„Portki Odysa” Jan Józef Szczepański – e-book

oceń książkę


PORTKI ODYSA-600x860x300

Malownicza opowieść o życiu i przygodach Wicentego, obieżyświata i barona Münchhausena z Kasinki Małej. W jego soczystych i barwnych historiach kryje się znacznie więcej prawdy na temat ludzkiej natury, niż tego moglibyśmy się spodziewać. Wkrótce jednak idylla górskiego azylu oraz ostatniej przystani Wicentego zostanie zmącona przez dziejową burzę.

Dawniej wierzyłem w niebywałe historie Wicentego. Wierzyłem skwapliwie – tak, skwapliwie, oto właściwe określenie – ponieważ bardzo chciałem wierzyć. Nie każdemu zdarza się spotkać romantyczną postać na swojej drodze, toteż kiedy ją człowiek wreszcie spotka, chętnie zamyka oczy na wszystko, co mogłoby zniweczyć nimb niezwykłości i przygody. Jako chłopak wyrastający dopiero z krótkich spodeniek, byłem, jak się to mówi, słuchaczem mało wymagającym, co jest o tyle nieścisłe, że wymagania moje wcale nie były małe; szły tylko w innym kierunku niż wymagania ludzi, dla których życie przestało być czarowną i emocjonującą wyprawą w nieznane. Muszę sobie oddać sprawiedliwość: jeżeli chodzi o te moje ówczesne wymagania, byłem nienasycony. I muszę jeszcze oddać sprawiedliwość Wicentemu: nikt nie potrafił zaspokoić mojego głodu tak jak on. Poza tym, i to jest najważniejsze, byliśmy przyjaciółmi. W momentach uniesienia przechodził z ceremonialnego „szanowny panie” na „kochany przyjacielu”, a wtedy fakt, że którejś burzliwej nocy zawinął do jednego z chińskich portów na grzbiecie wieloryba, nie wydawał się tak bardzo nieprawdopodobny.

Jan Józef Szczepański


Informacja o książce

Jan Józef Szczepański
Portki Odysa
© Copyright by Michał Szczepański, 2013
projekt okładki: Joanna Karwowska
korekta: Tomasz Lem
© Copyright for this edition: Pro Auctore Wojciech Zemek
www.cyfrant.pl
ISBN 978-83-63471-26-2

Kraków
2013

Wszelkie prawa zastrzeżone

cena: 24,90 PLN


Spis treści:

CZĘŚĆ PIERWSZA

  • Jak nie powstał pamiętnik Wicentego
  • Na sifak
  • Blizna Wicentego
  • Nemrod
  • W meksykańskiej niewoli
  • Żona
  • Dziwa lingwistyki
  • Moonshine
  • Jeszcze o prohibicji
  • Marność bogactw
  • Pożegnanie

CZĘŚĆ DRUGA

  • Wicenty odnaleziony
  • Ucieczka
  • Niejasne sprawy
  • Hanusia
  • Złe moce
  • Ustanowienie postu
  • Tajny agent
  • Uzurpatorzy
  • Zakładnik
  • Nocni goście
  • List

CZĘŚĆ TRZECIA

  • Nocleg w szafie
  • Rachunki wyrównane
  • Sobótki
  • Trudności formalne
  • Schizma w Chicago
  • Dawne dzieje, dawne sposoby
  • Gniazdo
  • Leniwa jabłoń

 


fragment książki

Nemrod

Przypinaliśmy przed domem narty – wszyscy trzej: Jerzy, Wacek i ja. W nocy spadł świeży śnieg, a teraz niebo błyszczało poranną pogodą i iskrzącym werniksem mrozu. Każde wypowiedziane słowo ulatywało w powietrze dźwięczną bańką i rozpryskiwało się w górze z wesołym brzękiem. Gałęzie świerków obciągnęła w dół ciężka okiść, a krzywa sosna nad drogą zgięła pod nią swój płaski łeb smoka i stała się jeszcze bardziej chińska niż zwykle.

Rozpierała nas radość, mieliśmy ochotę krzyczeć i skakać, tylko baliśmy się zmącić hałasem przezroczystość poranka i otrząsnąć nietkniętą, migocącą biel.

Wicenty jak zawsze wyszedł przed próg przyjrzeć się naszym przygotowaniom. Za każdym razem wyprowadzał nas w ten sposób, sprawdzając okiem znawcy stan pogody i udzielając nam cennych, choć najczęściej nie wykorzystywanych przez nas rad, gdzie iść i którędy zjeżdżać.

– Dziś, panowie, nie pójdziecie cheba daleko – rzekł, kiedy gotowi do drogi, wsuwaliśmy dłonie w pętle kijków. – Hań, nad stawiskiem i na Karpielowej roli, będziecie mieli fajną jazdę.

– E, co tam nad stawiskiem! Pójdziemy na szczyt, panie Wicenty. Niech pan zrobi obiad dopiero na jaką trzecią.

Zmarszczył brwi, wydłużył górną wargę i rzucił mi spojrzenie pełne tajemniczej powagi.

– Radzę wam, panowie, nie chodźcie lepiej do lassa.

– Ale dlaczego?!

– Są wilki w Libogoscu. Leśny mi mówił przedwczorem. Jes ik dwok. Straśnie złe bestyje.

Jerzy śmiejąc się podniósł w górę kijek i dźgnął nim przed siebie jak floretem.

– Na wilki mamy to, niech tylko spróbują się zbliżyć.

– Niek się pan nie śmieje, panie szanowny – rzekł Wicenty, wyraźnie zgorszony jego lekkomyślną wesołością. – Wilk to jes srogi zwierz. Z nim nie ma śpasu. Co mu taką lozecką zrobi? Wcale nic! Na tego diaska to już gwołtu potrzebna porzomna broń. Ej, żeby ja miał jeszce tę dabeltówką, com ją miał w Hameryce!

– Jak się na nas rzucą – powiedział Wacek – zostawimy im Jurka, on jest najtłustszy.

Widząc, że puściliśmy jego przestrogę mimo uszu i że zabieramy się do odejścia, Wicenty postąpił ku nam krok z miną poufną.

– Jes, panowie, jedna rada na tego pierona – zaczął zniżając głos, jakby w obawie, że podstępny wilk podsłuchuje w ośnieżonych jałowcach. – To się wam może będzie widziało dziwne, ale ja to już nieroz wypraktykował. Najbardziej na wściekłyk psak, ale wściekły pies i wilk to jak rodzoni bracia. Kiedy taka bestyja człowieka goni, to ino kucnąć, spuścić portki i załatwić swoją potrzebę. Jak w to nos wrazi, to do krzty straci wek i nie pójdzie dali.

Śmiał się razem z nami, aż łzy wezbrały mu w kącikach małych oczek, ale mimo to obstawał przy skuteczności swojego sposobu.

– To jes święta prawda, panowie. Jakby się wam co trefiło, sami zobaczycie. To już jes przezwarunkowo dobre!

Na szczęście nic nie „trefiło” się nam owego pięknego dnia i nie mieliśmy okazji wypróbować rady Wicentego. Tylko dwie sarny przeskoczyły nam drogę pod szczytem, a na wielkiej polanie przecięliśmy sznureczek rozważnie odmierzonego lisiego śladu. Niemniej wieczór upłynął pod znakiem leśnych spraw i łowieckich przygód. Wicenty i w tej dziedzinie miał bogate doświadczenie. Wprawdzie tutejsze góry opustoszały już ze zwierzyny, ale pamiętał ze swoich lat dziecinnych, jak nikt nie ważył się iść w las bez siekiery, jak zimą wilki podchodziły pod samą wieś i porywały bydło z obór, a latem trzeba było po nocach pilnować pól ziemniaczanych, pustoszonych przez dziki. Dziki tu były „straśne”. Ojciec Wicentego ubił kiedyś w Szczypkowych potokach takiego smoka, co samego ryja miał półtora metra. Zasolili później „mięso” do beczek i przez cały rok mieli co jeść, a ze skóry zrobili siedzenia do bryczki.

A sarnów co tu było, to niepodobnie! Ludzie łapali to na oka, a już w święta nie było chałupy, żeby nie warzyli sarniny. Poniektórzy robili sobie z sarniej skóry kabaty, bo to mięciućkie, a mocne. Ale raz to było śmiesznie.

Szli chłopy z Wiśniowe do Pcima na jarmak i prawie przechodzili przez Lubogoszcz. Słyszą, a tu w gąstwinie pod małym szczytem cosi tak żałośnie becy. Zaczęli szukać i znaleźli młodziutką sarenkę, taką, powiedzieć, jak kózka. Chwyciła się na oko za szyję i już była do krzty słaba. Patrzy na nich tak miłosiernie, że aż im się zrobiła litość. Spodobała im się. Mówią: „Puścimy toto, niek lace”. Ale wójtowi, co z nimi był, tak się udała, że postanowił zabrać ją do domu i chować przy gadzinie. Wtedy ludzie nosili jeszcze takie szerokie pasy, co to w nich były kieszonki na pieniądze i na tabak. Wójt miał właśnie na sobie taki pas, a w nim czterdzieści reńskich, co je zabrał, żeby kupić we Pcimiu krowę. Założył to sarnie na kark, jak obrożę, i wiedzie ją na dół. No i pięknie. Uszli tak kawałek pomalućku, sarna skrzepiła się trochę za ten czas i nagle jak nie skoczy! Wójt ino kopytami wierzgnął, a ta poszła! Co się jej naszukali, nagonili, to szkoda gadać. Aż dopiero za dwa roki upolował ją myśliwy w hrabskim lessie koło Poręby. Miała jeszcze na szyi ten pasek, ale pieniądze musiała przepić, bo kieszonki były do krzty puste.

– Ej, było tu zwierzyny rozmaitej, było, ale i tak nie tyle, co w Hameryce…

W kuchni ściemniało się już, kiedy wraz z Wicentym porzuciliśmy przetrzebione beskidzkie lasy, żeby przenieść się w potężne puszcze Nowego Świata.

Było nam ciepło i zacisznie, nogi i ramiona mieliśmy ciężkie od przyjemnego zmęczenia. Na blasze skwierczał i pryskał topiący się tłuszcz, a jego gęsta woń przydawała jeszcze jedno łagodne brzemię naszej ociężałości. Tylko pręgowany kocur nie poddawał się temu nastrojowi błogiego odpoczynku. Rozdrażniony zapachem niedostępnej kolacji, ocierał się o róg pieca i wtrącał się do rozmowy miauczeniem coraz głośniejszym, coraz bardziej nabrzmiałym irytacją.

– Będziesz ty cicho, bestyjo! – upominał go Wicenty, ale skutkowało to najwyżej na parę sekund. – Poczekaj, zrobię ja z tobą porządek, diasku – rzekł. Wziął z kąta siekierę i wywijając nią groźnie, otworzył drzwi. – Kyciuś, do pola! – ryknął, aż wszyscy trzej podskoczyliśmy na naszych stołkach.

Puszysta smuga śmignęła przez kuchnię i drzwi zamknęły się z trzaskiem. Mogliśmy słuchać dalej bez przeszkód.

Najbardziej „burżujskim” okresem w życiu Wicentego były czasy, kiedy prowadził taksówkę. W każdą niedzielę zabierał wtedy żonę i jechali sobie na wycieczkę, odpocząć od miejskiego zgiełku. Razu pewnego wszakże jedna z tych wypraw omal nie skończyła się tragicznie. Zatrzymali się na szosie, gdzieś w stanie Wisconsin, i zostawiwszy samochód, zapuścili się w las, który w tym miejscu był bardzo piękny i dziki. Rosło tu nieprzebrane mnóstwo borówek, takich „ślicnyk” i wielkich jak „źrały angryst”. Zbierali je idąc coraz dalej i dalej, aż wreszciej zabłąkali się w okropnym gąszczu, wśród pni obrosłych mchem i paproci wysokich na chłopa. Żona Wicentego szła przodem. Parę razy nawoływał ją, żeby zawróciła, ale ona „waryjowała” za tymi borówkami. Ciągle jej było mało. Nagle wyszli na jakąś wielką polanę. „Popatrz, Wicuś – mówi żona – tu ktosi mieszka czy co?” Rzeczywiście, pod drzewami z drugiej strony coś jakby wioska. Małe domki, właściwie raczej budki, ustawione równo w półkole. Przystanęli oboje i patrzą. Aż tu powoli otwierają się drzwiczki jednej z budek, ukazuje się wielka kosmata łapa, a potem – „niek no panowie zgadną” – niedźwiedź! „Taki straśny, z okropnymi kielcami, cołkiem czorny, jak ancyjas”. Aż im nogi odjęło z przerażenia. A ten pieron „pożrał” na nich bokiem, wywalił czerwony jęzor, „duźki do pasa”, mruknął, fuknął na nosie i idzie ku nim „na nogak, jak człowiek”. Nie uszedł jeszcze i pięciu kroków, a tu otwierają się drugie, trzecie, czwarte drzwiczki, z każdej budki wyłazi takie samo niedźwiedzisko. Wicentowie rzucili się do nieprzytomnej ucieczki. A te „kolery” dalejże prać w nich kamieniami.

– No, dajcie wy mnie spokój! Już się widziało, że ze wszyćkim człowieka zabiją. Ino łupkało po pniak.

Miały bestyje co sto kroków poukładane kupki kamieni pod drzewami. Co który dopadł takiego kopca, prasnął ze dwa, trzy razy za uciekającymi i leciał dalej. A takie to było „zawziute”, że kiedy Wicentom udało się wreszcie wskoczyć do samochodu, wypadły całą zgrają na drogę i z daleka jeszcze bombardowały umykającą pełnym gazem taksówkę. Szczęście od Boga, że skończyło się na wybitej tylnej szybie.

Można powiedzieć, że w tym wypadku Wicenty był zwierzyną. Ale zdarzało mu się często występować również w roli łowcy, i to była jego „największe uciecha”. Razem z kilku równie jak on zapalonymi kompanami dzierżawił wspaniałe tereny myśliwskie w Kanadzie. Było to bardzo dobrane towarzystwo.

– Sama arestokracyja. Fotograf Rozajski – ów Rożański wymieniany bywał w opowiadaniach Wicentego jako najwyższy i wszechstronny autorytet – mlikman Boyda, dwok kongresmanów i jeden taliański restaurator z Gary Indiana.

Znakomity ten zespół spędzał razem weekendy i dokonywał istnych pogromów w swym kanadyjskim rewirze. A nie były to zwykłe polowania, takie, jakimi zabawiają się ludzie tu, w starym kraju. Wicenty i jego towarzysze nie posługiwali się bronią palną.

Wyruszali na łowy uzbrojeni w długie dzidy i dosiadłszy specjalnie w tym celu tresowanych słoni. Mniejsza zwierzyna, jak sarny, lisy, zające, nie interesowała ich zupełnie. Przepuszczali ją pogardliwie. Bili tylko lwy i tygrysy, no i czasem niedźwiedzie, jak nie było nic lepszego pod ręką.

Muszę wyznać, że tej ostatniej historii słuchałem z pewnym zniecierpliwieniem. Bałem się, że prestiż Wicentego ucierpi w oczach moich gości. Toteż kiedy skończył, pierwszy raz w życiu spróbowałem zaoponować.

– Pan się chyba pomylił, panie Wicenty – rzekłem. – Te polowania odbywały się pewnie w Afryce.

Wydał się trochę zaskoczony moją insynuacją.

– Nie, to było w Kanadzie, panie szanowny.

– Ale w Kanadzie – zmieszany brnąłem dalej – nie ma przecież lwów ani tygrysów. Słoni tam też nie ma, o ile mi wiadomo.

– A skąd pan wie? – zapytał chłodno, odsuwając patelnię z fajerki.

– Z książek.

– E, panie, w książkak różnie piszą.

– Uczyłem się geografii…

Wicenty przyklęknął u drzwiczek pieca i dmuchał pilnie w żar. Przez długą chwilę słychać było w kuchni tylko trzask ożywianego ognia i błagalne miauczenie kocura pod progiem. Wreszcie Wicenty powstał i rzucił mi inkwizytorskie spojrzenie.

– Był pan w Kanadzie?

– Nie, nie byłem – wyznałem pokornie.

– A ja byłem, panie szanowny – oświadczył dobitnie, tonem urażonej godności.