„Szpital Przemienienia” Stanisław Lem – e-book

oceń książkę

szpital przemienienia okładkaPowieść, której akcja rozgrywa się szpitalu psychiatrycznym w czasie okupacji hitlerowskiej, próbuje wytyczyć granice, jakie bronią człowieczeństwa przed zorganizowanym nihilizmem. Zaskakująco dojrzała pierwsza książka Stanisława Lema i równocześnie wyraźna deklaracja autora, który – świadomy względności antropocentrycznej perspektywy – opowiada się jednak w obronie „etycznego kręgosłupa ludzkości”, czyli zbioru uniwersalnych zasad moralnych, które decydują o kondycji naszego gatunku.


Szpital Przemienienia – Lema powieść współczesna z lat 40-tych – ma akcję osadzoną w szpitalu psychiatrycznym w czasie okupacji hitlerowskiej, a poświęcona jest dylematom moralnym, przed którymi stoi lekarz, zmuszony rozstrzygać, gdzie są granice człowieczeństwa i jak tego człowieczeństwa bronić przed zorganizowanym nihilizmem.

Bohater książki, Stefan Trzyniecki, podejmuje jako początkujący lekarz-psychiatra praktykę w szpitalu, który leży na uboczu i na pewien czas staje się oazą dla ludzi uciekających przed wojną. Toczą się tam – jak w innej oazie: sanatorium z Czarodziejskiej góry Manna – dyskusje o świecie, człowieku i filozofii życia. Bryluje w nich ekscentryczny poeta Sekułowski, który dostrzega przede wszystkim przyrodzoną nędzę ludzkiej egzystencji, kontrast między małością człowieka a ogromem kosmosu, przerastającego nieskończenie ludzkie normy etyczne i skrupuły. Inną wersję tego nihilizmu demonstruje doktor Kauters, który w cierpiących pacjentach dostrzega jedynie ciekawe medycznie przypadki, preparaty anatomiczne, odmawiając im uznania i troski jako ludzkim osobom.

Momentem próby dla uczestników dyskusji i całej załogi szpitala stanie się wkrótce akcja eksterminacyjna chorych, przeprowadzana przez hitlerowskie władze. W jej trakcie nihiliści, którzy pozbyli się wiary w istotność etycznego fundamentu ludzkości, okazują się żałośnie słabi i przegrywają z kretesem jako ludzie, podczas gdy obrońcy wartości zdolni są do heroizmu, co im pomaga w przetrwaniu.

Szpital Przemienienia to jedna z pierwszych tak mocnych deklaracji autora, który – świadom kosmicznej skali theatrum, w którym działają ludzie i względności wszystkiego, co stwierdzimy z antropocentrycznej perspektywy – opowiada się zarazem z mocą przeciw nihilizmowi, a w obronie „etycznego kręgosłupa ludzkości”, czyli zbioru moralnych aksjomatów, które nie zawsze da się uzasadnić logicznie, ale bez których nie sposób zachować gatunkowej tożsamości – a także żyć godziwie.

Jerzy Jarzębski


METRYCZKA KSIĄŻKI

Stanisław Lem
Szpital Przemienienia
© Copyright by Barbara i Tomasz Lem, 2012
projekt okładki: Anna Maria Suchodolska
zdjęcie na okładce: © EAST NEWS/PIOTR JASKOW
© Copyright for this edition: Pro Auctore Wojciech Zemek
www.cyfrant.pl
ISBN 978-83-63471-15-6
Kraków
2012


SPIS TREŚCI

  • Pogrzeb
  • Gość niespodziewany
  • Węzły przestrzeni
  • Doktor Angelicus
  • Advocatus diaboli
  • Werkmistrz Woch
  • Pokaz Marglewskiego
  • Ojciec i syn
  • Acheron

FRAGMENT

POGRZEB

Pociąg stał w Nieczawach krótko. Ledwo Stefan przebił się przez ciżbę ku drzwiom i skoczył na ziemię, lokomotywa sapnęła i koła poczęły stukać za jego plecami. Już od godziny martwił się, że nie wysiądzie, i problem ten przesłonił mu wszystko inne wraz z samym celem podróży. Teraz, wdychając powietrze aż ostre po wagonowym zaduchu, kroczył niepewnie, mrużąc oczy od słońca, zarazem oswobodzony i bezradny, jakby wyrwany z ciężkiego snu.

Był jeden z ostatnich dni lutego, z niebem pełnym jasnych chmur o rozpalonych do białości obwódkach. Podmywane odwilżą śniegi osiadły ciężko w kotlinach i wąwozach, obnażały ścierniska, kępy krzaków, czarne od błota drogi i gliniaste stoki wzgórz. W jednolitą dotąd biel krajobrazu wstępował zwiastun przemian – chaos.

Myśl tę przypłacił Stefan nieostrożnym stąpnięciem i woda chlupnęła mu do bucika. Wzdrygnął się z obrzydzeniem. Coraz słabsze sapanie lokomotywy rozpłynęło się za wzgórzami bierzynieckimi; dał się wtedy słyszeć szmer podobny do ćwierkania świerszczy, nieuchwytny, płynący zewsząd, jednostajny odgłos tajania. W swoim włochatym raglanie, w miękkim filcowym kapeluszu i płytkich miastowych bucikach był Stefan na tle rozległego pogórza postacią mocno nie na miejscu i zdawał sobie z tego sprawę. Drogą wspinającą się ku wsi mknęły rozdygotane, rażące oczy blaskiem strugi. Skacząc z kamienia na kamień, dotarł wreszcie do rozstajów i spojrzał na zegarek. Dochodziła pierwsza. Pogrzeb nie był wyznaczony na określoną godzinę, lecz należało się spieszyć. Trumna z ciałem wyjechała z Kielc jeszcze wczoraj. Znajdowała się więc już w domu stryja Ksawerego, ale mogła też być w kościele, bo w telegramie był taki niejasny zwrot o mszy. Czy może o egzekwiach? Nie mógł sobie przypomnieć, a to, że rozważa kwestie liturgiczne, zdenerwowało go. Do domu stryja było dziesięć minut drogi, tyleż na cmentarz, ale jeśli kondukt będzie szedł okrężnie, by wstąpić do kościoła… Niezdecydowanie Stefana wzrosło. Ruszył ku zakrętowi szosy, przystanął, cofnął się parę kroków i znów się zatrzymał. Wśród pól zobaczył starego chłopa, który szedł z dala miedzą, trzymając na ramieniu krzyż, jaki zwykle nosi się przed pogrzebem. Stefan chciał zawołać na niego, ale się nie odważył. Zacisnąwszy zęby, puścił się wielkimi krokami w stronę cmentarza. Chłop doszedł do muru cmentarnego i znikł. Nie było widać, by szedł dalej, ku wsi, więc Stefan z desperacją zagiął poły płaszcza i unosząc je jak kobieta, coraz karkołomniej sadził przez kałuże. Droga na cmentarz omijała niewielki pagórek, porosły gęsto leszczyną. Stefan pobiegł na przełaj, nie zważając na zapadający się śnieg i chlaszczące po twarzy witki. Naraz gęstwina się skończyła. Zeskoczył na drogę tuż przed cmentarzem. Cicho tu było i pusto, po chłopie ani śladu. Pośpiech Stefana rozwiał się nagle. Posępnie obejrzał ubłocone po kostki stopy i zgrzany, oddychając głębiej, zajrzał ponad furtą do środka. Na cmentarzu nie było nikogo. Pchnięta furta zakrakała przeraźliwie i umilkła w żałosnym stęknięciu. Brudny, zaskorupiały śnieg okrywał faliście groby, rozchylając się lejowato u podnóża krzyży. Ich drewniane szeregi urywały się u kępy dzikiego bzu; dalej stały kamienne nagrobki księży nieczawskich i większy od nich, odosobniony grobowiec rodzinny Trzynieckich, czarny ze złotymi literami dat i nazwisk, z trzema brzozami u granitowego wezgłowia. W pasie pustej przestrzeni, oddzielającej grobowiec od reszty cmentarza jak ziemia niczyja, ziała jama świeżo wykopanego grobu, plamiąca gliną białe otoczenie. Stefan przystanął zaskoczony. W grobowcu nie było już widać miejsca, a na powiększenie go nie starczyło czasu lub środków i Trzyniecki miał iść do gliny jak byle kto; Stefan wyobraził sobie, z jakimi uczuciami stryj Anzelm zarządził przewiezienie zwłok, ale innej drogi nie było: tu chowało się wszystkich umarłych, bo Nieczawy należały niegdyś do Trzynieckich, a choć na koniec został tylko dom stryja Ksawerego, zwyczaj przetrwał i po każdej śmierci rodzina słała z całej Polski swych przedstawicieli na pogrzeb.

Z ramion krzyży, z gałązek dzikiego bzu zwisały szkliste sople, woda cykała z nich cicho, dziurawiąc śnieg. Stefan postał chwilę nad otwartym grobem. Należało iść do domu, lecz tak nie miał na to ochoty, że ruszył między krzyże wiejskiego cmentarza. Nazwiska, wypalone drutem na deseczkach, zmieniały się w czarne zacieki, wiele znikło całkiem, pozostawiając gładkie drewno. Brnąc w śniegu, który ziębił mu stopy, Stefan obszedł cmentarz dokoła i przystanął nagle nad grobem, na którym stał duży brzozowy krzyż z przybitym kawałkiem blachy. Widniał tam napis z zakrętasami:

Przechodniu Powiedz Polsce Tu Leżą Jej Syny
Byli Jej Posłuszni do Ostatniej Godziny.

Niżej widniały nazwiska z wymienionymi szarżami. Jako ostatni figurował żołnierz nieznany. Była jeszcze data z września ’39 roku. Od tego września nie minęło i sześć miesięcy, ale napis nie przetrwałby w słotach i mrozach, gdyby go nie odnawiała czyjaś pamiętliwa ręka. O pamięci świadczyły też gałęzie jedliny, okrywające grób dziwnie mały: trudno było uwierzyć, że spoczywa w nim kilku ludzi. Stefan postał tu chwilę, zarazem poruszony i niepewny, bo nie wiedział, czy uchylić kapelusza; nie mogąc się zdecydować, poszedł dalej. Ziąb śniegu dawał mu się we znaki; uderzając bucikiem o bucik, znów spojrzał na zegarek. Było dwadzieścia minut po pierwszej i należało się pospieszyć, jeśli miał zdążyć do domu, pomyślał jednak, że czekając tu na kondukt, znakomicie uprości swą ceremonialną obecność na pogrzebie, zawrócił więc i raz jeszcze przystanął nad rozkopaną ziemią, która przyjąć miała ciało stryja Leszka. Zajrzawszy w głąb pustej jamy, Stefan zauważył, jaka jest głęboka. Świadomy tajników techniki grzebalnej, pojął, że grób pogłębiono umyślnie, aby mógł w przyszłości zawrzeć jeszcze jedną trumnę – ciotki Anieli, wdowy po stryju Leszku. Odkrycie to dotknęło go jak podpatrzona niechcący niegodziwość; mimo woli cofnął się od dołu i w oczy rzuciły mu się szeregi koślawych krzyży. Jego umysł był jakby uwrażliwiony samotnością, i to, że różnice stanu posiadania trwają dalej w zgromadzeniu umarłych, wydało mu się absurdalne i nikczemne. Przez chwilę oddychał głębiej. Panowała zupełna cisza. Od niedalekiej wsi nie dobiegał najsłabszy odgłos, nawet wrony, których krakanie towarzyszyło mu przedtem w wędrówce, ucichły teraz zupełnie. Krótkie cienie krzyży leżały na śniegu, ziąb od nóg podchodził przez ciało do serca. Kuląc się, wcisnął ręce do kieszeni i w prawej odkrył małe zawiniątko – paczuszkę z chlebem, którą matka wetknęła mu, nim wyszedł z domu. Raptownie poczuł głód, wydobył chleb z kieszeni i odwinął cienki papier. Między kromkami różowiło się nieco szynki. Przybliżył chleb do ust, lecz nie mógł jeść nad rozkopanym grobem. Mówił sobie, że to przesąd, bo cóż takiego ostatecznie – jama wykopana w glinie – a jednak nie zdołał się przemóc. Z pajdką chleba w ręku pobrnął ku furcie cmentarnej. Idąc tak, mijał bezimienne krzyże, w ich nieforemnych kształtach daremnie szukało się jakichś cech indywidualnych, świadczących o ich pośmiertnych właścicielach. Pomyślał, że troska o trwałość grobów jest wyrazem niepamiętnych czasów sięgającej wiary, iż mimo twierdzenia religii, wbrew oczywistości gnicia, na przekór świadectwu zmysłów zmarli wiodą w głębi ziemi jakieś istnienie; może niedogodne, wstrętne nawet, ale przecież istnienie, toczące się póty, póki nad ziemią stoją jeszcze jakieś znaki rozpoznawcze.

Dotarł do furty, raz jeszcze spojrzał z oddali na rzędy krzyży zanurzonych w śniegu i żółtawą plamę wykopanego grobu i wyszedł na błotnistą drogę. Kiedy przemyślał do końca ostatni wywód, absurdalność zabiegów cmentarnych stała się dlań oczywista i swój udział w dzisiejszym pogrzebie odczuł jako coś żenującego. Przez chwilę był nawet zły na rodziców, że nakłonili go do tej eskapady, tym dziwniejszej, że właściwie nie był tu sobą, lecz przedstawiał chorego ojca.

Jadł teraz powoli chleb z szynką, zwilżając kęsy śliną i przełykając z pewnym trudem, bo mu zaschło w gardle. W głowie myśli biegły dalej. Tak, to zupełnie pewne, rozważał, że ludzie jakąś najbardziej głuchą na argumenty świata częścią swego jestestwa wierzą w owo właśnie przez niego odkryte „trwanie zmarłych”, gdyby bowiem troska o groby była tylko wyrazem miłości i żalu za utraconym, zadowoliliby się opieką nad naziemnym, widomym kształtem grobu. Sprowadzając jednak motywy cmentarnej działalności ludzi do takich uczuć, nie sposób wytłumaczyć dbałości o wygodę zwłok, która każe zmarłych ubierać, kłaść im poduszeczki pod głowy i zamykać ich w futerałach jak najodporniejszych na działanie sił przyrody. Postępującymi tak musi powodować ciemna i nierozumna wiara w dalsze trwanie zmarłych – to okropne, przerażające żywego trwanie w ciasnym zamknięciu trumny, które widać lepsze być musi jednak w ich instynktownym mniemaniu od całkowitego unicestwienia i zespolenia z ziemią.

Sam o tym nie wiedząc, zaczął iść w stronę wsi, a zarazem wieży kościelnej błyszczącej w słońcu. Nagle dojrzał na zakręcie szosy jakiś ruch i nim jeszcze pojął, co się tam dzieje, pospiesznie wetknął chleb do kieszeni.

Tam, gdzie szosa omijała wzgórze, biegnąc pod jego stromą gliniastą ścianą, ukazała się ciemna plama pochodu. Ludzie byli tak daleko, że nie rozróżniał twarzy, widział tylko sunący przodem krzyż, tuż za nim białe plamki księżych komży, dach samochodu i głębiej sporo maleńkich figurek, które poruszały się tak wolno, jakby przestępowały w miejscu z nogi na nogę, kołysząc się pewno majestatycznie, ale pomniejszenie, sprawione odległością, czyniło te ruchy prawie groteskowymi. Trudno było wziąć ten miniaturowy pogrzeb serio i oczekiwać go z należytą powagą, nie łatwiej też iść mu naprzeciw. Było to jakby przypadkowo uronione zbiorowisko ciemnych laleczek sunących u podnóża wielkiego gliniastego obrywu, a wiatr przynosił odeń strzępki niezrozumiałego zawodzenia. Stefan chciał znaleźć się tam jak najszybciej, nie śmiał jednak ruszyć się z miejsca i tylko, zdjąwszy kapelusz, od czego wiatr potargał mu natychmiast włosy, czekał nieruchomo na skraju drogi. Ktoś nieświadomy nie mógłby pojąć, czy jest on spóźnionym uczestnikiem żałobnej uroczystości, czy tylko przypadkowym przechodniem. Postaci idących rosły, w miarę jak się zbliżali, i niepostrzeżenie przekroczyły granicę tego oddalenia, którego efekt tak osobliwe wywarł wrażenie na patrzącym. Na koniec Stefan poznał starego chłopa idącego na czele z krzyżem, obu księży, wlokącą się za nimi ciężarówkę z pobliskiego tartaku i wreszcie całą, kroczącą w rozsypce rodzinę. Nieskładny śpiew kobiet wiejskich powtarzał się monotonnie bez jednej przerwy; gdy orszak był ledwo kilkanaście kroków od Stefana, dało się słyszeć dzwonienie – zrazu kilka nierównych dźwięków, potem uderzenia pełne, mocne, z dostojeństwem rozpływające się po okolicy. Gdy dzwon przemówił, Stefan pomyślał, że najpierw musiał pociągnąć za sznur mały Wicek od Szymczaków, którego odpędził zaraz jedynie powołany do dzwonienia rudy Tomek, ale natychmiast uświadomił sobie, że „mały” Wicek musi być już parobkiem w jego, Stefana, wieku, a po Tomku ślad zaginął, odkąd wyjechał do miasta. Widać jednak walka o prawo dzwonienia trwała w młodym pokoleniu Nieczaw.

Trafiają się w życiu sytuacje nieprzewidziane podręcznikiem dobrych manier, tak trudne i drażliwe, że pokonać je można tylko wielkim taktem i pewnością siebie. Stefan, pozbawiony tych cnót, nie miał pojęcia, w jaki sposób przyłączyć się do orszaku, i stał niezdecydowany, czując wyraźnie, że go dostrzeżono, co zwiększyło jeszcze jego pomieszanie. Szczęśliwie przed samym kościołem pochód się zatrzymał, jeden z księży podszedł do szoferki i pytał o coś kierowcę, który kiwał potakująco głową, a nieznani Stefanowi chłopi wleźli na samochód i jęli ściągać trumnę. Uczyniło się pewne zamieszanie, w którym Stefan zdołał szybko przymknąć do grupy stojącej koło auta. Zauważył właśnie krępą postać i szpakowatą, wbitą w ramiona głowę stryja Ksawerego, który podtrzymywał ciotkę Anielę, całą w czerni, gdy od trumny rozległo się przytłumione wołanie: trzeba było więcej ludzi, by wnieść ją do kościoła. Stefan rzucił się tam, że jednak, jak zwykle wtedy, gdy trzeba było na oczach wszystkich podjąć jakąś choć trochę odpowiedzialną czynność, bardzo się speszył, jego gotowość działania objawiła się jedynie nerwowym podreptywaniem przy pace ciężarówki; ostatecznie trumna wzniosła się nad głowy obecnych bez jego pomocy, a jemu dostała się tylko do niesienia futrzana burka, którą w ostatniej chwili zrzucił z siebie i podał mu najstarszy brat ojca, stryj Anzelm.

Burkę tę wniósł Stefan do kościoła, wchodząc jako jeden z ostatnich, lecz pełen przeświadczenia, że dźwigając ów ogromny błam niedźwiedzi, i on przyczynia się do sprawnego przebiegu ceremonii. Dzwon zakończył swą monotonną pieśń zająkliwym uderzeniem, obaj księża na chwilę znikli, potem znów się ukazali, podczas gdy rodzina sadowiła się w ławkach, i od ołtarza pobiegły pierwsze, wypowiedziane po łacinie słowa egzekwii.

Na dobrą sprawę Stefan mógł usiąść, bo i miejsca w ławkach było sporo, i futro stryjowe nie należało do lekkich, ale wolał stać w głębi nawy ze swym brzemieniem, może właśnie dlatego, że mu ciążyło i przez to jakby kompensowało jego nieśmiałość z poprzedniej chwili. Trumna stała już na wprost ołtarza, a stryj Anzelm, zapaliwszy wokół niej świece, podszedł stamtąd prosto ku Stefanowi, który nawet się tym trochę zmieszał (liczył na ciemność panującą u stóp filara, pod którym stał). Uścisnąwszy jego ramię, stryj wyszeptał pod śpiewny głos księży:

– Ojciec chory?

– Tak, proszę stryja. Miał wczoraj atak.

– Te kamienie, co? – rzekł stryj swoim przeraźliwym szeptem i chciał wziąć futro z rąk Stefana, który go jednak nie puścił, bąkając:

– Ależ nie, ależ proszę, ja, ja już będę…

– No dajże mi futro, ośle, przecie tu zimno jak w psiarni! – powiedział stryj dobrodusznie, lecz prawie na głos, zarzucił na ramiona burkę i odszedł do ławki, w której siedziała wdowa, pozostawiając Stefana jak niepysznego; młody człowiek czuł jeszcze dobrą chwilę, jak palą go policzki.

Ten w gruncie rzeczy drobny incydent zepsuł mu cały pobyt w kościele. Ochłonął dopiero po dobrej chwili, dostrzegłszy stryja Ksawerego siedzącego na skraju ostatniej ławki. Z pewną pociechą pomyślał, jak nieswojo musi czuć się Ksawery, ateusz tak wojujący, że próbował nawracać każdego nowego proboszcza. Był to stary kawaler, raptus i weredyk, zagorzały prenumerator biblioteki Boya, zwolennik regulacji porodów i w dodatku jedyny lekarz w promieniu dwunastu kilometrów. W swoim czasie krewni z Kielc usiłowali wyprzeć go ze starego domu, prowadząc z nim przez lata walkę w sądach powiatowych i okręgowych, lecz Ksawery wygrał wszystkie procesy i jeszcze im tak chytrze – jak powiadał – naubliżał, że nic mu zrobić nie mogli. Teraz siedział ciężko, położywszy wielkie ręce nieruchomo na pulpicie, oddzielony ławką od pokonanych krewnych.

Kiedy organy odezwały się swym głębokim głosem, drgnęło coś w Stefanie przypomnieniem dawnej, gorącej i pokornej świętości, która parzyła jego duszę, gdy był całkiem mały; muzykę organową miał zawsze w wielkim poważaniu. Egzekwie toczyły się w największym porządku; jeden z księży rozpalił kadzidło w małym kaganku i obszedł trumnę, otaczając ją kłębem wonnego, choć trącącego spalenizną dymu. Stefan poszukał oczami wdowy – siedziała w drugiej ławce, skulona, cierpliwa, dziwnie obojętna na słowa księży, którzy w girlandach łaciny coraz wyśpiewywali jej nazwisko, a zarazem nazwisko zmarłego, powtarzając je podniośle i jakby natarczywie – ale nie zwracali się do ucha żadnego z żywych, tylko do Opatrzności, i ją prosili, błagali, nakazywali jej niemal życzliwość dla tego, którego już nie było.

Organy zamilkły i znów trzeba było wziąć na barki trumnę osadzoną na katafalku przed ołtarzem, lecz teraz Stefan nawet nie próbował się tam zbliżyć; wszyscy wstali i, pokaszlując, gotowali się do dalszej drogi. W momencie gdy trumna, chwiejąc się łagodnie, opuszczała przyciemnioną nawę, na samych schodkach kościoła nastąpiło zamieszanie – ta podługowata, ciężka skrzynia groźnie zapadła się przodem, lecz natychmiast las wzniesionych rąk przywrócił jej równowagę, tak że tylko kołysząc się żwawiej, jakby podniecona tym, co omal nie nastąpiło, wychynęła na niskie już słońce.

W owej chwili przemknęła Stefanowi przez głowę bardzo głupia i makabryczna myśl, że osobą w trumnie na pewno był stryj Leszek, bo on zawsze lubił narwane kawały, nawet w uroczystych sytuacjach. Myśl tę zaraz stłumił, a raczej wyprowadził na płaszczyznę zdrowego rozumowania: że jest to absurd, a trumna zawierała nie stryja, tylko jakąś pozostałość, jakąś resztę po jego osobie, tak żenującą i kłopotliwą, że dla jej usunięcia ze środowiska żywych obmyślono i zainscenizowano całą tę nieco długotrwałą, zawiłą i z lekka fałszem pobrzmiewającą historię.

Tymczasem szedł już z innymi za trumną, kierującą się ku rozwartej na oścież furcie cmentarza. Otaczający go orszak składał się z jakichś dwudziestu osób; spotkane z dala od trumny, robiły wrażenie nieco dziwaczne, bo stroje ich stanowiły coś pośredniego między ubraniem na dłuższą podróż (jako że wszyscy niemal przyjechali do Nieczaw z daleka) a odzieniem wizytowym z przeważającą barwą czerni. Zarazem większość mężczyzn nosiła angliki z cholewami, a niektóre kobiety miały na nogach podobne do butów, sznurowane, wysokie, futrem lamowane trzewiki. Ktoś, kogo z tyłu nie mógł Stefan rozpoznać, miał na sobie żołnierski płaszcz bez wszelkich dystynkcji, z oderwanymi jakby siłą patkami, ściągnięty mocno pasem; ten płaszcz, na którym przez długą chwilę zatrzymało się spojrzenie Stefana, był tu jedynym przypomnieniem kampanii wrześniowej, chociaż nie – zdecydował po sekundzie – świadczyła o niej też nieobecność tych, którzy w innych okolicznościach zjawiliby się tu na pewno, jak stryj Antoni i kuzyn Piotr, obaj przebywający w niewoli niemieckiej.

Śpiew, a raczej zawodzenie kobiet wiejskich, powtarzający rozwlekle „wieczne odpoczywanie racz mu dać, Panie, a światłość wiekuista…”, niecierpliwił Stefana krótko, bo wnet przestał docierać do jego świadomości. Orszak wydłużył się, a potem skupił u wejścia cmentarnego i za wzniesioną wysoko trumną popłynął czarnym sznurem między grobami. Nad otwartą mogiłą znów rozpoczęły się modły. Stefanowi było ich już trochę nadto i pomyślał nawet, że gdyby był wierzący, uznałby takie ciągłe ponawianie próśb za natręctwo wobec istoty, do której były kierowane.

Zanim ostatnia uwaga uformowała się w nim do końca, ktoś pociągnął go za rękaw. Odwrócił się i ujrzał otoczoną kołnierzem futra szeroką, z orlim nosem twarz stryja Anzelma, który spytał go, znowu zbyt głośno:

– Jadłeś już dziś co? – i nie doczekawszy się odpowiedzi, dodał szybko:

– Nic się nie bój, będzie bigos! – po czym klepnął go w plecy i garbiąc się, przemykał między stojącymi, zwróconymi w stronę wciąż jeszcze pustego grobu. Dotykał każdego palcem, poruszając przy tym wargami, co mocno dziwiło Stefana, dopóki się nie zorientował w prozaiczności stryjowego postępowania: Anzelm liczył po prostu obecnych. Zaraz też wydał gromkim szeptem dyspozycję chłopakowi, który najpierw z prostaczą rewerencją wycofał się z czarnego kręgu, a znalazłszy się za furtą, pognał prosto do domu Ksawerego.

Zakończywszy swą gospodarską czynność, stryj Anzelm stanął, czy to umyślnie, czy przez przypadek, znowu u boku Stefana i znalazł nawet chwilę, by zwrócić jego uwagę na malowniczość grupy otaczającej grób. A właśnie czterech rosłych chłopów uniosło trumnę na sznurach i jęło opuszczać ją w głąb ziejącego wnętrza, aż spoczęła, ale trochę krzywo, tak że jeden z nich musiał, zapierając się posiniałymi rękami o brzeg ziemi, pchnąć ją mocno butem. Taka obcesowość wobec przedmiotu, który przez cały czas do tej chwili otaczany był nieustanną czcią, dotknęła przykro Stefana. W tym fakcie znalazł jeszcze jedno potwierdzenie swej tezy, że żywi, mimo całej kunsztowności postępowania, jakim usiłują nadać okrągłość okrutnie kanciastemu przejściu od życia do śmierci, nie potrafią jednak znaleźć wobec umarłych jakiejś jednolitej a ciągłej postawy.

Gdy łopaty, pracujące z zapałem przechodzącym w zawziętość, zamknęły grób i uklepały nad nim wydłużoną pryzmę gliny, jawnie ukazała się wojenna specyfika tego pogrzebu, nie do pomyślenia było bowiem, żeby uchodząc z cmentarza, zostawiało się grób jednego z Trzynieckich, nie zasypawszy go kwiatami, ale tej pierwszej powrześniowej zimy trudno było o tym myśleć. Zawiodły nawet szklarnie bliskiego majątku Przetułowiczów, bo szyby wytłuczone zostały w czasie walk, tak że nagrobek powstał tylko z naręczy gałęzi jodłowych, i oto po odmówieniu ostatniej modlitwy, przeżegnawszy się, wszyscy nieznacznie podawali plecy wzgórkowi pozieleniałej gliny i jeden za drugim wyciekać poczęli śnieżystymi ścieżynami na pełną błota i kałuż wiejską drogę.

Kiedy księża, przemarznięci jak wszyscy, zdjęli swe białe komże, od razu się jakoś uzwyczajnili, podobną, choć mniej wyrazistą przemianę widziało się w innych obecnych: opadała z nich uroczysta powaga, jakieś zwolnienie ruchów i spojrzeń, i naiwnemu obserwatorowi mogłoby się zdawać, że ci ludzie do tej pory stąpali cały czas na palcach, czego naraz zaniechali.

W drodze powrotnej Stefan manewrował tak, żeby się czasem nie dostać w pobliże ciotki Anieli-wdowy, nie żeby jej nie lubił albo nie współczuł, przeciwnie, było mu jej żal, tym bardziej że wiedział, jak kochające się stanowili ze stryjem małżeństwo, ale mimo gorączkowych wysiłków nie mógł wykrzesać z siebie ani jednego zdania kondolencji. Przez ten popłoch wewnętrzny zapędził się na czoło wracających, gdzie stryj Ksawery wiódł pod rękę ciotkę Melanię Skoczyńską. Był to widok tak dziwny i rzadki, że Stefan aż się zdumiał, stryj bowiem ciotki Melanii nie znosił w sposób wszechstronny, nazywał ją ampułką ze starym jadem i mawiał, że trzeba dezynfekować ziemię ze śladami jej stąpnięć. Ciotka Melania, stara panna, z dawien dawna trudniła się jątrzeniem waśni wewnątrzrodzinnych w ten sposób, że sama zachowując całą słodycz neutralności, z domu do domu przenosiła jadowite powiedzonka i plotki, od czego powstawały wielkie kwasy i dużo szkody, ponieważ Trzynieccy byli wszyscy i krewcy, i niezmiernie konsekwentni w raz wzbudzonych uczuciach. Dojrzawszy Stefana, Ksawery zawołał z daleka:

– Witaj, bracie w Eskulapie! Masz już dyplom, co?!

Stefan musiał naturalnie przystanąć dla przywitania i z rozmachem tknął wyziębłą dłoń ciotki-panny nosem, po czym już we troje ruszyli ku domowi, który wyłonił się spośród drzew, żółty jak jajko, istny dworek z klasycznymi kolumienkami i wielką werandą wychodzącą na sad owocowy. Przed wejściem przystanęli, czekając na nadchodzących. W stryju Ksawerym znienacka ocknął się gospodarz, zaczął więc zapraszać wszystkich do środka z takim impetem, jakby krewni mieli właśnie zamiar rozsypać się po śnieżystej i grząskiej okolicy. W samych drzwiach przeszedł Stefan krótką, lecz przejmującą mękę wielokrotnych powitań, które zawieszone na czas pogrzebu obruszyły się nań teraz lawiną. Musiał dobrze uważać, by całując na przemian ręce i kłujące policzki, nie pochylić się ku jakiejś męskiej dłoni, co mu się czasem trafiało. Nie wiedział nawet, kiedy wśród szurania butów i wywijania rękawami zdejmowanych okryć znalazł się w bawialnym. Na widok ogromnego zegara szafkowego z mosiężnymi wagami poczuł się naraz ogromnie swojsko, bo pod przeciwległą ścianą, pod rogatym czerepem jelenim rozkładano dlań posłanie, ilekroć przyjechał do Nieczaw; po kątach stały poprzetrącane fotele, z którymi w dzień walczył, dobierając się do ich włosianych wnętrzności, a w nocy budziło go czasem basowe wydzwanianie godzin i tarcza zegara majaczyła nieziemsko z mroków odbitym gdzieś księżycowym światłem, okrągła, chłodna, pomieszana ze snem i jaśniejąca nieruchomo, właśnie jak księżyc. Nie mógł się jednak oddać wspomnieniom dzieciństwa, bo w pokoju zapanował znaczny ruch. Panie siadały na fotelach, panowie, stojąc, otoczyli się chmurą papierosowego dymu, rozmowa nie rozgrzała się jeszcze, a już otwarły się oba skrzydła drzwi do jadalnego i na progu stanął Anzelm. Z marsem dobrodusznego, roztargnionego nieco cezara prosił wszystkich do stołu. O stypie nie było oczywiście mowy, słowo to zadźwięczałoby niestosownie, po prostu proszono stroskanych i znużonych podróżą krewnych na skromną przekąskę.

Był tu, wśród rodziny, jeden z księży, którzy wiedli orszak na cmentarz, chudy, z twarzą żółtawą, zmęczoną, ale uśmiechniętą, jakby zadowolony z tego, że wszystko odbyło się tak składnie. Ksiądz ten, nachylając się nisko a sztywnie, rozmawiał z seniorką rodu Trzynieckich, ciotką-babką Jadwigą, maleńką, w przydługich i zbyt obszernych sukniach, jakby zwiędła i skurczyła się, trwając nieustannie w ich wnętrzu, tak że musiała trzymać ręce uniesione modlitewnie w górę, by się jej żaboty rękawów nie zesunęły do końca na wyschłe paluszki. W jej małej, trochę płaskiej i właściwie niestarej twarzy czaił się wyraz nieobecności i przekory, jak gdyby wcale nie słuchając księdza, obmyślała właśnie jakiś po starczemu dziecinny psikus. Wodziła po otoczeniu zaokrąglonymi, błękitnymi oczami i naraz, upatrzywszy sobie Stefana, kiwnęła nań zgiętym w haczyk palcem. Młody lekarz przełknął z determinacją i zbliżył się, ksiądz zastygł, a ciotka-babka patrzała z dołu na Stefana pilnie i jakoś chytrze, aż powiedziała zdumiewająco grubym głosem:

– Stefan, syn Stefana i Michaliny?

– Tak, tak – gorliwie przyświadczył zapytany.

Ciotka-babka uśmiechnęła się do niego, nie wiadomo, czy rada swej pamięci, czy wyglądowi ciotecznego wnuka; ujęła dłoń Stefana swą do ostrości chudą rączką, zbliżyła ją do oczu, przyjrzała się jej z obu stron, a potem raptownie puściła, jakby nic tam nie znalazła ciekawego. Znów złączyła jasne oczy ze wzrokiem otumanionego tym wszystkim Stefana i rzekła:

– A wieszże ty, że ojciec twój świętym chciał zostać?

Gdaknęła cichuteńko trzy razy i zanim Stefan mógłby coś odpowiedzieć, dodała ni w pięć, ni w dziewięć:

– Mamy jeszcze gdzieś jego powijaki, zachowały się.

Potem zapatrzyła się prosto przed siebie i już się więcej nie odezwała. Tymczasem stryj Anzelm pojawił się znowu i już energiczniej prosił wszystkich do jadalnego, na koniec z prześlicznym ukłonem zwrócił się w stronę ciotki-babki i ruszył z nią w pierwszą parę, za nim zaś pociągnęli inni. Ciotka-babka nie zapomniała o Stefanie, bo życzyła sobie, żeby usiadł przy niej, co uczynił z jakąś radosną rozpaczą; trafia się człowiekowi przeżywać podobne zbitki odległych od siebie uczuć. Zasiadanie do stołu odbyło się odrobinę chaotycznie; zjawił się niewidzialny dotąd gospodarz, stryj Ksawery, z ogromną porcelanową wazą, którą poprzedzał obłok zawiesistej woni bigosowej, i obchodząc wszystkich po kolei, swą lekarską ręką o zażółconych nikotyną palcach czerpał chochlą bigos i opuszczał go w talerze z takim rozmachem, że kobiety usuwały się w trwodze o całość toalet, przez co nastrój od razu zrobił się cieplejszy. Mówiono wciąż o tym samym: o pogodzie i nadziejach na wiosenną ofensywę aliantów.

Po lewicy Stefana siedział wysoki, barczysty mężczyzna, który zwrócił przedtem jego uwagę wojskowym płaszczem. Był to krewny matki Stefana, Grzegorz Niedzic, dzierżawca z Poznańskiego. Przez cały czas milczał, a gdy zajął jakąś pozycję, nieruchomiał w niej, jakby kij połknął, uśmiechnął się tylko prosto, nieśmiało i jakoś bardzo po dziecinnemu, jakby przepraszał za kłopot, który sprawia tu swoją osobą; uśmiech ten osobliwie kontrastował z jego ogorzałą, wąsatą twarzą i z ubraniem, które zrobione było z wojskowego koca i uszyte najwidoczniej domowym sposobem, bo leżało na nim fatalnie.

Czuło się przy stole, że taka pogrobowa uroczystość to dla zebranych nie pierwszyzna, a Stefanowi przyszło do głowy, że biesiadującą tak rodzinę widział po raz ostatni na Boże Narodzenie w Kielcach. Dawało to do myślenia, bo powszechne zgody były rzadkie i jednoczyły krewnych wyłącznie dokoła pogrzebów, ale choć wówczas nikt bliski nie zmarł, to jednak natężenie powszechnego żalu było podobne, bo przecież działo się to świeżo po pochowku ojczyzny, tak że ówczesna zgodliwość nie stanowiła żadnego wyjątku z reguły.

Stefanowi niełatwo przebywało się w tym zgromadzeniu, i to z wielu powodów. W ogóle nie lubił tłumnych, a już specjalnie uroczystych zebrań, dalej: widząc naprzeciw księdza, czuł, że obecność takiej świętej osoby niechybnie sprowokuje Ksawerego do bluźnierstw i docinków, a skandalów nie cierpiał organicznie, na koniec czuł się źle dlatego, że jego ojciec (którego tu przedstawiał) nie cieszył się w rodzinie najlepszą sławą jako jedyny, odkąd pamięć sięga, pośród ziemian i lekarzy wynalazca, i to taki, który choć dobiegał już szóstego krzyżyka, nic właściwie nie wynalazł.

Nastroju tego nie osładzało sąsiedztwo Grzegorza Niedzica, który wydawał się urodzonym niemową, bo na próby nawiązania rozmowy odpowiadał tylko ocieplaniem uśmiechu i spojrzeniami znad talerza pełnymi sympatii, lecz tego było Stefanowi mało, łaknął pogrążenia w rozmowie, tym bardziej że widział czarne błyski oczu Ksawerego, który najwyraźniej już coś szykował. Jakoż, gdy zapanowała względna cisza, przerywana tylko stukaniem łyżek o dna talerzy, stryj odezwał się:

– Mój Stefanku, ale w kościele toś się musiał czuć jak eunuch w haremie, co?

Odzywka ta miała rykoszetem ugodzić księdza i stryj gotował sobie pewno zaostrzony ciąg dalszy, lecz nie było mu dane zakosztować wrażenia swych słów, bo krewni jak na komendę zaczęli mówić głośno i szybko, wszyscy bowiem wiedzieli, że Ksawery takie rzeczy mówić musi, jak i to, że jedynym sposobem jest pospieszne głuszenie ich hałasem ogólnej rozmowy. Potem jedna z usługujących kobiet wiejskich wywołała stryja do kuchni na poszukiwania zimnego schabu, który się gdzieś zawieruszył, i w posiłku nastąpiła nieprzewidziana przerwa. Stefan umilał ją sobie oglądaniem kolekcji lic rodzinnych. Pierwszeństwo przyznawał niewątpliwie stryjowi Anzelmowi. Rozrosły, tęgi, choć nie gruby, masywny raczej, miał Anzelm twarz niepiękną, lecz jakoś po pańsku pyszną i umiał ją nosić wspaniale. Zdawało się, że wraz z burką niedźwiedzią jest ona ostatnią pozostałością po wielkich dobrach ziemskich, które utracił był ze dwadzieścia lat temu. Podobno przez folgowanie rozlicznym namiętnościom, ale Stefan nie wiedział o tym nic pewnego. Wiadomo było jedynie, że Anzelm jest zarazem energiczny, łaskawy i gniewliwy; gniewać się umiał przy tym jak nikt w rodzinie – po pięć, a i po dziesięć lat, tak że nawet ciotka Melania zapominała, o co właściwie poszło. W takich długotrwałych waśniach nikt nie ważył się pośredniczyć, bo zdradzenie przed stryjem niewiedzy o przyczynie obrazy powodowało automatycznie objęcie klątwą jego gniewu także niezręcznego mediatora. Tak właśnie sparzył się raz ojciec Stefana. Wszystkie jednak potężne, wrogie uczucia milkły w stryju Anzelmie, jak w ogóle w rodzinie, kiedy umierał krewny; wywołana tak „treuga Dei” trwała, zależnie do okoliczności, kilka do kilkunastu dni. Wtedy jego przyrodzona dobroć jaśniała w każdym spojrzeniu i słowie, tak niewyczerpanie szczodra i niepamiętliwa, że za każdym razem Stefan najgłębiej był przekonany, iż to nie zawieszenie gniewów, lecz całkowity ich odpust. Potem jednak naruszony bliską śmiercią porządek stryjowych uczuć restaurował się, nieubłagana surowość triumfowała na dalsze lata i wszystko pozostawało bez zmian – do następnego pogrzebu.

Ta odporność stryja Anzelma i jego wzruszeń na czas niesłychanie imponowała Stefanowi w chłopięctwie; później, w latach studiów, pojął częściowo jej mechanizm. Ongiś wielki gniew stryja popierała materialna potęga jego dóbr, czyli, mówiąc prościej, szło o schedę, ale dzięki nieugiętości charakteru Anzelma gniew jego przetrwał w kręgu rodzinnym utratę majątku, tak że obawiano się go nadal, choć nie stała już za tym groźba wydziedziczenia. Jednakże nawet odkrywszy ów klucz, Stefan nie wyswobodził się od mieszaniny szacunku i trwogi przed najstarszym bratem ojca. Zimny schab znalazł się nieoczekiwanie w samym jadalnym, wewnątrz czarnego kredensu; gdy tę ogromną bryłę mięsa wydobyto z czeluści starego mebla, jego czarna barwa zestroiła się w myśli Stefana z kolorem trumny i zrobiło mu się na chwilę nijako. Naraz z tupotem i hałasem wniesiono przez korytarzowe drzwi szereg pieczonych kaczek, słoje cierpkich brusznic i półmiski z dymiącymi ziemniakami; zapowiedziana przedtem skromna przekąska jawnie zmieniła się w ucztę, tym bardziej że stryj Ksawery dobywał z kredensu flaszkę po flaszce wina. Dystans do obecnych, wciąż żywy w Stefanie, teraz wzrósł jakby skokiem; przez cały czas gorszył się po trosze tonem rozmowy i wprawą, z jaką omijała ona śmierć, która przecież była jedynym powodem tego spotkania, teraz owo zgorszenie skulminowało w nim i raziło go już wszystko, z żalami za utraconą ojczyzną włącznie, którym towarzyszyły żwawe ruchy sztućców i szczęk. Gdy zaś przypomniał sobie stryja Leszka, który leżał pod gliną na pustym cmentarzu, wydało mu się, że tylko on jeszcze o nim pamięta; z niechęcią patrzał na zaczerwienione twarze biesiadników, a jego oburzenie przekroczyło krąg rodziny i stało się pogardą dla świata. Chwilowo nie mógł jej dać wyrazu inaczej niż przez wstrzymywanie się od jedzenia, co uczynił tak dobrze, że wstał od stołu prawie głodny.

Zanim to nastąpiło, w milczącym dotąd Grzegorzu Niedzicu, jego sąsiedzie od lewej, zaszła zmiana. Już od dłuższej chwili ocierał kłopotliwie wąsy, zerkał nieśmiało to na boki, to ku drzwiom, jakby mierząc oczyma odległość; najwyraźniej szykował się do czegoś. Nagle pochylił się do Stefana i szeptem wyjawił mu, że musi już iść, bo zaraz ma pociąg do Poznania.

– Co, chcesz jechać na noc? – zdziwił się trochę bezmyślnie Stefan.

– Tak, jutro rano muszę być w pracy.

Zaczął mu tłumaczyć, że tam, w Poznańskiem, Niemcy ledwo tolerują Polaków i zwolnienie na jeden dzień zdobył z wielkimi trudnościami; całą noc jechał do Nieczaw, a teraz jest czas najwyższy na powrót… Nie dokończywszy nieskładnej przemowy, wielki wąsacz naraz wciągnął powietrze, wstał gwałtownie, omal nie ściągając obrusa z zastawą, i kłaniając się ślepo na wszystkie strony, jął się przepychać ku drzwiom. Odezwały się pytania, protesty, lecz uparty milczek raz jeszcze w pas skłonił się wszystkim od progu i znikł w przedpokoju. Pobiegł tam stryj Ksawery; po chwili huknęły drzwi wyjściowe. Stefan spojrzał w okno. Na dworze panowała już ciemność. W wyobraźni zamajaczyła mu wysoka postać w kusym płaszczu żołnierskim, krocząca błotnistą drogą… Spojrzał na opustoszałe krzesło po swej lewicy, dostrzegł, że wykrochmalone frędzle zwisającego nisko obrusa są tam pooddzielane od siebie i rozczesane starannie pracowitą dłubaniną, i serce ścisnęło mu się od ciepłego, serdecznego żalu za tym nieznanym właściwie, dalekim kuzynem, który przez dwie noce trząsł się w ciemnym, nieopalonym wagonie, żeby kilkaset kroków towarzyszyć umarłemu.

Stół, od którego wstawano, jak zawsze po obfitym posiłku wyglądał żałośnie – na talerzach piętrzyły się ogryzione szkielety, pokryte zastygłym tłuszczem. Zapadła chwila ciszy, w której mężczyźni sięgali do kieszeni po papierosy, ksiądz przecierał irchą okulary, a ciotka-babka popadła w osłupiałe zamyślenie, które byłoby podobne do drzemki, gdyby nie to, że oczy miała szeroko otwarte. W tym powszechnym milczeniu rozległ się bodaj po raz pierwszy głos Anieli-wdowy. Nie ruszając się ze swego miejsca, nieruchoma, z pochyloną głową, powiedziała w obrus:

– Wiecie, to wszystko jest jakieś takie śmieszne…

I głos jej się załamał. Spotęgowanego milczenia, jakie nastąpiło, nikt nie potrafił przerwać; nic podobnego nie było we zwyczaju, nikt nie był na to przygotowany. Ksiądz podszedł wprawdzie zaraz do ciotki Anieli, poruszając się z taką jakąś zakłopotaną wprawą jak lekarz, który winien udzielić rychłej pomocy, choć nie bardzo wie jak, ale na tym skończył i stał nad nią, czarną, sam czarny w sutannie, z cytrynową twarzą i podpuchłymi powiekami, mrugając, aż wybawiła wszystkich służba, a raczej grające jej rolę dwie kobiety wiejskie, które weszły i z ogromnym hałasem poczęły zbierać talerze i półmiski.

W półmrocznym bawialnym, opodal błyskających szybek dębowej biblioteki, pod mosiężną, kopcącą z lekka lampą naftową w pomarańczowym abażurze stryj Ksawery porozumiewał się pospiesznym półszeptem z krewnymi. Jednych namawiał na nocleg, innych informował o połączeniach kolejowych, dyrygował, kiedy kogo trzeba będzie zbudzić; Stefan chciał pierwotnie wyruszyć w drogę powrotną, ale dowiedziawszy się, że ma pociąg dopiero o trzeciej nad ranem, osłabł w tym postanowieniu i bez oporu dał się namówić na pozostanie do jutra. Miał spać właśnie w bawialnym, naprzeciw zegara, musiał więc czekać, aż wszyscy się rozejdą. Gdy to wreszcie nastąpiło, niedaleko już było do północy. Stefan szybko się umył, rozebrał pod ledwo-ledwo migocącą lampą, zdmuchnął jej płomyk i z nieprzyjemnym dreszczem wsunął się pod chłodną kołdrę. Senność, którą czuł przedtem, jak ręką odjęło. Leżał długo na wznak, nie mogąc usnąć, a zegar, niewidzialny w zupełnej ciemności, majestatycznie, z jakimś przesadnym naciskiem wydzwaniał kwadranse i godziny.

Myśli jego, zrazu nieokreślone i niewyraźne, krążyły wokół strzępów przeżytego dnia, zmierzając jednak wolno, jakby nieuchronnie, w jedną stronę. Cała rodzina miała w charakterze ogień i kamień, pasję i nieustępliwość. Trzynieccy z Kielc słynęli z chciwości, stryj Anzelm ze swych gniewów, ciotka-babka z jakiegoś, przez czas przymglonego, miłosnego szaleństwa; ta siła fatalna umiejscowiała się rozmaicie w różnych ludziach: ojciec Stefana był wynalazcą, wszystko inne robił z musu, opędzał się od świata jak od much, gubił nieraz dni, przeżywał dwa razy czwartek, a potem okazywało się, że uronił środę, ale to nie było prawdziwe roztargnienie, a tylko nadmierna koncentracja na tej idei, która w tym czasie akurat go opętała. Kiedy nie spał ani nie chorował, można było dać głowę, że siedzi w swym miniaturowym, na poddaszu urządzonym warsztacie, pośród gazowych i spirytusowych płomieni, rozgrzanych narzędzi, w zapachu kwasów i metali, i przymierza coś, szlifuje, zespala, a wszystkie owe czynności, składające się na proces wynajdywania, nigdy nie ustawały, choć odmieniały się wynalazcze zamierzenia. Z jednego niepowodzenia ojciec wchodził w następne z jednakową wiarą i pasją, tak silną, że na obcych czynił wrażenie odrętwiałego, czy wręcz bezmyślnego. Stefana nigdy nie traktował jak dziecko. Do malca, który zjawiał się w półmrocznym warsztacie, przemawiał tak, jak się mówi do dorosłego, ale takiego, który na przykład niedosłyszy, więc konwersacja z nim ciągle się rwie i pełno w niej nieporozumień. Nie bacząc na to, z ustami pełnymi śrubek, w popalonym fartuchu, przechodząc od tokarni do imadła i na powrót do tokarni, mówił do niego, jakby wykładał z przerwami, wypełnionymi szczególnie skupionym majstrowaniem. A o czym mówił? Stefan nie wiedział teraz dobrze, bo kiedy słuchał owych przemówień, był zbyt mały, by pojąć ich sens, ale zdaje się, że mawiał na przykład tak: „Tego, co było i minęło, nie ma, tak jak gdyby tego w ogóle nigdy nie było. To jest jak ciastko wczoraj zjedzone, nic z niego nie masz. Dlatego można by sobie dorobić przeszłość, której się nie miało; jeśli się w nią tylko uwierzy, to już będzie tak, jakby się ją naprawdę przeżyło”.

Raz powiedział mu znów: „Czy chciałeś przyjść na świat? Prawda, że nie? No, nie mogłeś chcieć, kiedy cię nie było. Widzisz, ja też nie chciałem, żebyś ty przyszedł na świat. To znaczy chciałem syna, ale nie ciebie, bo przecież ciebie nie znałem, więc nie mogłem cię chcieć… Chciałem syna w ogóle, a ty jesteś ten rzeczywisty…”.

Stefan właściwie rzadko się odzywał i o nic ojca nie pytał, ale zdarzyło się (miał z piętnaście lat), że spytał, co ojciec będzie robił, kiedy mu się już uda opracowywany wynalazek. Ojciec nachmurzył się, a po dłuższym milczeniu odparł, że zajmie się wynajdywaniem czegoś innego. „Po co?” – spytał pochopnie Stefan. Pytanie to, jak i pierwsze, podyktowane było głęboko ukrywaną, ale tężejącą z latami niechęcią do osobliwego zawodu ojca, który – o tym wiedział chłopiec aż nazbyt dobrze – był przedmiotem powszechnego wydziwiania, a odium tej dziwności padało i na niego. Spytany przez podrastającego syna pan Trzyniecki powiedział mu: „Stefku, tak pytać nie wolno. Widzisz, gdyby umierającego spytać, czy chce jeszcze raz żyć od nowa, na pewno się zgodzi i nie będzie wcale pytać, po co ma żyć. To samo jest z moją pracą”.

Ta praca, żarliwa i wyczerpująca, nie przynosiła nic, tak że dom utrzymywała matka Stefana, a ściślej mówiąc, jej ojciec. Pan Trzyniecki żył więc na utrzymaniu żony, co do tego stopnia oburzyło Stefana, gdy się o tym dowiedział, że przez jakiś czas pogardzał ojcem. Podobne, choć nie tak silne uczucia żywili dla Trzynieckiego jego bracia, ale z czasem wszystko to się jakoś utarło, jak każdy stan trwający dość długo, by nań ludzie zobojętnieli. Pani Trzyniecka kochała męża, niestety, wszystko, co robił, leżało poza granicami jej pojmowania; toczyli ze sobą walkę podjazdową, nie bardzo o tym nawet wiedząc, albowiem było to ścieranie się przedmiotów należących do dwóch sfer: warsztatu i mieszkania; ojciec nie chciał nawet umyślnie przekształcić pokojów w dalszy ciąg warsztatów, ale to jakoś samo się działo; na stołach, na szafach, biurkach wyrastały spiętrzenia drutów i mechanizmów, a matka drżała o swoje obrusy, koronkowe serwety, rododendrony i araukarie; ojciec nie lubił tej zieleniny, ukradkiem podrywał korzenie, radował się skrycie objawami więdnięcia, matka wielkimi sprzątaniami usuwała to jakiś drut bezcenny, to jakąś niezastąpioną śrubkę, a wszystko to działo się niechcący. Pracując, pan Trzyniecki przebywał jakby w dalekiej podróży, z której wracał na dobre tylko w okresach powtarzającej się choroby. Choć pani Trzyniecka troskała się tym cierpieniem prawdziwie, to jednak najspokojniejsza była wówczas, gdy mąż leżał w łóżku, pojękujący, bezradny, obłożony termoforami, bo wtedy przynajmniej rozumiała, o co mu chodzi i co się z nim dzieje.

Mocny dźwięk bijącego zegara dzielił ciemność ponad leżącym Stefanem, którego myśli odeszły teraz od domu rodzicielskiego i wróciły do przeżytego dnia. Rozpatrywana czystym rozumem więź rodzinna, owo wzajemne uwikłanie interesów i uczuć, wspólnota wobec narodzin i zgonów, wszystko to wydawało mu się jałowe i nużące. Czuł w piersi pieczenie jakiegoś żaru demaskatorskiego, majaczyło mu się, że musi wykrzyknąć w twarz rodzinie okrutną prawdę sprowadzającą całą jej codzienną i odświętną krzątaninę do zera, ale kiedy szukał słów, którymi mógł się odezwać do żywych, myśl jego dotknęła stryja Leszka i znieruchomiała, jakby się przeląkł. Gdy się to stało, nie przestał myśleć, lecz teraz myśli rozwijały się w nim jakoś samochcąc, a on je tylko obserwował. Ogarniało go miłe znużenie, przeczucie bliskiego snu, i wtedy właśnie wspomniał zbiorowy grób na cmentarzu wiejskim. Zwyciężona ojczyzna zmarła, to była przenośnia, ale ten mały żołnierski grób nie był przecież przenośnią, cóż można było tam uczynić innego, jak stać, milcząc, z sercem ściśniętym boleśnie i słodko w przeczuciu wspólnoty, większej od osobniczego życia i osobniczej śmierci. A opodal stryj Leszek. Stefan widział jego nieprzysypany śniegiem, nagi grób tak wyraźnie, jakby już spał. Ale nie spał, i naraz ojczyzna zmieszała się w nim z rodziną, obie, osądzone przez rozum, żyły w nim dalej, czy może on żył w nich, ach, nic już nie wiedział i tylko, zasypiając, przycisnął ręce do serca, bo mu się zwidziało, że wyzwolić się od nich – znaczyłoby to samo, co umrzeć.