywaniu przybliżonych rozwiązań problemu wielu ciał. Jednakże najwięcej, jak zawsze, było pustki w przestrzeni i w czasie. Zamykałem się w kajucie i czytałem. Autora nie pamiętam, był to jakiś Amerykanin, w tytule było coś o piasku gwiazd, jakoś tak. Nie wiem, jaki był początek, bo zacząłem mniej więcej w połowie; bohater znajdował się w komorze reaktora i rozmawiał z pilotem przez telefon, kiedy rozległ się okrzyk: „Meteory z rufy!”. Do tego momentu nie było ciążenia, aż nagle zobaczył, że ogromna skarpa reaktora świecąca żółtymi oczami zegarów najeżdża na niego z rosnącą chyżością; to silniki dały ciąg i statek skoczył, podczas kiedy on, wisząc w powietrzu, miał jeszcze poprzednią szybkość. Na szczęście odbił się jakoś nogami, ale akceleracja wyrwała mu z ręki słuchawkę; przez moment wisiał na sznurze telefonu, gdy upadł, rozpłaszczony, ta słuchawka wahała się nad nim, a on robił nieludzkie wysiłki, żeby ją chwycić, ale rozumie się, ważył tonę i nie mógł palcem ruszyć, dopiero jakoś zębami ją złapał i wydał komendę, która ich uratowała. Tę scenę dobrze zapamiętałem, a jeszcze więcej podobał mi się opis przejścia przez rój. Obłok kurzawy powlókł, uważacie, trzecią część nieba, tylko najsilniejsze gwiazdy przebłyskiwały przez pyłową chmurę, ale to nic, bo w pewnej sekundzie bohater zobaczył w ekranach, że z tego tajfunu żółtego idzie blado świecąca smuga o czarnym jądrze – nie wiem, co to miało być, ale popłakałem się ze śmiechu. Jak on to sobie wszystko ślicznie wyobraził! Te chmury, tajfun, ta słuchawka – po prostu widziałem, jak facet dynda na sznurze telefonicznym, no bo to, że w kajucie czekała bardzo piękna kobieta, to się rozumiało samo przez się. Była ona tajnym agentem jakiejś tyranii kosmicznej – czy może walczyła z tą tyranią, już nie pamiętam. W każdym razie była piękna, jak należy. Czemu tak się rozwodzę nad tym? Bo ta lektura była moim zbawieniem. Meteory? Przecież ja wraków po dwadzieścia – trzydzieści tysięcy ton szukałem tygodniami i połowy nawet nie zobaczyłem w radarze. Łatwiej można zobaczyć lecącą kulę rewolwerową. Musiałem raz wziąć za kołnierz mego Metysa, kiedy nie mieliśmy ciągu; to pewno trudniejsze niż ze słuchawką, bośmy sobie obaj fruwali, ale nie tak efektowne. Wygląda na to, że ględzę. Wiem. Historia jednak tak się właśnie rozwijała. Dwumiesięczne polowanie się skończyło, miałem na holu sto dwadzieścia czy sto czterdzieści tysięcy ton martwego metalu i szedłem w płaszczyźnie ekliptyki na Ziemię.

Wbrew przepisom? Ależ tak. Nie miałem paliwa na manewry. Mówiłem przecież. Musiałem wlec się bez ciągu przeszło dwa miesiące. Wtedy przyszła katastrofa. Nie, nie meteory, to nie była przecież powieść. Mums. Najpierw technik stosu, potem obaj piloci naraz, potem reszta; spuchły im gęby, oczy jak szparki, wysoka gorączka, o wachtach nie było nawet mowy. Jakiegoś wściekłego wirusa przyniósł na pokład Ngey, Murzyn, który był na Perle Nocy kucharzem, stewardem, ochmistrzem i czymś tam jeszcze. On też chorował, a jakże! Czy dzieci nie przechodzą świnki w Ameryce Południowej? Nie wiem. Dosyć, że miałem statek bez załogi. Zostali mi telegrafista z drugim inżynierem; telegrafista od rana, od śniadania, był już pijany. A właściwie nie pijany – czy miał taką mocną głowę, czy sączył po trochu, dosyć, że ruszał się całkiem nieźle i to zwłaszcza, kiedy nie było grawitacji (a nie było prawie cały czas, nie licząc drobnych poprawek kursowych), ale miał alkohol w oczach, w mózgu, każde zlecenie, każdy rozkaz trzeba było dokładnie kontrolować – marzyłem o tym, jak go stłukę, kiedy wylądujemy, tam nie mogłem sobie na to pozwolić, zresztą – jak bić pijanego? Bez alkoholu był to typowy szczur, szary, zgaszony, niedomyty i miał miły zwyczaj przeklinania najokropniejszymi słowami upatrzonych osób – przy stole w mesie – Morse’em. Tak, nadawał sobie Morse’em, postukując palcem w stół i parę razy omal nie doszło przez to do bitek, bo przecież wszyscy rozumieli, a on, przyparty do muru, twierdził, że to jest taki tik. Z nerwów. Że to się samo robi. Kazałem mu trzymać łokcie przyciśnięte do ciała, nadawał wtedy nogą albo widelcem – w pewnym sensie był artystą. Jedynym człowiekiem zupełnie zdrowym, normalnym, był inżynier. Tak, ale okazało się, wiecie, że on był inżynierem drogowym. Naprawdę. Podpisał kontrakt, bo zgodził się na pół stawki i ajentowi to zupełnie wystarczało, a mnie nie przyszło do głowy egzaminować go, kiedy przyszedł na pokład. Ajent spytał go tylko, czy zna się na konstrukcjach, na maszynach; powiedział, że tak, znał się przecież. Na drogowych. Kazałem mu pełnić wachty. Nie odróżniał planet od gwiazd. Teraz już wiecie mniej więcej, w jaki sposób Le Mans robi wielkie interesy. Co prawda i ja mogłem się okazać nawigatorem łodzi podwodnych i gdybym mógł, może nawet bym takiego udawał. Zamknąłbym się w kajucie, ale nie mogłem. Ajent nie był wariatem. Liczył, jeśli nie na moją lojalność, to na mój instynkt samozachowawczy. Chciałem wrócić, a ponieważ tych sto tysięcy ton nic w próżni nie ważyło i odczepienie ich nie zwiększyłoby naszej szybkości ani o milimetr na sekundę, nie byłem aż taki złośliwy, żeby to jednak zrobić. Bo i takie myśli chodziły mi po głowie, kiedy nosiłem rano od jednego do drugiego watę, olejek, bandaż, spirytus, aspirynę – całą moją przyjemnością była książka o miłości w próżni, wśród tajfunów meteorytowych. Przeczytałem niektóre ustępy po dziesięć razy. Były tam wszystkie możliwe rodzaje potwornych wydarzeń, mózgi elektryczne buntowały się, ajenci piratów mieli nadajniki wbudowane w czaszki, piękna kobieta pochodziła z innego systemu słonecznego, ale o mumsie nie znalazłem ani słowa. Tym lepiej dla mnie – rzecz jasna. Miałem go dosyć. Zdawało mi się nawet chwilami, że kosmonautyki też.

W wolnych chwilach starałem się wyśledzić, gdzie telegrafista ukrywa swoje zapasy. Nie wiem, może go przeceniam, ale zdaje mi się, że naprawdę zdradzał niektóre miejsca rozmyślnie, kiedy się w nich wódka kończyła, po prostu po to, abym nie osłabł w mojej decyzji i nie machnął ręką na jego pijaństwo. Bo tego, gdzie miał swoje główne źródło, nie wiem do dziś. Może był już taki przesycony alkoholem, że podstawowy zapas nosił w sobie? Dosyć, że szukałem, łażąc po statku jak mucha po suficie, pływałem sobie po rufie, po śródokręciu, jak to czasem zdarza się w snach, czułem się sam jak palec – całe bractwo leżało zapuchnięte w kajutach, inżynier tkwił w sterowni, ucząc się z lingwafonu francuskiego, było cicho jak na statku zadżumionych, czasem tylko przewodami wentylacyjnymi dochodził płacz albo śpiew. Tego boliwijskiego Meksykanina. Pod wieczór rozbierało go, odczuwał ból istnienia. Z gwiazdami miałem mało do czynienia, jeśli nie liczyć tej książki. Niektóre kawałki umiałem na pamięć, na szczęście wywietrzały mi już z głowy. Czekałem, kiedy się ten mums skończy, bo takie życie Robinsona na dłuższą metę zbytnio dawało się we znaki. Inżyniera drogowego unikałem, chociaż po swojemu był to nawet dość porządny chłop i przysięgał mi, że gdyby nie okropne tarapaty finansowe, w które wciągnęła go żona ze szwagrem, nigdy by umowy nie podpisał.

Był to jednak człowiek z gatunku tych, których nie znoszę – zwierzających się bez żadnych ograniczeń i hamulców. Nie wiem, czy tylko do mnie czuł takie nadzwyczajne zaufanie – chyba nie, bo pewne rzeczy po prostu nie przechodzą ludziom przez usta, a on mógł mówić wszystko, aż się skręcałem – na całe szczęście Perła Nocy była wielka: dwadzieścia osiem tysięcy ton spoczynkowej, było się gdzie schować.

Domyślicie się pewno, że to był mój pierwszy i ostatni rejs dla Le Mansa. Od tego czasu nie dałem się już więcej aż tak nabrać, chociaż bywałem w rozmaitych tarapatach. Nie opowiadałbym o tym, dość w końcu wstydliwym fragmencie mojej biografii, gdyby nie wiązał się z tą drugą, nieistniejącą stroną kosmonautyki. Pamiętacie może – uprzedzałem na wstępie, że to będzie prawie taka historia jak z tej książki.

[…]