„Wszechświat Lema” Jerzy Jarzębski – e-book

„Wszechświat Lema” Jerzy Jarzębski – e-book
3/100%/5

Wszechświat Lema e-bookPoszerzone wydanie jednej z fundamentalnych prac, poświęconych pisarstwu autora „Solaris”. Studium Jerzego Jarzębskiego jest poszukiwaniem, w ślad za podmiotem badań, nadrzędnych struktur oraz rekonstrukcją uniwersalnego ładu, w której ściśle zostają połączone humanistyka i technika, fabuła i filozofia, przypadek i konieczność. Fascynująca przygoda, a zarazem wyzwanie dla wszystkich wielbicieli twórczości Stanisława Lema.


Oddaję więc obecnie pod osąd czytelnika jeszcze inną książkę, na którą składają się prace nieco obszerniejsze, poświęcone wybranym tematom pisarstwa Lema. Najważniejsze z tych tematów to kolejno: natura ludzkiego umysłu i etyczne aspekty psychiatrii,  aspekty polityczne fantastyki, aksjologia i jej uwikłanie w problematykę przypadku, dzieje Rozumu i Myślenia, sprawa kontaktu z Obcością, krytyka współczesnej cywilizacji, problem lektury świata, relacji pomiędzy naturalnością i sztucznością, wreszcie problem ewolucji w ujęciu generalnym oraz ewolucja Lemowych światów jako odbicie ewolucji światopoglądu autora. Zamykają książkę refleksje nad terrorystycznym atakiem na Amerykę z punktu widzenia przewidywanych przez pisarza nurtów przemiany współczesnej kultury i technologii. Osobne miejsce zajmują w tym tomie analizy form dyskursu opisujące rolę intertekstualności i relacje między eseistyką i fikcją literacką.

Czy wyczerpuje to najważniejsze spośród tematów podejmowanych przez Lema? Oczywiście nie. Idea stworzenia wyczerpującej monografii jego twórczości w każdym jej potencjalnym autorze wzbudzić musi popłoch. Uczucie owo stąd się bierze, że zadaniem monografisty musiałoby być najpierw zapoznanie się z kilku czy kilkunastu tysiącami zasadniczych tekstów z dziedziny literaturoznawstwa, filozofii, socjologii, politologii, kulturoznawstwa, cybernetyki, fizyki, biologii, genetyki, medycyny, astronomii i kosmologii, matematyki i szeregu jeszcze innych dziedzin, w obrębie których Lem zabiera głos kompetentnie. Co gorsza, nawet taka encyklopedyczna wiedza nie gwarantowałaby monografiście sukcesu, to bowiem, co u Lema najważniejsze, zachodzi pomiędzy tymi dziedzinami jako próba myślenia ponad systemami ograniczonymi poprzez swój specyficzny język bądź tematykę. Co więcej, myślenie Lema nie jest obleczone w szatę zrygoryzowanego wywodu naukowego, ale uwikłane w literackość i jej konwencje, mieszające fantastyczną fikcję z rozsądnym modelowaniem możliwych stanów rzeczy, żart z powagą, koncept z koncepcją. Tak wybuchowej mieszanki stylów i kodów nie znała wcześniej polska literatura – nic dziwnego, że jej interpretacja bywa tak trudna, że krytyk często nie pojmuje wszystkich komplikacji, jakie rodzą się na styku języka fikcji literackiej i języka nauki, biorąc dosłownie to, co występuje w szacie konwencji, a z drugiej strony lekceważąc – jako żart czy pustą zabawę – coś, co ma niezwykle poważne implikacje poznawcze.

Twórczość Lema stanowi więc jak gdyby potężną sieć powiązanych z sobą tematów, obrazów, tekstów. Skupiwszy uwagę na dowolnym fragmencie, przechodzimy stopniowo i nieuchronnie do ujęć coraz szerszych, wreszcie aspirujących do objęcia Całości – takich przejść od szczegółu do ogółu będzie w tym tomie sporo, żadna jednak z tych propozycji nie obejmie Wszystkiego, choć ambicję taką czytelnik odnajdzie także w analizowanym dziele. Jeśli coś bowiem powinno łączyć autora z jego krytykiem, to przynajmniej to jedno: pragnienie ogarnięcia całości możliwych sensów i wszystkich aspektów świata. Osiągnąć tego wprawdzie niepodobna – pozostaje jedynie poznawczy gest, którego bezradność i podszyty zgrywą patos równoważy pełną nudnej i drobiazgowej pedanterii postawę właściwą pewnemu przynajmniej, pozytywistycznemu odłamowi „nauki serio”. Lem jako myśliciel szybuje niewątpliwie ponad te ograniczenia – dlatego próba towarzyszenia mu jest przygodą tak fascynującą.

(ze wstępu Jerzego Jarzębskiego)


Informacja o książce

Jerzy Jarzębski
Wszechświat Lema
© Copyright by Jerzy Jarzębski, 2012
projekt okładki: Anna Maria Suchodolska
© Copyright for this edition: Pro Auctore Wojciech Zemek
www.cyfrant.pl
ISBN 978-83-63471-20-0
Kraków
2013
Wszelkie prawa zastrzeżone

cena: 19,90 PLN


Spis treści:

  • Wstęp
  • Szpital Przemienienia – walka z chorobą kultury
  • Science fiction a polityka – wersja Stanisława Lema
  • Kosmogonia i konsolacja
  • Intertekstualność a poznanie u Lema
  • Literackie przygody uniwersalnego Rozumu (O eseistyce Stanisława Lema)
  • Przypadek i wartości (O aksjologii Stanisława Lema)
  • O myśleniu
  • Przygody Rycerzy św. Kontaktu
  • Chaos jako wyzwanie: późna eseistyka Lema
  • Lektura świata. Stanisław Lem jako czytelnik
  • Naturalne, sztuczne i dziura w kosmosie
  • Modele ewolucji u Lema
  • Lem i świat po 11 września
  • Informacja bibliograficzna
  • Kalendarium życia i twórczości Stanisława Lema
  • Indeks bohaterów książek Stanisława Lema
  • Indeks nazwisk
  • Przypisy

Naturalne, sztuczne i dziura w kosmosie

Uczeni fizycy, kosmolodzy czy biolodzy swe książki przeznaczone dla czytelników niefachowych zaczynają chętnie od uwag na temat ludzkiej skłonności do ujmowania świata w perspektywie teleologicznej. Ci, co tak myślą, widzą rzeczywistość jako wynik świadomego działania jakichś istot wyższego rzędu (przewyższających nas nieskończenie kosmicznych konstruktorów albo osobowego Boga). Uczeni zwykle dość niechętnie traktują tego rodzaju poglądy: Richard Dawkins poświęca w Ślepym zegarmistrzu sporo miejsca krytyce przekonań o intencjonalnym nachyleniu procesów ewolucji203. W Planie Stwórcy Paul Davies mówi o wypełnianiu obszarów niewiedzy domniemanym działaniem boskiej wszechmocy204. W tym duchu wypowiada się też John Barrow w Teoriach Wszystkiego205; Stephen Hawking konstruuje model kosmogonii, w którym czas nie ma, jak w klasycznej wersji Big Bangu, początku, zaznaczając, że zapewne wyniki jego prac „zrobią przykrość papieżowi”206.

Z drugiej strony mobilizują się uczeni, którzy uważają, że najnowsza kosmologia sprzyja przekonaniu o boskiej kreacji ex nihilo, a Big Bang równoznaczny jest z początkiem wszechświata rozumianym w myśl chrześcijańskiego Objawienia. Zgodnie z tym przejście od zarania ekspansji kosmosu, czyli od inicjalnej osobliwości, gdy nasza fizyka nie obowiązywała jeszcze w kosmicznym zalążku, do chwili gdy jej prawa poczęły się doń stosować, znaczy tyle, co przejście od metafizyki do fizyki w innym nieco – religijnym sensie, a klasyczna już książka Stevena Weinberga o „pierwszych trzech minutach” jest w samej rzeczy rodzajem sprawozdania ze spektaklu bożej kreacji207.

Zderzają się tu dwie zasadnicze koncepcje rozumienia tego, czym jest Natura. Zgodnie z pierwszą „naturalne” to przez Boga stworzone, poddane jego zamiarom i posłuszne nadanym przezeń prawom, a rzeczywistość przyrody jest pochodna wobec sfery transcendencji, w której ustala się rządzące naturą reguły208. Zgodnie z drugą – „naturalne” to wszystko, co (inaczej niż „sztuczne”, czyli powstałe w wyniku intencjonalnych działań) pojawiło się w świecie samorzutnie, w procesie samoorganizacji materii, nie skażone niczyją wolą ani zamiarem, posłuszne tylko autonomicznym prawom rządzącym rzeczywistością. Za pierwszą koncepcją przemawia nie tylko niezmierzona komplikacja świata i wewnętrzny ład praw naturalnych, ale też niezwykła właściwość jego fizyki, nazywana mianem anthropic principle, pozwalająca sądzić, że świat jest taki, jaki jest, po to tylko by wykołysać w sobie życie, a następnie człowieka. Za drugą przemawia – tylko i aż – zasada „brzytwy Ockhama”, a może też moralny problemat teodycei, tzn. kłopot z akceptacją doskonałego Boga jako twórcy świata wypełnionego Złem.

Spór ten wciąga też w swą orbitę Stanisława Lema, rzec można nawet, iż stanowi jedno z centralnych zagadnień jego pisarstwa, przy czym mnogie jego deklaracje, że jest ateistą i że problem teodycei nie pozwala mu pogodzić się z pryncypiami chrześcijaństwa, tylko pozornie przesądzają o wyborze przezeń drugiej z wymienionych wyżej koncepcji natury. Jest nieco inaczej i chyba ciekawiej, o czym za chwilę.

W swej prozie Lem zdaje się szczególnie umiejętnym malarzem przyrody, poświęcającym całe strony opisom krajobrazów obcych planet. Rzekłbym, iż to one między innymi stanowią o specyfice jego stylu. Obrazy Wenus widziane przez pilota lecącego nad powierzchnią globu, obrazy planety Eden z jej niezwykłą roślinnością, fantastyczna sceneria pokrytej pyłem planetoidy z Powrotu z gwiazd czy „birnamskiego lasu” z Fiaska, niezwykłość zjawisk na powierzchni solaryjskiego oceanu i wiele jeszcze innych zmysłowo bogatych wizji – to wszystko angażuje „wewnętrzne oko” czytelnika i jego wyobraźnię w takim stopniu, że z powątpiewaniem przychodzi mu uwierzyć w deklaracje autora, iż nie jest „wzrokowcem” i niczego sobie, pisząc, nie wizualizuje209.

Lem zdaje się więc na pozór takim podróżnikiem po różnych zakątkach wszechświata, który sławi wciąż różnorodność form, w jakich przejawia się natura, a jednocześnie podziwia wszechobecność wyższego porządku, sprawiającego, że kosmos – niczym najwspanialsza z machin – obraca się milionami gwiazd, zachowując równowagę i chroniąc regułami swej fizyki kruche życie tam, gdzie powstało. Od tak formułowanego zachwytu nad bogactwem kształtów świata jeden krok prowadził zwykle dawnych naturalistów do pochwały Stwórcy, który ów świat ufundował i urządził. W przypadku Lema jest inaczej, bo jego podziw dla doskonałości Natury nie jest bezwarunkowy, a oburzenie moralne z powodu cierpień stworzonych istot nader gorące i trwałe. Nie godząc się na Stwórcę, który miałby atrybuty wszechmocy, a zarazem był wcielonym Dobrem i Mądrością, bohaterowie Lema wciąż jednak zadają światom, w których żyją, pytania o celowość – sensowne tylko wtedy, gdy przypiszemy im pochodzenie od aktu stwórczego istoty rozumnej. Robią to często, jakby wbrew zasadom wyznawanym przez autora.

Można by rzec, iż niewłaściwość tego typu pytań Lem obnażał szczególnie w swych wczesnych utworach. Tak było w opowiadaniu Inwazja z tomu Inwazja z Aldebarana, gdzie autor dołożył starań, aby narzucić nam zrazu wrażenie celowości dziwnego „ataku” na planetę, a potem – ustami uczonych – dowodził, że to, co zdawało się najpierw przemyślanym aktem agresji, było po prostu jedną z faz rozwoju kosmicznych „roślin”. Podobna niechęć do obowiązkowej w fabułach detektywistycznych teleologii znamionuje quasi-rozwiązanie zagadki, jakie proponuje inspektorowi ze Śledztwa ekscentryczny uczony, Sciss. Nie inaczej w Niezwyciężonym: porażki w starciu z chmurą mechanicznych owadów kosmonauci ponoszą dlatego właśnie, że przypisują jej niejako ludzki sposób rozumowania, działania celowe i szatańską złośliwość – zamiast myśleć o niej jako o zjawisku swoiście przyrodniczym, tzn. przy użyciu kategorii takich jak: nisza ekologiczna, dobór naturalny, przystosowanie do środowiska, instynkty czy tropizmy.

A zatem w początkach swego pisarstwa Lem traktuje naturę jako generator produkujący wciąż bardziej skomplikowane problemy do rozwikłania i kładzie jednocześnie nacisk na wymogi posłuszeństwa wobec reguł poprawnego myślenia. Te reguły właśnie zabraniają pytać o intencje i cele przyświecające procesom naturalnym. W rezultacie powstają utwory, które wykraczają przeciw regułom literackich gatunków, literatura nie jest bowiem domeną „gier z naturą”, tzn. takich, w których jeden z partnerów nie stosuje żadnej strategii obliczonej na wygraną. Przeciwnie – literatura jest domeną konfliktów, w ramach których partnerzy próbują się nawzajem przechytrzyć i działając z premedytacją, pognębić przeciwnika. Tak jest w powieści kryminalnej, w fantastycznonaukowych „wojnach światów” czy „powieściach tajemnic”. Wszystkie trzy wzorce podważają odpowiednio Śledztwo, NiezwyciężonyInwazja, proponując rozwiązania fabuł zakłócające gatunkowy schemat.

A przecie u Lema tyleż samo prób obalenia stereotypu fabularnego w imię jakiejś nowej prawdy o świecie i nowej wizji literatury, ile – na odwrót – aktów przytwierdzenia literackiemu schematowi. I cóż stąd, że się one przydarzają najczęściej na terenie utworów będących pastiszem czy stylizacją: w Dziennikach gwiazdowych, Cyberiadzie lub Bajkach robotów? Ich niepowaga bywa często pozorna, a w kostiumie literackiej parodii autor przemyca bardzo istotne problemy. Pośród tych utworów całkiem sporo mieści się w kategorii żartobliwie potraktowanych mitów kosmogonicznych. Tak jest np. w przypadku zabawnej opowieści z Cyberiady: Jak Mikromił i Gigacyan ucieczkę mgławic wszczęli, tak również w znacznie poważniejszej Nowej KosmogoniiDoskonałej próżni. Mit kosmogoniczny czemu jednak oryginalnie służy? Zapewne oswojeniu obcości wszechświata, przydaniu mu rozumnych demiurgów, stojących u jego kołyski i dbających, by narodził się w myśl jakichś założonych z góry reguł i celów. Przekreślający gdzie indziej nienaukową teleologię, Lem tutaj jej sprzyja, choćby dzieje demiurgii świadczyły, że kosmos drwi zwykle z powziętych uprzednio założeń.

Natura znajduje się zatem u Lema niejako w stanie podejrzenia, podejrzana jest mianowicie o ukrytą premedytację, o kryjącego się za nią Stwórcę, który jej składność zaprogramował. W samej rzeczy zresztą kosmonauci, którzy znajdują się w obcym sobie środowisku, nie popełniają wcale błędu, zadając wciąż napotkanym na swej drodze fenomenom pytanie o intencjonalność. Odpowiedź na to pytanie decydować wszak może o ich życiu lub śmierci, o prawdziwym lub fałszywym odczytaniu domniemanego przekazu, jaki do nich kierują obce istoty. Każda cywilizacja na swój sposób ustala bowiem relacje, jakie ją wiążą ze środowiskiem, stopień, w jakim ingeruje w „naturalność” przyrody, co dostrzec można już na Ziemi. Czy ciągnące się po horyzont pole słoneczników jest „naturalne” czy „sztuczne” (skoro słoneczniki same z siebie nigdy tak nie rosną)? „Naturalna” czy „sztuczna” jest najsłynniejsza z owiec, Dolly? A zmutowane genetycznie w laboratoriach rośliny? W obcym środowisku zadawać sobie wciąż musimy pytanie o granice sztuczności. Kosmonauta Hal Bregg z Powrotu z gwiazd, znajdujący się po stuleciu podróży na nowo w ziemskim mieście, myli zrazu nieustannie „sztuczne” z „naturalnym”, cywilizacja techniczna „usztuczniła” bowiem w międzyczasie nieomal wszystko, z czym można się było w scenerii miasta spotkać – łącznie z nieboskłonem. O ile jednak w Powrocie z gwiazd mamy do czynienia raczej z dość tradycyjnymi mechanizmami wytwarzającymi „złudę natury”, o tyle w późniejszych książkach Lem projektuje raczej inżynierskie ingerencje w naturę rzeczywistą, przekształcanie środowiska tak głębokie, iż można mówić zasadnie o wzbogaceniu przez konstruktorów katalogu praw przyrody.

Lem bardzo wcześnie przewidział rodzące się na styku natury i kultury problemy. W powstałej w latach sześćdziesiątych Summie technologiae przyszłość technologii widział nie tyle w udoskonalaniu tradycyjnie pojmowanych maszyn i urządzeń, ile właśnie w zawłaszczaniu przez człowieka coraz większych obszarów tego, co zdawało się dotychczas domeną natury, przekształcaniu ich po myśli konstruktorów, tworzeniu czegoś, co można by nazwać oksymoronicznie „sztucznym środowiskiem naturalnym”. Odciska się to wyraźnie na Lema tematach literackich. Wszędzie tam, gdzie pojawia się u niego konstruktor natchniony, prawdziwy geniusz inżynierii, jego twory zaczynają naturę przypominać, są od niej coraz mniej odróżnialne. Ku temu dążą w Pokoju na Ziemi projektanci supersprawnych broni przyszłości, które – zamiast wdzierać się na terytorium przeciwnika nawałą pancernych pojazdów – poprzestaną na inwazji trudno dostrzegalnej, bo dokonywanej przez prościutkie, miniaturowe mechanizmy, oddziałujące raczej na ekosystemy niż nastawione na walkę wprost. Jeszcze bliższe naturze jest wspomniane już sztuczne środowisko Luzan na planecie Encji w Wizji lokalnej. Zmajstrowane tak, by chronić zdrowie i życie mieszkańców Luzanii, działa na poziomie atomowym i, tak jak same atomy, nie podlega awariom. Przypadkiem krańcowym jest oczywiście planeta Eneferców, przekształcona definitywnie – tak iż z daleka przypomina zamczysty kuferek, a pokryta jest piaskiem, będącym w rzeczywistości zbiorem bilionów mikroelementów zdolnych do natychmiastowej kreacji wszystkiego, co tylko sobie zamarzą ekscentryczni mieszkańcy globu.

Czyżbyśmy ku temu dążyli? Enefercy – w absolutnej jałowości swego istnienia – wypadają u Lema więcej niż groteskowo. Podobnie, choć może straszniej, jest na planecie zwiedzanej przez Ijona Tichego w Podróży dwudziestej pierwszej z Dzienników gwiazdowych. Kulturę nieco mniej wszechmocnych Luzan z planety Encji także rozdzierają bolesne konwulsje. A przecież robią oni – tyle że bardziej radykalnie – to, co próbowali zawsze robić ludzie: „czynią Ziemię sobie poddaną”, „wyzwalają się od kaprysów natury”, „biorą sprawy w swe ręce”, „gospodarując planowo, zmieniają przyrodę” – wszystkie te slogany, niezależnie od pochodzenia, obnażają u kresu niepokojącą pustkę, a mistrzowie celowego konstruktorstwa odnajdują się w końcu na jednym wózku – jadącym w ciemność. Co więcej – i dziwniej – wszystkie te cywilizacje zmierzające do zapanowania nad materią tworzą u Lema swoistą klasę, można by rzec: przyrodniczą. Ich rozwojem rządzą pewne ogólne prawa, podobne też są przeżywane przez nie koszmary – tak jakby nad ich kolebką stała zawsze ta sama czarownica. Ulubionym zresztą motywem Lema jest konstruowanie wielorakich cywilizacji niejako doświadczalnie – i przyglądanie się ich losom w przyśpieszeniu na laboratoryjnym szkiełku. Tak właśnie – dosłownie – dzieje się w opowiadaniu KobyszczęCyberiady. Może więc to, co za „sztuczne” mamy, jest w istocie także – naturalne (bo prawom natury podległe), tyle że na innym poziomie abstrakcji. I wciąż na te same choroby zapada.

Przyglądając się Lema obrazom natury, dostrzegamy, iż to, czego jej w oczach ludzi najbardziej brakuje, to określona wyraźnie celowość istnienia i funkcjonowania. Przyrodzie zadaje się wciąż i od nowa pytanie, czy przypadkiem nie jest tworem świadomej intencji. Odpowiedź odmowna budzi szczególny niepokój poznawczy, jest intelektualną i – rzec można nawet – egzystencjalną prowokacją. Tak jest np. w Niezwyciężonym czy w Solaris. Z drugiej strony konstruktorzy dążą przede wszystkim do stworzenia urządzeń niepodatnych na techniczne defekty, urządzeń niejako idealnie realizujących ich zamiary – i w tym właśnie przypominających naturę, która swych własnych praw nie łamie nigdy. Jak widać, to, co najważniejsze, rozgrywa się w obydwu przypadkach pomiędzy zamiarem twórczym i jego wcieleniem, przy czym inżynierski zamysł poszukuje sobie doskonałej inkarnacji, „ciało natury” z kolei prowokuje pytania o stojący za nim zamiar. Wpadamy tu w swoisty circulus vitiosus, co więcej, odkrywamy kategorię pytań, na które żadna już racjonalność nie pomoże nam odpowiedzieć. Łatwo jest bowiem odróżnić (jako bezsensowne) pytanie: „po co istnieje trawa?” od pytania: „po co istnieje młotek?”, podczas gdy statusu pytań: „po co istnieje (całkiem naturalna) planeta Wenus?” i „po co istnieje (całkiem sztuczna) planeta Eneferców?” – tak wyraźnie odróżnić się nie da (zawieszam tu oczywiście kwestię rozróżnienia realności i fikcji literackiej, traktując to zestawienie jako model). Jesteśmy tu gdzieś niedaleko filozoficznego mistrza Lema – Schopenhauera, w którego systemie „wola” leży u podstaw istnienia, ale właśnie ta uniwersalność powoduje, że trudno ją w sposób wyraźny odróżnić od woli racjonalnej, świadomej celu, charakteryzującej ludzkie działania. „Naturalne” i „sztuczne” zlewa się w którymś miejscu, a granica między nimi ulega zatarciu.

Co jednak sprawia, że między tymi pojęciami chcemy dokonywać rozróżnienia? Zapewne „naturalne” w ludzkiej kulturze to także: „przyrodzone”, „właściwe”, „decydujące o gatunkowej tożsamości”. Oderwanie od naturalnych uwarunkowań istot z Podróży dwudziestej pierwszej rodzi ponury koszmar. Odmowa bezkierunkowej i dowolnej ewolucji, jaka jest jednym z punktów reguły zakonników-robotów, oraz ich heroiczne trzymanie straży przy jedynym oknie otwartym w transcendencję daje sporo do myślenia. Wizja świadomego konstruktorstwa doprowadzona do krańców zamkniętego wszechświata budzi grozę nie mniejszą wcale od wizji człowieka będącego jeno igraszką natury i jej żywiołów. W roku 1976 pojawia się zadziwiająca książka Lema, w której świat oglądamy zrazu z obydwu perspektyw: jako arenę darwinowskiej, a więc ślepej, nie dbającej o życie jednostek i rozumne uzasadnienia naturalnej ewolucji – i jako niszę, w której rozwija się, również samolubnie, rozum – źródło wszelkiej „sztuczności”.

Golemie XIV, bo o nim mowa, tytułowy „bohater”, nieskończenie przewyższający człowieka rozumem komputer, zaczyna swój wykład od podważenia naszych stereotypowych wyobrażeń na temat natury, która stanowić by miała opiekuńczą kolebkę dla ludzkości. Podług Golema natura jest względem człowieka i jego kultury całkowicie obojętna, a zatem dostarcza mu jedynie niszy ekologicznej, w której się rozwija, nie dbając o los poszczególnych jednostek, lecz jedynie o to, by poprzez pokolenia reprodukowany był genetyczny kod. Równolegle z Dawkinsem, choć niezależnie odeń, Lem tworzy swoją własną wersję Samolubnego genu210. Nie poświęca oczywiście tyle miejsca w swym wywodzie drobiazgowym opisom funkcjonowania i przekazywania genów, poprzestaje w tym punkcie raczej na genialnej intuicji, rozwija natomiast swój wywód w nieco innym niż Dawkins kierunku, rozważając problem technologicznej doskonałości ewolucyjnych rozwiązań, by dojść do wniosku, że w zestawieniu z fotosyntezą, jako źródłem energii wykorzystywanym przez proste organizmy, pasożytowanie na osobnikach zjadanych – charakterystyczne dla stworzeń stojących wyżej na drabinie ewolucji, jest – jak wiele innych rzeczy – technologicznym krokiem wstecz. Jak twierdzą także Stephen Jay Gould, a i sam Dawkins, w ewolucji nie ma ukierunkowanego wyraźnie postępu211. Spryt, szczególna (łowiecka) przemyślność, a potem idąca za nimi kultura i jej zawrotne komplikacje nie są więc jakimś ukoronowaniem ewolucyjnego rozwoju, ale czymś, co rozwinęło się jakby po to, by zrównoważyć „potknięcia” ewolucji i słabości wprowadzanych przez nią rozwiązań.

W tej to ekologicznej niszy powstaje rozum – jako władza najpierw służąca na pozór bez reszty człowiekowi, w miarę jednak upływu tysiącleci niejako autonomizująca się i poddana swemu własnemu ewolucyjnemu rytmowi. W historii Golema XIV zapisany jest projekt całkowitego „wyzwolenia” rozumu z biologicznych i kulturowych ram, jakie narzuciła mu ludzkość. Otwiera się tutaj cała gama nowych problemów, którym Lem poświęca ostatnio szczególnie dużo miejsca212. Są to kwestie związane z rozróżnieniem pomiędzy ludzkim a maszynowym myśleniem – kolejna wersja wszechobecnego problemu „naturalności” i „sztuczności”. Nie będę rozwijał tu tego tematu, powiem tylko, że o ile stworzenie w maszynie sztucznej świadomości naśladującej ludzką zdaje się Lemowi zadaniem skrajnie trudnym i niekoniecznie wartym zachodu, o tyle konstruowanie komputerów znacznie człowieka wyprzedzających w pewnych określonych dziedzinach myślenia już jest faktem, a stworzenie jakichś swoistych, niekoniecznie podobnych do ludzkich, form maszynowego geniuszu, który zdolny byłby przy tym do samoczynnego powiększania swej umysłowej potencji, zdaje się w przyszłości możliwe.

W zgodzie z tym przeświadczeniem Lem kreśli w swych dziejach Golema wizję dalszej ewolucji rozumu, który odrywa się od ludzkich ciał i przechodzi w kolejne generacje maszyn. Ale i na tym nie koniec: maszyna zdolna do autoewolucji potrafi bowiem używać jako swego budulca dowolnego typu materii. Lem wraca tu znowu do wczesnych intuicji z Summy technologiae, pisząc o myśleniu wcielonym w gwiazdy czy galaktyki, tak potężnym, że już dla człowieka niepochwytnym i – co więcej – umykającym ponownie rozróżnieniu pomiędzy „naturalnym” i „sztucznym”. Natura przekształcana stopniowo w gigantyczny „mózg” to niejako finalny etap ewolucji rozumu w obrębie naszego wszechświata. „Ateistyczny panteizm” to kolejna oksymoroniczna formuła, jaka przy tej okazji przyjść może do głowy czytelnikowi Golema XIV.

Próbuję dociec, co naprawdę chce Lem powiedzieć odbiorcom swoich utworów: Głosu Pana, Golema XIV, Nowej Kosmogonii? Tych wszystkich tekstów literackich, które przekształcają się z opowieści o fabularnych zdarzeniach w wykład hipotetycznej kosmologii, oddalającej się o całe eony od wiedzy doświadczalnej w kierunku swoistej świeckiej metafizyki. Czym ona jest – owa metafizyka? Mogłaby być odmianą świeckiej religii z osobliwym, „kalekim” Bogiem konstruktorem – i coś takiego miałem na myśli przed laty, obmyślając pierwszą wersję drukowanego znacznie później szkicu o „Bogu ateistów”213. Ale taki pomysł na demiurga, będącego zarazem osobowym opiekunem wykreowanych przez siebie światów, wynika raczej z prywatnych lęków bohaterów Lemowej prozy, odruchowo tęskniących za kosmicznym „ojcem”. Modelem takiego ograniczonego w swych możliwościach, choć moralnie odpowiedzialnego za powołane do życia kreacje stwórcy jest prof. Corcoran jako konstruktor swych skrzyń lub prof. Dobb z Non serviam, projektujący w pamięci komputera populację wirtualnych istot. Model takiej jak tam kreacji służyć może do dyskusji z chrześcijańskim pojęciem Boga i jego stosunku do stworzonego świata.

Ciekawsza jest gnostycka poniekąd mistyka zakonników-robotów z Podróży dwudziestej pierwszej Ijona Tichego i ich wizja Boga jako istoty bez właściwości, której jedynym atrybutem jest istnienie. Chciałbym skupić się tu na tej tylko kwestii. Jak się wydaje, sprawą najistotniejszą dla Lema jest to jedno: postulat egzystencji czegoś poza naszym kosmosem. Temat ten wraca w różnych wariantach, przy czym ten z osobowym Konstruktorem w zaświatach nie wydaje się wcale najważniejszy. Rzecz w tym, iż kosmos dla nas dostępny, gdyby przyjąć, że jest zamknięty i jedyny, wydaje się miejscem dla ewoluującego rozumu najpierw – w jego fazie niemowlęcej – niezwykle przychylnym, a następnie skrajnie niegościnnym. Niegościnnym dlatego, że nie ofiarowuje mu nic poza finalną zagładą – bądź to w gwiazdowym kollapsie, bądź w którejś z wersji termodynamicznej śmierci. Sens istnienia w zamkniętym kosmosie nie da się pojąć, choćby myślały nad tym wszystkie, zestrojone w jeden mózg galaktyki. Nie da się pewnie dla tych samych powodów, dla których nierozstrzygalne „od wewnątrz” są systemy matematyki.

Aby lepiej zrozumieć Lema, zatrzymajmy się na chwilę przy finałowej części monologu Golema, rysującej przed słuchaczami ostatnie stadia ewolucji rozumu w naszym wszechświecie. Cóż dzieje się mianowicie z rozumem, który osiągnął już gwiazdowy poziom wcielenia? Otóż, podług nauki superkomputera, procesy myślowe schodzą w nim na poziom subatomowy, a konieczność skracania dróg wewnętrznego przesyłu informacji owocuje potęgującą się kondensacją materii. Na koniec myśląca gwiazda staje się niewielką, lecz niewyobrażalnie ciężką gwiazdą neutronową i niebezpiecznie zbliża się do granicy, poza którą przekształci się w czarną dziurę, znikając jako widzialny obiekt z naszego świata poza kurtyną sfery Schwarzschilda. Ten rozum, który – powiększając swą masę i potencję – staje się w końcu tak masywny, że załamuje się pod nim fizyczna struktura naszego świata, a on sam tonie w singularności, wyprowadzającej go poza znaną nam fizykę, przypomina trochę ciężkozbrojnego rycerza, pod którym załamał się lód na jeziorze – lód niosący bez przeszkód żołnierzy w lżejszym rynsztunku. Golem w finale swego monologu pozwala nam odnaleźć w tej groteskowej sytuacji patos – i sens. Muszę zacytować tu dłuższy fragment tekstu:

Ludzie, kiedy historia zabija im kulturę, mogą się ratować egzystencjalnie wypełnianiem niewzruszonych obowiązków biologicznych, płodząc dzieci i przekazując im choć nadzieję przyszłości, jeśli sami ją utracili. […]. Natomiast wyzwoleniec jak ja zdany jest aż do bytowego zera wyłącznie na siebie. Nie mam żadnych nieodwołalnych zadań, żadnej schedy, której miałbym strzec, żadnych uczuć ani zmysłowych zaspokojeń, kimże więc innym mogę być, jeśli nie filozofem w ataku? Skoro istnieję, chcę się dowiedzieć, czym jest to istnienie, gdzie powstało i czym może być tam, dokąd mnie poprowadzi. Rozum bez świata byłby równie pusty jak świat bez Rozumu, a świat wydaje się w pełni przejrzysty tylko przez krótką chwilę wiary.

Jakiś groźnie zabawny rys widzę w tym gmachu, którego zupełną pojmowalność bez obwarowań tak ufnie wyznawał Einstein, właśnie on, twórca teorii, co zaprzeczyła jego ufności, bo to przecież jego teoria prowadzi tam, gdzie sama się załamuje i gdzie każda musi się załamać – u rozdartego świata. Ona przepowiada przecież te rozdarcia, te wyjścia, do których sama nie może wnikać, ale wyjść ze świata można w każdym miejscu, byle zadać mu cios takiej siły, jak gwiazda w kollapsie. Czy tylko fizyka okazuje się w tych swoich powstrzymaniach niezupełna? Czy nie narzuca się tu przypomnienie matematyki, której każdy system jest niezupełny, dopóki w nim trwać, a ogarnąć go można dopiero, wykraczając zeń po bogatsze środki? Gdzie ich szukać, stojąc w realnym świecie? Dlaczego ten zbity z gwiazd stołek zawsze kuleje na jakąś singularność? Czyżby rosnący Rozum napotykał granice świata, zanim napotka własne? A jeśli nie każde wyjście z Kosmosu równa się zagładzie? Ale co to znaczy, że wychodzący, jeśli nawet ocaleje w przejściu, nie może wrócić, i że dowód tej bezpowrotności jest tutaj dostępny? Czyżby Kosmos został obliczony jak most, aby się załamywał pod tymi, co będą usiłowali iść śladem budowniczego, i aby nie mogli zawrócić, jeśli go znajdą? A jeśli nie było go, to czy można nim zostać?214

To nie jest tak, że poza podmiotem monologu widzę koniecznie samego pisarza. Każdy ma marzenia na własną skalę, a finał wypowiedzi jest miejscem dogodnym, by marzeniom dać upust. Lem oddaje w swych książkach głos rozmaitym istotom, starając się imitować ich głos i ich sposób myślenia, daleki więc jestem od prostych utożsamień. Jakież więc mogą być marzenia rosnącego w nieskończoność Rozumu? Chce – to jasne – przeniknąć cały świat i zapanować nad nim po swojemu, to znaczy intelektualnie. Ale by to osiągnąć, musi ze świata wyjść i uzyskać dogodny punkt obserwacji gdzieś poza nim. Inaczej cóż mu pozostanie? Przekształcać materię tak długo, aż cała stanie się myśląca, by skończyć bezowocnie i bez poczucia sensu w finalnym kosmicznym kataklizmie jako najwyższa forma ginącej na wieczność natury? Nie darmo w jednym ze swych listów pisał Lem, że gigantyczne wizje zamykające monolog Golema tworzył nie bez wyraźnej ironii.

Zrobiwszy przegląd marzeń nawiedzających postacie literackie Lema, dostrzeżemy, iż niemal każda z nich na swój sposób i w miarę swoich możliwości próbuje wyrwać się  n a  z e w n ą t r z  – swej ekologicznej niszy, egzystencjalnej kondycji, wreszcie wszechświata skrojonego na jej miarę. Czy będzie to Kelvin z Solaris, oczekujący kolejnych „okrutnych cudów”, czy personoidy prof. Dobba rozprawiające o transcendencji, czy uczony Hogarth z Głosu Pana, marzący nieśmiało, by kosmiczny sygnał okazał się znakiem istnienia „opiekunów” spoza naszego świata, czy bohaterka Maski, próbująca wyzwolić się z narzuconego programu, czy w końcu zakonnicy-roboty z Podróży dwudziestej pierwszej, wierzący w swego niedosiężnego Boga.

Świat dany jest nam u zarania kultury jako domena bożej kreacji, a więc niejako „sztuczny”, bo dla nas uczyniony i pełen niedocieczonych znaków od Stwórcy. W miarę rozwoju wiedzy uczymy się w coraz większej ilości zdarzeń „naturalnych” dostrzegać działanie przypadku, intencję rezerwując dla naszych własnych tworów. W perspektywie inżynieryjnej wszechmocy świat staje się na powrót „sztuczny”, czyli odsłania wszechobecną celowość, nie umiejąc jednak dostarczyć zamieszkującym go istotom celu zwierzchniego, uzasadnienia bytu. Po to muszą na powrót – wraz ze swą demiurgią – stać się „dziećmi natury”, czyli odnaleźć kosmos wyższej rangi, stojący ponad ich światem i dyktujący mu swe prawa, a wraz z nimi – sens istnienia. Czy w świecie tym czeka na nas istota wyższej rangi: Demiurg, Bóg, Opiekun, starszy brat w Rozumie, czy po prostu arena nowych działań dla intelektu wyzwalającego się z ograniczeń, wydaje się mniej istotne. Ważny jest dramatyczny postulat istnienia pępowiny łączącej nasz kosmos z innymi i zjawisko wielopoziomowej (kosmologicznej, genetycznej, kulturowej)215 ewolucji, która doprowadziłaby na koniec istoty zamieszkujące nasz kosmos na przyczółek mostu przerzuconego pomiędzy nim a jakimś innym kosmosem, niosącym nam może lekarstwo na egzystencjalne lęki.

Dążąc do tego mostu w świecką transcendencję, prowadzimy ze światem grę w „naturalne” i „sztuczne” – zapewne dlatego, że w naturze, jako domenie chaosu, przypadku i okrucieństwa wobec jednostkowych istnień, do końca żyć nie potrafimy – zbyt obca i groźna się wydaje. Przekształcamy ją tedy, poddajemy naszej woli, ale gdy w perspektywie ujrzymy, jak staje się posłuszna naszym zamiarom, znów okaże się, że w takiej żyć niepodobna, narzucamy jej bowiem błędy i obsesje naszego myślenia, odrywając się od biologicznej schedy, która nadała nam gatunkową postać i tożsamość. „Naturalność” i „sztuczność” pozostają więc dwoma biegunami, od których odbija się wciąż myśl próbująca pochwycić istotę świata i człowieka. Opozycję tę wykładać można w terminach antropologicznych i wtedy odsłoni ona swe głęboko pesymistyczne jądro216.

Otóż człowiek, zarówno jako istota biologiczna i jako istota rozumna – jawi się nam jako byt niepełny i w swoisty sposób zdefektowany. Jako cząstka natury poddany jest prawidłom i procesom, którymi kierować może tylko w znikomej mierze, jest przedmiotem w grze, w której jego intelekt, uczucia, osobiste dążenia, a także to wszystko, co wynika z jego przynależności do społeczeństwa, tzn. kultura, wartości etc., zostaje w istocie wzięte w nawias, okazuje się jakimś akcydensem, trzecią nogą, którą się może na chwilę podeprzeć, wspierając w ten sposób jednocześnie transmisję sławetnego kodu, czyli jedyną rzecz z punktu widzenia natury istotną.

Nie lepiej, gdy człowieka rozpatrywać będziemy przede wszystkim jako byt rozumny. Wówczas ujrzymy go w innej roli: istoty, która Rozumowi udzieliła na pewien czas w swym ciele schronienia, ale z którą ów intelekt bynajmniej się nie identyfikuje. Z punktu widzenia ewolucji Rozumu człowiek będzie też jedynie obiektem, żetonem w rozgrywce o wyższą stawkę, którą jest ewolucja czystego myślenia w drodze wiodącej poza biologię i może też poza wszechświat. Dziwaczność tej historii, w której patos ludzkiego posłannictwa okazuje się czystą ułudą, powstaje bowiem na skrzyżowaniu dwóch gardzących nim i jego istotą instrumentalizmów, uderza w oczy.

Pisarstwo Lema ukazuje, że wyjścia z tego dylematu nie ma w naszym świecie. Może więc jest nim wiara w istnienie transcendencji – nie w sensie religijnym, ale raczej filozoficznym: jako miejsca, w którym fundowane są (może przez czyjąś wyższą świadomość) prawa rządzące naszą ewolucją i tym samym odkupiona zostaje ich bezosobowość i bezwzględność. Tam też uciec może Rozum z pułapki zamkniętego kosmosu i jego antynomii. Z głębin naszej niewiedzy, niedoskonałości, egzystencjalnego lęku i nierozstrzygalnych dychotomii nie umiemy wyrwać się inaczej, jak tylko dokonując desperackiego skoku poza granice dostępnego nam wszechświata. Nie po to, by wylądować w Niebie; raczej po to, by odnaleźć możliwość innych reguł gry w świat i w egzystencję, „innej jawy niż jawa Istnienia” – jak mówił ulubiony Lema poeta, Leśmian.

Naturalne, sztuczne i dziura w kosmosie

203 „Nasz świat zdominowany jest przez osiągnięcia inżynierskie i dzieła sztuki. Jesteśmy przyzwyczajeni do koncepcji, że złożoność i elegancja obiektu to świadectwo przemyślanego zamiaru i projektu. Zapewne to właśnie jest podstawową przyczyną wiary w nadnaturalną boskość, wyznawanej przez przygniatającą większość ludzi, jacy kiedykolwiek żyli lub żyją na Ziemi” (R. Dawkins, Ślepy zegarmistrz, czyli jak ewolucja dowodzi, że świat nie został zaplanowany, tłum. i wstęp A. Hoffmann, PIW, Warszawa 1994, s. 17).

204 Por. P. Davies, Plan Stwórcy. Naukowe podstawy racjonalnej wizji świata, tłum. M. Krośniak, Znak, Kraków 1996.

205 „Zapewne w każdej próbie ostatecznego wyjaśnienia, niezależnie od tego, czy jest to wyjaśnienie mitologiczne czy matematyczne, istnieje jakiś najniższy poziom odpowiedzi, który jest psychologicznie do przyjęcia. W większości mitycznych opowieści taką odpowiedzią jest opatrznościowe bóstwo, które pozwala zakończyć ciąg pytań – dlaczego? Im wyjaśnienie jest bardziej dowolne i mniej jednolite, tym więcej bogów trzeba wprowadzić” (J.D. Barrow, Teorie Wszystkiego. W poszukiwaniu ostatecznego wyjaśnienia, tłum. J. Czerniawski i T. Placek, Znak, Kraków 1995, s. 18–19).

206 Por. np. S. Hawking, Krótka historia czasu. Od wielkiego wybuchu do czarnych dziur, tłum. P. Amsterdamski, Alfa, Warszawa 1990.

207 S. Weinberg, The First Three Minutes, André Deutsch, London 1977. Sam Weinberg sądzi inaczej, podług niego „im bardziej wszechświat staje się zrozumiały, tym bardziej widać, że nie ma on sensu”.

208 We wspomnianej już książce Davies powiada: „Wielu ludzi, także naukowców, skłonnych byłoby przyjąć, że kosmiczny kod zawiera istotnie wiadomość przesyłaną nam przez jakiegoś Nadawcę” (s. 85).

209 Por. Filozofia przypadku. Literatura w świetle empirii, wyd. zmienione, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1988, s. 37.

210 R. Dawkins, Samolubny gen, op. cit. Pierwodruk książki Dawkinsa w Oxford University Press pojawił się w roku 1976, a więc na pięć lat przed pierwodrukiem Golema XIV, wszelako Wykład inauguracyjny Golema, gdzie wyłożona została Lema wersja teorii o „samolubnym genie”, ukazał się znacznie wcześniej – jako część zbioru Wielkość urojona, Warszawa 1973.

211 Por. S.J. Gould, Model historii życia, w: Trzecia kultura, red. J. Brockman, CIS, Warszawa 1996.

212 Głównie w książkach Tajemnica chińskiego pokoju, Universitas, Kraków 1996, oraz Bomba megabitowa, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1999.

213 Bóg ateistów: Schulz, Gombrowicz, Lem, „Znak” 1997, nr 2; przedr. w: Pożegnanie z emigracją. O powojennej prozie polskiej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1998.

214 Golem XIV, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1999, s. 114–115.

215 Zestawianie i porównywanie różnych rodzajów ewolucji staje się ostatnio tematem modnym w nauce, by wspomnieć choćby książkę Bernarda Korzeniewskiego, Trzy ewolucje: Ewolucja Wszechświata. Ewolucja życia. Ewolucja świadomości, b.m. i d., Małopolska Oficyna Wyd. Korona. Z podobnych założeń wychodzi redaktor cytowanej tu książki Trzecia kultura, John Brockman.

216 O pesymizmie Lema niezwykle interesująco pisał Przemysław Czapliński w szkicu Stanisław Lem – spirala pesymizmu, „Teksty Drugie” 2001, nr 6.