„Rafa” Jan Józef Szczepański – e-book

„Rafa” Jan Józef Szczepański – e-book
1/100%/5


RAFA-600X860X300

Co łączy różne miejsca w czasie i przestrzeni? Opowiadania Szczepańskiego, mistrza krótkiej formy, stanowią udaną próbę wypreparowania tych subtelnych procesów i zjawisk, właściwych dla naszej tradycji i kultury, które mają charakter ponadczasowy i uniwersalny.

Oglądani z jakiegoś odległego, pozaziemskiego punktu widzenia, jesteśmy czymś w rodzaju koralowców. Przerabiamy materię, wznosimy – warstwa po warstwie – tajemnicze budowle, z których galerii i komnat czas wypłukuje nieczystości naszego organicznego życia. Rośnie nieustannie rafa naszych tworów – domów, pałaców, świątyń, stołów, łóżek, obrazów, naczyń, pomników, maszyn. Z trwałości rafy, która kruszy się i wietrzeje z powolnością przypominającą erozję górskich łańcuchów, czerpiemy otuchę, zagrożoną nieustannie poczuciem znikomości naszych miękkich ciał, a także ulotności naszych uczuć i myśli. Ale nawet ta otucha nie jest pozbawiona odcienia grozy. Duma z tworzenia i posiadania rzeczy podszyta jest lękiem przed niewolą u rzeczy, a czasem zawiścią i buntem.

Jan Józef Szczepański


Informacja o książce

Jan Józef Szczepański
Rafa
© Copyright by Michał Szczepański, 2013
projekt okładki: Joanna Karwowska
korekta: Tomasz Lem
© Copyright for this edition: Pro Auctore Wojciech Zemek
www.cyfrant.pl
ISBN 978-83-63471-34-7

Kraków
2013
Wszelkie prawa zastrzeżone

cena: 24,90 PLN


Spis treści:


fragment książki

Biskup jedzie przez morze

Pora jest przedwieczorna. To moment, kiedy słońce opuściło się już poza horyzont na tyle głęboko, aby nie zdradzać miejsca swego odejścia – ani wiązkami promieni, ani jaskrawą łuną. Jego rozrzedzony, stygnący blask obejmuje teraz równomiernie cały widnokrąg słabnąc i szarzejąc stopniowo w wyższych regionach kopuły nieba. Blask ten jest żółty. Bardzo jasna, przezroczysta żółtość, przepojona jednak wyraźnie temperaturą dogasania, w której cieple czuje się wzbierający chłód i której światłość rodzi miękkie, zawleczone fioletem cienie. Spłaszczone sylwetki gór, czy raczej wzgórz o łagodnych lesistych grzbietach, odcinają się od tego tła z wielką wyrazistością – ciemniejsze na bliższych planach, w głębi bladoniebieskie, ale wszystkie obwiedzione tak samo ostrym konturem. Ich odbicia w wodzie, bledsze o ton, zanurzają się w smudze kolejnego odbicia tamtej żółtości na niebie, podchodzącej w odmiennym żywiole odcieniami zieleni, która wkrótce ciemnieje aż do pełnego coraz mętniejszych refleksów granatu. Cała powierzchnia wody pokryta jest łuską małych, płaskich fal, takich, jakie podnosi jednostajnie wiejący słaby wiatr wieczoru. Niebo zresztą też nie jest jednolite. W połowie wysokości zaciąga je ławica delikatnych, rozpływających się w przestrzeni obłoczków, opalizujących wspomnieniami błękitu i różu. Dzięki takiemu układowi planów i barw, pas żółtej światłości, przecinający w poprzek cały krajobraz, stanowi głęboką szczelinę, wciągającą spojrzenie w dal – pełną powietrza i ciszy.

Ta głąb jedynie pozwala wierzyć w morze, bo opisany pejzaż, będący tłem dla postaci biskupa i jego osobliwej łodzi, przywodzi na myśl raczej jezioro – duże, usypiające po zachodzie słońca jezioro w górzystym terenie. Można nawet domyślić się, że autor obrazka zapewne nigdy prawdziwego morza nie widział i że próbował je sobie wyobrazić na podstawie dostępnych oczom widoków, takich na przykład jak zalew w Rożnowie.

Dochodzenie geograficznych realiów nie ma tu zresztą żadnego znaczenia, ponieważ rzecz cała dzieje się w krainie poezji.

Zacznijmy od łodzi czy arki biskupa. Żaden marynarz ani żaden szkutnik nie spotkał się nigdy z podobną konstrukcją. Jest to koń. Bardzo długi, płowego, niczym sarna, koloru, ze sterczącymi uszami i wygiętą do góry szyją. Umieszczony na rodzaju cokołu w kształcie płaskodennej krypy, której burtę zdobi rząd niebieskich kropek (może okienek, a może ćwieków), obejmuje podkurczonymi jakby w niezdarnym galopie nogami nadbudówkę – kanciasty domek o czterech nierównej wielkości oknach weneckich, których ciemne kwatery odbijają refleksy wody. Należy przypuszczać, że są to pomieszczenia dla załogi i pasażerów, ale chodzi tu chyba o krasnoludki, bo biskup nie zmieściłby się w owym domku żadną miarą. Biskup jest ogromny zarówno wzrostem, jak dostojeństwem. Siedzi na koniu, na zielonkawej wyblakłej derce zastępującej siodło – jego noga opiera się o burtę krypy, a jego czerwona infuła sięga górnego skraju malowidła. Odchylony do tyłu, aby zrównoważyć ciężar długiego pastorału ze ślimaczo zwiniętą głowica, który dzierży w prawej ręce, podnosi równocześnie rękę lewą gestem hieratycznego błogosławieństwa. Uderza różnica wielkości obu dłoni. Podczas gdy prawa jest normalna, lewa, błogosławiąca, dorównuje rozmiarami głowie dostojnika, co należy sobie tłumaczyć doniosłością funkcji. Biskup odziany jest w ceglastego koloru kapę z pelerynką – zapewne brokatową, bo migoce na niej ślad niebieskiego deseniu – spod której widać coś w rodzaju szpitalnej piżamy w bladoniebieskie prążki. Włosy ma długie, trefione, rudawego odcienia i takąż obfitą brodę, dodającą obliczu patriarchalnej powagi. Głowę otacza żółta, owalnie spłaszczona aureola, obwiedziona grubym konturem. U samego dołu kompozycji widać napis rozciągnięty na całą jej szerokość, spełniający raczej dekoracyjną niż informacyjną rolę. Prawdopodobnie należy on do ikonograficznej konwencji, przeniesionej tu z ludowego drzeworytu. Słowa, nieoddzielone odstępami, tworzą jeden ciąg dziecinnie niezgrabnych kulfonów. „FKRYNICYWIESPAOMKIPOWIATNIRWCA”. Jest to bełkot półanalfabety i półniemowy.

To, że „biskup jedzie przez morze”, wyjaśnił mi sam Nikifor swym trudnym do zrozumienia pobekiwaniem. Ale cel owej podróży nie został przede mną odkryty. Jest to zapewne podróż metaforyczna, równie dobrze można jednak przypuszczać, że ma ona jakiś określony charakter służbowy. Wizytacja na przykład. Przedmiotem błogosławieństw napęczniałej od godności lewicy świątobliwego męża nie muszą być obłoki i fale. Może to być tłum wiernych, zgromadzonych na niedalekim już, choć niewidocznym brzegu, którzy wylegli do przystani Kobyle-Gródka, Antiochii albo Koryntu, aby powitać swego pasterza. Ale jakikolwiek byłby sens morskiej podróży biskupa, powaga przedsięwzięcia nie ulega wątpliwości. Tego jestem całkowicie pewien. Nie może tu być mowy o czymś takim, jak estetyczny kaprys czy tym bardziej frywolny zamiar epatowania widza. Świat, w którym się to dzieje, chociaż wydaje się dziwnym – i dzięki temu zwraca na siebie uwagę ludzi o wyrafinowanych czy nawet przewrotnych gustach – jest światem prawdziwym, światem głębokiego wewnętrznego doświadczenia. Dlaczego dziwić się korabiowi w kształcie konia? Czyż świętość, sama w sobie nie jest czymś niezwykłym? I czyż przedstawicielom owej najwyższej hierarchii nie przysługuje prawo przenoszenia się z miejsca na miejsce środkami niezwykłymi? W dodatku po morzu – żywiole tak tajemniczym?

Musiało ono przez długi czas absorbować wyobraźnię artysty, bo stworzył cykl takich podróży, z których żadna nie miała trywialnych, komunikacyjnych czy handlowych celów. Powstała cała flotylla statków hieratycznych, statków o wzniosłym przeznaczeniu. A więc łódź Piotrowa, ocieniona rodzajem masywnego parasola na grubym maszcie – parasola w formie dwuspadowego gontowego dachu wiejskiej kapliczki ze sterczącym na szczycie krzyżem. A więc pływająca altana z kolumienkami i łukowymi sklepieniami, której wnętrze – zamiast strażackiej orkiestry, przygrywającej na zdrojowym deptaku – wypełniają rozśpiewane anioły.

„Prawdziwy Nikifor!” – wykrzykują niektórzy z moich znajomych. „Fantastyczny! Ten koń… co za pomysł!” I najczęściej uśmiechają się tak, jakby patrzyli z bardzo wysoka, ze szczytu góry usypanej ze skarbów ich własnych kulturalnych zdobyczy – ich wrażliwości, ich estetycznego „oblatania”, ich liberalizmu i poczucia humoru. Są jednak i tacy (starsi przeważnie), którzy mówią: „No, tak… teraz moda na naiwność. To nawet zabawne. Ale nie przesadzajmy. Tak uczciwie i po prostu – to przecież bohomaz”.

Czasami, przyznaję, czuję się wspólnikiem tych pierwszych. Oglądanie świata z wyżyn własnej subtelności ma swoje uroki. Ratuje mnie jednak (przed czym? – może przed lekkością nadmierną, przed niebezpieczeństwem oderwania się od ziemi) brak skłonności kolekcjonerskich.

Podróż Nikiforowego biskupa przez morze nie jest jednym z eksponatów mojego prywatnego muzeum. Jest… jak by to określić? jest oknem. Jednym z okien przebijających ściany mojego świata. Od dwudziestu już lat zaglądam w to okno z niesłabnącą ciekawością i z niezmiennym bezradnym zadziwieniem. I nieraz doświadczam przy tym szczególnego niepokoju. Czuję, że biskup, zatopiony w swej złocistej, niedostępnej dla mnie dali, mija mnie nieubłaganie i że błogosławieństwo jego ogromnej lewicy nie spływa na moją głowę.

[…]