„Summa technologiae” Stanisław Lem – e-book

oceń książkę

summa_katalog

„Summa technologiae” to najsłynniejszy z esejów Lema. Napisana w latach sześćdziesiątych, prorocza wizja dalszego rozwoju nauki i technologii, a w szczególności zaskakująco trafna prognoza rozwoju informatyki i biotechnologii. Radykalna filozoficznie koncepcja rozwoju Rozumu jako władzy niejako autonomicznej, który w końcu dystansuje i podporządkowuje sobie Naturę. Dzisiejszy czytelnik lwią część książki przyjmuje jako oczywistość, co najlepiej dowodzi daru przewidywania autora.


Summa technologiae to najsłynniejszy z esejów Lema. Napisany w początkach lat sześćdziesiątych, był niezwykłą na owe czasy wizją dalszego rozwoju nauki i technologii, trafną prognozą roli, jaką w naszych czasach odegra informatyka i biotechnologia.

Dzisiejszy czytelnik nie jest w stanie docenić w pełni daru przewidywania cechującego autora Summy. Niektóre jej rozdziały przyjmie jako oczywistość, co dowodzi najlepiej, jak bardzo przed czterdziestoleciem były prorocze. Lem dostrzegał przede wszystkim ogromną rolę, jaką odegra w nadchodzących dekadach doskonalenie sztucznego myślenia jako dźwignia technologicznego rozwoju. Stawiając na oderwanie myślenia od jego naturalnego podłoża, jakim jest ludzki mózg, jednocześnie widział doskonale, że technika nieprędko będzie mogła doścignąć naturę w jej konstrukcyjnej perfekcji – stąd prognozy wykorzystania genetyki do wytworzenia hybryd, wykorzystujących po części mechanikę, po części zaś sterowanie rozwojem organizmów tak, by działały zgodnie z życzeniami inżyniera.

Ale Summa jest czymś więcej: to radykalna filozoficznie wizja rozwoju Rozumu jako władzy niejako autonomicznej, rozwijającej się w myśl praw przypominających prawa ewolucji. Ów Rozum, ewoluując, podporządkowuje sobie z wolna Naturę, wprzęga jej procesy we własną działalność, przez człowieka stworzony – autonomizuje się i wreszcie służyć może – jako kreator coraz doskonalszych narzędzi – do wytworzenia dla swych konstruktorów sztucznej rzeczywistości (dziś nazwalibyśmy ją „wirtualną”) i otoczenia ich kokonem ułudy, zapewniającej im nieznane dziś przyjemności, ale też izolującej od świata. Nawet „Boga z Maszyny” wykoncypował Lem dla swej przyszłej ludzkości, czyniąc w końcu Rozum i Technologię instancjami wszędobylskimi, zastępującymi siły nadnaturalne czy transcendentne. Nie dziwi więc, że tytuł książki zaczerpnął autor – z drobną modyfikacją – od św. Tomasza z Akwinu. Summa technologiae jest wszak owocem prawdziwej fascynacji nowymi możliwościami wiedzy, która sięga po rząd dusz i panowanie nad światem.

 

Jerzy Jarzębski


Informacja o książce

Stanisław Lem
„Summa technologiae”
© Copyright by Barbara i Tomasz Lem, 2013
projekt okładki: Anna Maria Suchodolska
zdjęcie na okładce: © EAST NEWS/PIOTR JASKOW
© Copyright for this edition: Pro Auctore Wojciech Zemek
www.cyfrant.pl
ISBN 978-83-63471-28-6
Kraków
2013
Wszelkie prawa zastrzeżone


SPIS TREŚCI

I. Dylematy

II. Dwie ewolucje

  • Wstęp
  • Podobieństwa
  • Różnice
  • Pierwsza przyczyna
  • Kilka naiwnych pytań

III. Cywilizacje kosmiczne

  • Sformułowanie problemu
  • Sformułowanie metody
  • Statystyka cywilizacji kosmicznych
  • Katastrofizm kosmiczny
  • Metateoria cudów
  • Unikalność człowieka
  • Inteligencja: przypadek czy konieczność?
  • Hipotezy
  • Votum separatum
  • Perspektywy

IV. Intelektronika

  • Powrót na Ziemię
  • Bomba megabitowa
  • Wielka gra
  • Mity nauki
  • Wzmacniacz inteligencji
  • Czarna skrzynka
  • O moralności homeostatów
  • Niebezpieczeństwa elektrokracji
  • Cybernetyka i socjologia
  • Wiara i informacja
  • Metafizyka eksperymentalna
  • Wierzenia elektromózgów
  • Duch w maszynie
  • Kłopoty z informacją
  • Wątpliwości i antynomie

V. Prolegomena wszechmocy

  • Przed Chaosem
  • Chaos i Ład
  • Scylla i Charybda, czyli o umiarze
  • Milczenie Konstruktora
  • Szaleństwo z metodą
  • Nowy Linneusz, czyli o systematyce
  • Modele i rzeczywistość
  • Plagiaty i kreacje
  • Obszar imitologii

VI. Fantomologia

  • Podstawy fantomatyki
  • Maszyna fantomatyczna
  • Fantomatyka obwodowa i centralna
  • Granice fantomatyki
  • Cerebromatyka
  • Teletaksja i fantoplikacja
  • Osobowość i informacja

VII. Stwarzanie światów

  • Wstęp
  • Hodowla informacji
  • Inżynieria językowa
  • Inżynieria transcendencji
  • Inżynieria kosmogoniczna

VIII. Paszkwil na ewolucję

  • Wstęp
  • Rekonstrukcja gatunku
  • Konstrukcja życia
  • Konstrukcja śmierci
  • Konstrukcja świadomości
  • Konstrukcje oparte na błędach
  • Bionika i biocybernetyka
  • Oczami Konstruktora
  • Rekonstrukcja człowieka
  • Cyborgizacja
  • Maszyna autoewolucyjna
  • Zjawiska pozazmysłowe

Zakończenie

Literatura omawiana w tekście
Przypisy
Przypisy dodatkowe

 


FRAGMENT

1

Mowa ma być o przyszłości. Ale czy rozprawiać o przyszłych różach nie jest zajęciem co najmniej niestosownym dla zagubionego w łatwopalnych lasach współczesności? A badanie kolców tych róż, doszukiwanie się kłopotów praprawnuka, gdy z ich dzisiejszym nadmiarem nie umiemy się uporać, czy taka scholastyka nie zakrawa aby na śmieszność? Gdybyż mieć chociaż takie usprawiedliwienie, że szuka się środków krzepiących optymizm albo że działa się z umiłowania prawdy, widzialnej ostro właśnie w przyszłości, wolnej od burz, także dosłownych, po opanowaniu klimatów. Uzasadnieniem tych słów nie jest jednak ani pasja akademicka, ani optymizm niewzruszony, nakazujący wiarę, że cokolwiek się stanie, koniec będzie pomyślny. Uzasadnienie to jest zarazem prostsze, bardziej trzeźwe i chyba skromniejsze, bo biorąc się do pisania o jutrze, robię po prostu to, co umiem, mniejsza nawet o to, jak dobrze umiem, skoro jest to moja umiejętność jedyna. A jeśli tak, to praca moja nie będzie ani mniej, ani bardziej zbędna od każdej innej pracy, bo każda na tym przecież się opiera, że świat istnieje i że dalej będzie istniał.

Upewniwszy się tak, że zamiar wolny jest od nieprzyzwoitości, spytajmy o zasięg tematu i metodę. Mowa będzie o rozmaitych aspektach cywilizacji, dających się pomyśleć, wywiedlnych z przesłanek znanych dziś, jakkolwiek nikłe jest prawdopodobieństwo ich ziszczenia. Fundament naszych konstrukcji hipotetycznych stanowić mają z kolei  t e c h n o l o g i e, to jest  w a r u n k o w a n e  s t a n e m  w i e d z y  i  s p r a w n o ś c i  s p o ł e c z n e j  s p o s o b y  r e a l i z o w a n i a  c e l ó w  p r z e z  z b i o r o w o ś ć  u p a t r z o n y c h, jak również takich, których przystępując do dzieła, nikt nie miał na oku.

Mechanizm poszczególnych technologii, zarówno istniejących, jak i możliwych, nie interesuje mnie i nie musiałbym się nim zajmować, gdyby kreacyjna działalność człowieka wolna była, na podobieństwo boskiej, od wszelkich zanieczyszczeń mimowiednością – gdybyśmy, teraz czy kiedykolwiek, potrafili zrealizować nasz zamiar w stanie czystym, dorównując metodologicznej precyzji Genezis, byśmy, mówiąc „niech się stanie światło”, otrzymywali w postaci produktu końcowego samą tylko jasność bez niepożądanych domieszek. Jednakże wspomniane wyżej rozdwajanie się celów, a nawet zastępowanie upatrzonych innymi, jakże często niechcianymi, jest zjawiskiem typowym. Malkontenci dopatrują się zbliżonych zakłóceń w dziele boskim nawet, zwłaszcza od uruchomienia prototypu istoty rozumnej i oddania tego modelu, Homo sapiens, do produkcji masowej – ale tę część rozważań pozostawimy raczej teotechnologom. Dość, że czyniąc cokolwiek, człowiek prawie nigdy nie wie, co właściwie czyni – w każdym razie nie wie do końca. Aby sięgnąć od razu skrajności: zagłada Życia na Ziemi, tak dziś możliwa, nie była celem dążeń żadnego z odkrywców energii atomowej.

Tak zatem technologie interesują mnie niejako z konieczności, gdyż określona cywilizacja obejmuje zarówno to wszystko, czego zbiorowość pragnęła, jak i to, co nie było niczyim zamiarem. Niekiedy, często nawet, technologię poczynał przypadek, gdy na przykład szukało się kamienia filozoficznego, a wynajdywało porcelanę, ale udział zamierzenia, świadomego celu, w całokształcie zabiegów, sprawczych względem technologii, rośnie w miarę postępów wiedzy. Co prawda, stając się rzadszymi, niespodzianki osiągać mogą za to bliskie apokaliptycznym rozmiary. Jak właśnie powiedziało się wyżej.

Mało jest technologii wyzutych z obosieczności, jak wskazuje przykład kos przytwierdzanych do kół hetyckich wozów bojowych lub przysłowiowo na miecze przekuwanych lemieszy. Każda technologia jest w zasadzie sztucznym przedłużeniem naturalnej, przyrodzonej wszystkiemu, co żywe, tendencji do panowania nad otoczeniem, a przynajmniej do nieulegania mu w walce o byt. Homeostaza – jak uczenie nazywa się dążność do stanu równowagi, czyli do trwania na przekór zmianom – wykształciła oporne wobec sił ciążenia szkielety wapienne i chitynowe, ruchliwość dające nogi, skrzydła i płetwy, ułatwiające pożeranie kły, rogi, szczęki, układy trawienne, broniące przed nim pancerze i kształty maskujące, aż doszła w uniezależnianiu organizmów od otoczenia do regulacji stałej ciepłoty ciała. W taki sposób powstały wysepki malejącej entropii w świecie jej powszechnego wzrostu. Do tego się ewolucja biologiczna nie ogranicza, z organizmów bowiem, z typów, klas i gatunków roślinnych i zwierzęcych buduje z kolei całości nadrzędne, nie wysepki już, lecz wyspy homeostazy, kształtując całą powierzchnię i atmosferę planety. Przyroda ożywiona, biosfera, jest zarazem współpracą i pożeraniem się, sojuszem zrośniętym nierozdzielnie z walką, jak wskazują wszystkie zbadane przez ekologów hierarchie: są to, wśród form zwierzęcych zwłaszcza, piramidy, u których szczytu królują wielkie drapieżce żywiące się zwierzętami mniejszymi, a te znów innymi, i dopiero u samego spodu, u dna państwa życia działa wszechobecny na lądach i w oceanach zielony transformator energii słonecznej w biochemiczną, który bilionem niepozornych źdźbeł utrzymuje na sobie zmienne, bo przemijające formami, ale trwałe, bo nie ginące jako całość, masywy życia.

Homeostatyczna, technologiami, jako swoistymi organami, posługująca się działalność człowieka uczyniła go panem Ziemi, potężnym właściwie tylko w oczach apologety, którym jest on sam. Wobec zaburzeń klimatycznych, trzęsień ziemi, rzadkiego, ale realnego niebezpieczeństwa upadku wielkich meteorów człowiek jest w gruncie rzeczy tak samo bezradny, jak w ostatnim glacjale. Owszem – wytworzył technikę niesienia pomocy poszkodowanym takimi czy innymi kataklizmami. Niektóre umie – chociaż niedokładnie – przewidywać. Do homeostazy na skalę planety jest jeszcze daleko, a cóż dopiero mówić o homeostazie w wymiarze gwiazdowym. W przeciwieństwie do większości zwierząt człowiek nie tyle przystosowuje siebie do otoczenia, ile otoczenie przekształca według swych potrzeb. Czy będzie to kiedykolwiek możliwe wobec gwiazd? Czy powstać może, niechby w najodleglejszej przyszłości, technologia zdalnego sterowania przemianami wewnątrzsłonecznymi, tak aby istoty, nie do wyobrażenia nikłe w stosunku do masy słonecznej, umiały dowolnie powodować jej miliardoletnim pożarem? Wydaje mi się, że to jest możliwe, a mówię to nie aby wielbić i beze mnie dostatecznie sławiony geniusz ludzki, ale przeciwnie, by utworzyć szansę kontrastu. Jak dotąd, człowiek nie wyogromniał. Wyogromniały tylko jego możliwości czynienia drugim dobra lub zła. Ten, kto będzie mógł zapalać i wygaszać gwiazdy, potrafi unicestwiać całe globy zamieszkane, z astrotechnika stając się gwiazdobójcą, zbrodniarzem o randze nie byle jakiej, bo kosmicznej. Jeśli tamto, również i to jest, jakkolwiek nieprawdopodobne, jakkolwiek nikłą obciążone szansą ziszczenia, możliwe.

Nieprawdopodobieństwo – dodam od razu niezbędne wyjaśnienie – nie wynika z mojej wiary w konieczny triumf Ormuzda nad Arymanem. Nie ufam żadnym przyrzeczeniom, nie wierzę w zapewnienia podbudowane tak zwanym humanizmem. Jedynym sposobem na technologię jest inna technologia. Człowiek wie dzisiaj więcej o swych niebezpiecznych skłonnościach, niż wiedział sto lat temu, a za następnych sto lat wiedza jego będzie jeszcze doskonalsza. Uczyni z niej wówczas użytek.

2

Przyspieszenie tempa rozwoju naukowo-technicznego stało się już tak wyraźne, że nie trzeba być specjalistą, aby je zauważyć. Myślę, że powodowana przez nie zmienność warunków życiowych jest jednym z czynników wpływających ujemnie na formowanie się homeostatycznych układów obyczajowo-normatywnych współczesnego świata. Gdy całokształt życia następnego pokolenia przestaje być powtórzeniem żywotów rodzicielskich, cóż za wskazania i nauki może ofiarować młodym doświadczona starość? Co prawda, to zakłócanie wzorców działalności i jej ideałów przez sam element nieustającej zmiany jest maskowane innym procesem, daleko wyrazistszym i na pewno poważniejszym w skutkach bezpośrednich, mianowicie przyspieszonymi oscylacjami tego systemu samowzbudnego o sprzężeniu zwrotnym dodatnim z bardzo słabą komponentą ujemną, jakim jest układ Wschód–Zachód, oscylujący na przestrzeni ostatnich lat między seriami kryzysów i odprężeń światowych.

Wspomnianemu przyspieszeniu narastania wiedzy i powstawania nowych technologii zawdzięczamy, rzecz jasna, szansę poważnego zajmowania się naszym tematem głównym. Tego bowiem, że zmiany zachodzą szybko i gwałtownie, nie kwestionuje nikt. Każdy, kto opisałby rok dwutysięczny jako najzupełniej podobny do naszych dni, okryłby się natychmiast śmiesznością. Podobne rzutowanie (wyidealizowanego) stanu aktualnego w przyszłość nie było dawniej zabiegiem nonsensownym dla współczesnych, jak świadczyć może przykład utopii Bellamy’ego1 [*1], który lata dwutysięczne opisał z perspektywy drugiej połowy XIX wieku, świadomie bodaj lekceważąc wszelkie wynalazki możliwe, choć jego dniom nieznane. Jako prawy humanista uważał, że zmiany powodowane technoewolucją nie są istotne ani dla funkcjonowania społeczeństw, ani dla psychiki jednostkowej. Dzisiaj nie trzeba już czekać na wnuków, aby było się komu śmiać z takich naiwności prorokowania, każdy może zabawić się sam, odkładając na parę lat do szuflady to, co opisuje się teraz jako wierną podobiznę jutra.

Tak więc lawinowe tempo przemian, stając się bodźcem podobnych jak nasze roztrząsań, równocześnie redukuje szanse wszelkich przepowiedni. Nie mam nawet na myśli Bogu ducha winnych popularyzatorów, gdy grzeszą ich mistrzowie, uczeni. P. M. S. Blackett2, znany fizyk angielski, jeden ze współtwórców rachunku operacyjnego – prac wstępnych matematycznej strategii, a więc niejako przepowiadacz zawodowy – w książce z roku 1948 przepowiedział przyszły rozwój broni atomowych i wojenne ich konsekwencje do roku 1960 tak fałszywie, jak tylko można sobie wyobrazić. Nawet ja znałem wydaną w roku 1946 książkę austriackiego fizyka Thirringa, który pierwszy opisał publicznie teorię bomby wodorowej. Blackettowi wydawało się jednak, że broń nuklearna nie wyjdzie z zasięgu kilotonowego, ponieważ megatony (gdy pisał, ów termin notabene jeszcze nie istniał) nie miałyby celów godnych rażenia. Dzisiaj mówić się już zaczyna o „begatonach” (bilion ton TNT, tj. właściwie miliard, gdyż Amerykanie „bilionem” nazywają nasz miliard, czyli tysiąc milionów). Nie lepiej powiodło się prorokom astronautyki. Zachodziły też oczywiście i pomyłki odwrotne – około roku 1955 sądzono, że podpatrzona u gwiazd synteza wodoru w hel da energię przemysłową w najbliższej przyszłości. Teraz umieszcza się stos wodorowy w latach dziewięćdziesiątych naszego stulecia, jeśli nie później. Ale nie o rozruch tej czy innej technologii idzie – lecz o nieznane takiego rozruchu konsekwencje.

3

Jak dotąd dyskredytowaliśmy przepowiednie rozwoju, podcinając niejako gałąź, na której pragniemy dokonać szeregu śmiałych ćwiczeń, a zwłaszcza – rzutu oka w przyszłość. Ukazawszy, jak beznadziejne bywa takie przedsięwzięcie, należałoby na dobrą sprawę zająć się czymś innym, nie zrezygnujemy jednak zbyt łatwo, owszem, uwidocznione ryzyko może być przyprawą dalszych rozważań, poza tym zaś popełniwszy szereg gigantycznych omyłek, znajdziemy się w doskonałym towarzystwie. Z niezliczonej ilości powodów, czyniących przepowiadanie zajęciem niewdzięcznym, wyliczę kilka, szczególnie niemiłych artyście.

Najpierw, przemiany decydujące o nagłym zwrocie istniejących technologii wyskakują nieraz ku zadziwieniu wszystkich, ze specjalistami na czele, jak Atena z Jowiszowej głowy. Wiek XX został już kilka razy zaskoczony przez nowo objawiające się potęgi, jak choćby cybernetykę. Takiego deus ex machina nie cierpi artysta, rozmiłowany w oszczędności środków i uważający nie bez słuszności, że podobne chwyty są jednym z grzechów głównych przeciw sztuce kompozycji. Cóż mamy jednak począć, skoro Historia okazuje się tak mało wybredna?

Dalej, skłonni jesteśmy zawsze przedłużać perspektywy nowych technologii liniami prostymi w przyszłość. Stąd, przezabawny dziś w naszych oczach, „świat uniwersalnie balonowy” albo „wszechstronnie parowy” utopistów i rysowników dziewiętnastowiecznych, stąd też i współczesne zaludnianie gwiazdowych przestworzy „statkami” kosmicznymi z dzielną „załogą” na pokładzie, „wachtowymi”, „sternikami” i tak dalej. Nie o to chodzi, że tak pisać nie należy, lecz o to, że takie pisanie jest właśnie literaturą fantastyczną, rodzajem XIX-wiecznej powieści historycznej „na odwrót”, bo jak wtedy przypisywało się faraonom motywy i psychikę współczesnych monarchów, tak teraz prezentuje się „korsarzy” i „piratów” XXX wieku. Można i tak się bawić, pamiętając, że to jest właśnie tylko zabawa. Historia jednak nie ma z takimi symplifikacjami nic wspólnego. Nie ukazuje nam prostych dróg rozwoju, raczej wijące się zygzaki ewolucji nieliniowej, a więc i z kanonami eleganckiego budownictwa trzeba się niestety rozstać.

Po trzecie wreszcie, utwór literacki ma początek, środek i koniec. Jak dotąd tasowanie wątków, nicowanie czasów i inne zabiegi, mające prozę unowocześnić, fundamentalnego tego podziału jeszcze nie unicestwiły. W ogóle skłonni jesteśmy umieszczać każde zjawisko w ramach schematu zamkniętego. Proszę sobie wyobrazić myśliciela lat trzydziestych, któremu przedstawiamy następującą, wymyśloną sytuację: świat w roku 1960 podzielony jest na dwie części antagonistyczne, z których każda posiada straszliwą broń, zdolną unicestwić drugą połowę tego świata. Jaki będzie rezultat? Odpowiedziałby niechybnie: całkowita zagłada albo całkowite rozbrojenie (ale nie omieszkałby pewno dodać, że koncept nasz jest lichy przez swą melodramatyczność i niewiarygodność). Tymczasem, jak dotąd, nic z takiego proroctwa. Przypominam, że od powstania „równowagi strachu” upłynęło już ponad piętnaście lat – przeszło trzy razy więcej, aniżeli trwało wyprodukowanie pierwszych bomb atomowych. Świat jest w pewnym sensie jak człowiek chory, który sądzi, że albo wnet wyzdrowieje, albo niebawem umrze, i nawet do głowy mu nie przychodzi, że może, kwękając, z okresowymi pogorszeniami i poprawami dożyć późnej starości. Porównanie ma jednak krótkie nogi… chyba że wymyślimy lek, który wyleczy radykalnie tego człowieka z choroby, lecz obdarzy go całkiem nowymi zmartwieniami, płynącymi stąd, że będzie miał wprawdzie sztuczne serce, ale umieszczone na wózeczku połączonym z nim giętką rurką. To oczywiście bzdura, ale chodzi o cenę wyzdrowienia: za wyjście z opresji (za atomowe uniezależnienie się ludzkości od ograniczonych zapasów ropy i węgla na przykład) zawsze trzeba płacić, przy czym rozmiary i terminy tej płatności, jak również sposoby jej egzekwowania z reguły są niespodzianką. Masowe stosowanie energii atomowej w celach pokojowych niesie ze sobą ogromny problem radioaktywnych popiołów, z którymi do dziś nie bardzo wiadomo, co robić. Rozwój zaś broni nuklearnych może nas wprowadzić niebawem w sytuację, w której dzisiejsze propozycje rozbrojenia, na równi z „propozycjami zagłady”, okażą się anachronizmem. Czy będzie to zmiana na gorsze, czy na lepsze, trudno orzec. Zagrożenie totalne może wzrosnąć (to znaczy, dajmy na to, zasięg rażenia w głąb wzrośnie i wymagać będzie schronów pancerzonych milowym betonem), ale szansa jego urzeczywistnienia – zmaleć, albo na odwrót. Możliwe są i inne kombinacje. W każdym razie układ globalny jest niezrównoważony, nie tylko w tym znaczeniu, że może się przechylić ku wojnie, bo to nie jest żadne novum, ale w tym przede wszystkim, że jako całość ewoluuje. Na razie jest jak gdyby „straszniej” niż w epoce kiloton, skoro są już megatony, lecz i to jest faza przejściowa, i wbrew pozorom nie należy sądzić, że wzrost mocy ładunków, szybkości ich przenoszenia i akcja „rakiety przeciw rakietom” stanowią jedyny możliwy gradient tej ewolucji. Wchodzimy na coraz to wyższe piętra technologii militarnej, wskutek czego przestarzałe stają się nie tylko konwencjonalne pancerniki i bombowce, nie tylko strategie i sztaby, ale sama istota światowego antagonizmu. W jakim kierunku będzie ewoluowała, nie wiem. Przedstawię za to fragment powieści Stapledona, obejmującej „akcją” dwa miliardy lat ludzkiej cywilizacji.

Marsjanie – rodzaj wirusów, zdolnych do łączenia się w na poły galaretowate „chmury rozumne” – zaatakowali Ziemię. Ludzie walczyli z inwazją długo, nie wiedząc, że mają do czynienia z inteligentną formą życia, a nie z kosmicznym kataklizmem. Alternatywa „zwycięstwo lub klęska” nie spełniła się. Po wiekach walk wirusy uległy zmianom tak dogłębnym, że weszły w skład plazmy dziedzicznej człowieka, i tak wytworzyła się nowa odmiana Homo sapiens.

Myślę, że jest to piękny model zjawiska historycznego o skali nam dotąd nieznanej. Prawdopodobieństwo samego zjawiska nie jest istotne, chodzi mi o jego strukturę. Historii obce są trójczłonowe schematy zamknięte typu „początek, środek i koniec”. Tylko w powieści przed słowem „koniec” losy bohaterów nieruchomieją w figurze napawającej autora estetycznym zadowoleniem. Tylko powieść musi mieć koniec, dobry czy zły, ale w każdym razie zamykający rzecz kompozycyjnie. Otóż takich zamknięć definitywnych, takich „ostatecznych końców” historia ludzkości nie znała i, mam nadzieję, nie zazna.