„Polska jesień” Jan Józef Szczepański – e-book

„Polska jesień” Jan Józef Szczepański – e-book
1/100%/5


polska_jesien_ebookJak wygląda prawdziwa wojenna rzeczywistość, odarta ze złudzeń i mitów walki narodowowyzwoleńczej? „Polska jesień” to jedna z najważniejszych książek na temat kampanii wrześniowej. Szczera i bezkompromisowa relacja autora, który bez względu na okoliczności pozostaje wierny swoim przekonaniom.


Uważana bodaj za najważniejszą w dorobku pisarskim Szczepańskiego, wpisuje się w krąg relacji dotyczących kampanii wrześniowej 1939 roku. Od innych relacji tego rodzaju różni ją jednak perspektywa, i język w jakim została napisana. Bohater Polskiej jesieni jest żołnierzem walczącym w pierwszych dnach II wojny światowej. Jego postawa, wartości jakimi się kieruje i według których ocenia rzeczywistość, podejmowane wybory i decyzje – to wszystko nadaje mu charakterystyczne cechy osobowościowe, składające się na wzór postępowania, swoistą etykę przynależną pokoleniu bohatera, ukształtowanemu w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Owe wartości zakodowane w umyśle podchorążego Strączyńskiego wpływają na jego ocenę sytuacji po 1 września 1939 roku, nakazują mu walkę z najeźdźcą, ale bez krzty taniego patriotyzmu, czy mitologizowania własnej roli na polu walki. („Jan Józef Szczepański, czyli odwaga świadectwa”)


 

Informacja o książce

Jan Józef Szczepański Polska jesień © Copyright by Michał Szczepański, 2013 projekt okładki: Joanna Karwowska korekta: Tomasz Lem © Copyright for this edition: Pro Auctore Wojciech Zemek www.cyfrant.pl ISBN 978-83-63471-22-4 Kraków 2013 Wszelkie prawa zastrzeżone cena: 24,90 PLN


Spis treści:

 


fragment książki

Uwaga, nadchodzi…

[…] Czekając na czas odejścia mojego pociągu, siedzieliśmy z matką i siostrą na tarasie wielkiej kawiarni koło dworca. Bardzo to było właściwie dziwne. Bo i zabawne, i kłopotliwe, i nie całkiem poważne, mimo niewątpliwie pożegnalnej atmosfery. Miasto mrowiło się i huczało jakimś nie znanym dotąd, odpustowym ruchem. Cywile poprzebierani w mundury, spoceni, kusztykający pośpiesznie w nowiutkich, prosto z mob butach, których sam widok przywodził na myśl nagniotki, tłoczyli się na chodnikach i jezdniach; samochody brały nieprzepisowo zakręty i nikt już nie zwracał uwagi na biednego policjanta, który wczoraj jeszcze z wyżyn swej asfaltowej wysepki z taką łatwością jednym płynnym gestem rzucał w lewo lub w prawo posłuszne szeregi pojazdów.

Co chwila ktoś zatrzymywał się u balustrady tarasu z wesołym pozdrowieniem lub ukłonem, i wtedy pod zielonym daszkiem polówki rozpoznawaliśmy poprzez nowy uśmiech znaną dobrze cywilną twarz. Siedzieliśmy nad czarną kawą, matka, siostra i ja, pełni głębokiej sympatii i jakiegoś wewnętrznego nienasycenia. Bo ten moment wspólnego istnienia w naszym mieście, w naszej rzeczywistości, czuliśmy – wymyka się i mija, jest już jak gdyby poza nami i nie ma sposobu wysmakować go do gruntu. Nie bardzo wiedzieliśmy, o czym mówić i co myśleć o całej tej awanturze. Siostra przyniosła mi piękne, czerwone goździki, które wąchałem pomiędzy jednym łykiem kawy a drugim, pomiędzy jednym a drugim uśmiechem.

I wtedy przydarzyła mi się mała, głupia przygoda: przy sąsiednim stoliku ktoś powiedział półgłosem: „Patrzcie, mały Strączyński idzie na wojnę”. Wyprężyłem się na krześle, szczęknąłem głośno ostrogami, zacząłem pośpiesznie recytować wszystkie optymistyczne frazesy na temat „masła i armat”, „okrążenia”, „gwarancji” i „hitlerowskiej polityki bluffu”. Ale matka i siostra dosłyszały tamto zdradliwe zdanie. Uśmiechami pełnymi łagodności i cierpliwej nieuwagi kwitowały pustotę moich słów, a czułość ich spojrzeń pogrążyła ostatecznie wszystkie moje wysiłki. W tym krytycznym momencie, kiedy tak przyjemnie było czuć się obrońcą, wtłoczono mnie z powrotem w dzieciństwo.

Sama chwila wyjazdu była jak gdyby zanurzona w gumie arabskiej. Rozciągała się i trwała, rodziła nieskończone „jeszcze”, i jeszcze, jeszcze, jeszcze byłem tutaj, jeszcze widziałem te dwie najbliższe kobiety, połączone ze mną cieniutkim gestem pożegnania. Pociąg toczył się już pod blaszanym dachem peronu i okno mojego przedziału wyprzedzało je nieubłaganie.

Czułem sercem, oczyma, ustami, jak więź łącząca nas wydłuża się, wydłuża, wyciąga… Jeszcze, jeszcze, jeszcze…

Stały tam na peronie, coraz dalej, dalej, dalej, stały obie, matka drobna i czarna, z twarzą stroskaną, z palcami lewej ręki przyłożonymi bezradnie do warg, siostra wysoka, szczupła, z podniesioną śmiało piękną głową, jaśniejącą wdziękiem odważnego uśmiechu. Za nimi chwiał się i kłębił bezładny gąszcz kapeluszy i chustek.

W sąsiednim oknie kilku pijanych rezerwistów ryczało na całe gardło: „Hej, koledzy, dajcie ręce”. Jeden z nich, wychylony karkołomnie w stronę umykającej stacji, wrzeszczał w zwinięte w trąbkę dłonie: – My tam jadymy! My jadymy, same śwarne chłopoki! Pokażymy pierońskim hitlerom droga do domu.

Stały tam ciągle. Malutkie już, ledwie widoczne, ale jeszcze ciągle prawdziwe na cieniutkiej strunie spojrzenia.

Zapragnąłem nagle zerwać tę nić, zanim sama pęknie. Obróciłem się. Już!

W przedziale oprócz mnie siedziała tylko jakaś skromna szara panienka, wyglądająca na nauczycielkę. Z zupełną obojętnością zdawała się odczytywać nad moją głową treść brudnej tabliczki: „Nie pluć, nie zanieczyszczać wagonu”.

Pociąg nabierał coraz szybszego, pewniejszego rytmu. Rozkołysany swą mechaniczną pieśnią, mknął zapamiętale w rudy blask zachodu, w mrok świetlisty jeszcze, ale stygnący prędko, nasiąkający pustką i chłodem. U samego już progu nocy mignęła mi mgliście wielka, leśna polana z pasącym się spokojnie stadem saren. I nie wiem dlaczego ten właśnie widok przypomniał mi raz jeszcze apokaliptyczne proroctwa Mefista.

Trudno mi to wyrazić, ale wydało mi się, że za tę jakąś katastrofę, jeżeli ona nastąpi, odpowiedzialni będziemy my, ludzie, wobec owych saren, poruszających się bezgłośnie w niewinności i ciszy świata, który wypadnie nam może rozsadzać i burzyć.

Tak więc wczoraj przybyłem do pułku, do tych odmienionych koszar, które nic nie mają wspólnego z dawnym przybytkiem rygoru i ładu. Nawet ów specyficzny nastrój wojska, tęsknota wielu setek mężczyzn za pełnią własnej indywidualności, nawet to znikło. Mam ciągle uczucie, że znalazłem się w obozie jakiejś koczującej bandy lub raczej pospolitego ruszenia. Dziwne to jest wszystko razem. Niepoważne. Niepoważne jest to wojsko łazikujące, sejmikujące, żłopiące piwo w kantynie od rana do zmroku. Niepoważne są cywilne, nędzne szkapy na koniowiązach i niepoważni są starzy oficerowie, reprezentanci najbardziej wysłużonej rezerwy, usiłujący zmusić do sprężystego kroku swoje zreumatyzowane nogi. Z fotografii w podręcznikach historii nowożytnej, z opowiadań i filmów zrodził się w mojej wyobraźni obraz, zatytułowany „mobilizacja”. Ogromny tłum mężczyzn w nędznych, szarych paltocikach, w wygniecionych kapeluszach tłoczy się u jakiejś kraty, będącej pewnie ogrodzeniem koszarowego dziedzińca. Wzniesione w górę twarze krzyczą coś, wybiegają ku czemuś szeroko otwartymi oczyma. Ręce potrząsają niecierpliwie kartkami wezwań. Cały ten rozruch niemego podniecenia zamazany jest bezbarwną mgłą deszczu, a w tyle, na odrapanym, ślepym murze samotnej kamienicy bieleje natrętnie płachta mobilizacyjnego afisza.

Rzeczywistość ani jednym rysem nie zbliżyła się do tego wyobrażenia. Przyjechałem do Bielska późnym wieczorem. Na pustej i ciemnej stacji samotny żandarm odliczał leniwie ciężkie kroki. Ulice wyludnione, szerokie, zapadały gdzieś w odległe perspektywy nocnej ciszy. Z daleka nadjechał maleńki, zapóźniony tramwaj, w którego pustym wnętrzu słaniał się, jak larwa w napełnionej niebieskim płynem probówce, senny konduktor. Nigdzie ani śladu owych imaginacyjnych tłumów. Wszystko zupełnie przeciwnie niż na moim obrazie.

Długo dzwoniłem do bramy, aż wreszcie z głębokiej nocy wyplątał się chrzęszczący i niemrawy wartownik. Przez chwilę przyglądał mi się poprzez żelazne sztachety, mrugając oczyma w flegmistym świetle zaciemnionej latarki. Potem furtka jęknęła boleśnie, brzęknęły mętnie kanonierskie ostrogi w ospałym ukłonie.

W kancelarii dowództwa, dokąd poszedłem się zameldować, panował taki sam półmrok, taki sam nastrój ni to snu – ni to spisku, jak na wartowni, jak na stacji, jak w mieście. Zalepione czarnym papierem okna ziały grozą ślepoty. W głębi, przy stole okrytym wodnistym światłem zielonej lampy siedziała jakaś wysoka, zgarbiona postać w rozpiętym mundurze.

Kiedy zatrzymałem się przy balaskach, przedzielających na pół obszerną izbę, ten ktoś wstał i wtedy poznałem Leszka. Ucieszyliśmy się sobą serdecznie.

– Co ty tu robisz? – spytałem.

– Ja? Jestem kancelistą.

Zatknął pióro za ucho i z wysiłkiem wypiął chudy brzuch. – Jestem najważniejszą osobą w pułku, stempluję papierki. – Wziął moją kartę mobilizacyjną i kreśląc jakieś znaki, przybijając z fachową pedanterią pieczątki, wyjaśnił mi sytuację.

– Ty i tobie podobne chojraki – mówił – pójdziecie na front, jako kanonenfutter. Ja, jako rutynowany tyłowiec, zostanę na „zapleczu” i będę knuł drobne kancelaryjne intryżki. Zostałem już przyjęty do cechu garnizonowych wypierdków, zawarłem sztamę z wszystkimi mendami, karakonami i szczypawkami, gnieżdżącymi się po intendenturach. W wolnych chwilach czytam Szwejka, żeby uzupełnić swoje wykształcenie.

[…]